<< powrót

 

 

01.11.2010 

Pływanie w kisielu


 

Naszło mnie. Nie, nie mam ochoty na jakieś wysublimowane harce. Po prostu zbliżają się wybory samorządowe i naszło mnie na na wspominki z ostatnich lat życia w mojej dzielnicy, reklamowanej ostatnio jako „dzielnica zadowolonych obywateli”. Durniejszego sloganu nie mogli wykombinować. Nie znam nikogo, kto by nie narzekał na burmistrza i jego ekipę.

Zacznijmy od arogancji, jaką urzędnicy związani z ratuszem prezentują za każdym razem, gdy w zasięgu ich wzroku znajdzie się jakiś petent. Naprawdę niewiele osób, zatrudnionych w innych zawodach, posiada tak wielką wiedzę z zakresu odmieniania słowa „nie” przez przypadki, osoby, rodzaje, całki, pierwiastki i bóg wie co jeszcze. Nie chcę wspominać podań o dotacje czy stypendia, te bowiem wszędzie przyznawane są w/g wiadomych kryteriów. Mnie chodzi o sprawy wydawałoby się drobniejsze, takie, które mogliby wykonywać chociażby jako zasłonę dymną dla swojej prywaty. Ale nawet tego nie są w stanie zrealizować. Prawnik w ratuszu jest? Jest. Dla obywateli? Podobno tak. Dlaczego zatem nie można z porady prawnej skorzystać? Ponieważ kiedy już umówisz się na wizytę i przyjdziesz, dowiesz się, że prawnika nie ma a radosny asystent wyrzuca cię grubiańsko na ulicę, twierdząc że „widocznie coś panu mecenasowi wypadło”. Po kilku razach „wypadania panu mecenasowi” rezygnujesz, szkoda zdrowia. Ratusz posiada dużą przestrzeń reklamową przeznaczoną na plakaty i ogłoszenia. Kto ma układ z urzędnikami, przynosi plakat na portiernię i może wywiesić, każdy spoza układu jest informowany: „o tym decyduje burmistrz, proszę złożyć podanie, w wolnej chwili burmistrz rozpatrzy”. Ludzie, trzymajcie mnie! Gdzie na świecie decyzje dotyczące wywieszenia ogłoszenia o spotkaniu promującym książkę podejmuje najwyższa władza danego obszaru?! Mówię o cywilizowanym świecie. Zamiast inwestować w drogi czy kulturę, Rada Dzielnicy funduje nam elektroniczny bilboard, na którym od czasu do czasu pojawia się informacja o możliwości skorzystania z lodowiska (przed wyborami za darmo, hehe). Mamy też dzielnicową gazetkę wydawaną na kredowym papierze z zapowiedziami wydarzeń, które... już się odbyły. Taki lokalny, innowacyjny sposób na reklamę. Internet darmowy dla każdego mieszkańca też się znalazł, tyle że więcej go nie ma niż jest, zatem i tak nie można z niego skorzystać, ile bowiem razy można przerywać wykonywane akurat płatności w banku internetowym? Pikniki, konkursy, pokazy i inne imprezy, teoretycznie organizowane dla ludności, odbywają się na zasadzie: w pierwszej kolejności mają prawo skorzystać pracownicy ratusza, tudzież zaprzyjaźnionego domu kultury, potem ich rodziny i znajomi, a jeśli wystarczy czasu i chęci, to ewentualnie reszta plebsu. Gdzieś czytałem, chyba to było w jakiejś niemieckiej gazecie, o dokładnie odwrotnych zasadach konkursu, ale co się będziemy przejmować takimi newsami, pewnie „to było dawno i nieprawda”, jak powtarza jeden z moich znajomych poetów, permanentnie przywłaszczający sobie wiersze bardziej utalentowanych twórców.

Właściwie to nie bardzo wiem czemu uczepiłam się dzielnicy. Nie stanowi ona przecież wyjątku na mapie Polski. Rafał A. Ziemkiewicz życie w Polsce przyrównał do pływania w kisielu: Niby pływasz jak w wodzie, ale każdy ruch kosztuje więcej wysiłku. Jeśli człowiek nie ma wyboru, przywyka. Przestaje zwracać uwagę na ciągły opór i nie dziwi się własnemu zmęczeniu. Do momentu, aż na chwilę znajdzie się w wodzie lub choć tylko popatrzy, jak sobie radzą ci, którzy po prostu pływają.
Taką chwilą olśnienia jest dla Polaka zetknięcie się z Zachodem”. Doprawdy nie wiem jak jest w Ameryce, Szwajcarii czy Kanadzie, ale mam wrażenie, że nigdzie indziej nie ma takiej wrednej mentalności ludzkiej, która powoduje, że człowiek człowieka by w łyżce wody... przepraszam, kisielu...utopił. Nie oszukujmy się, to nie jest kwestia podziału my - władza, ale podziału my – reszta ludzi. Każdy, na jakimkolwiek stanowisku, będzie robił na złość i wbrew temu, co ma w zakresie swoich obowiązków. Bylejakość towarów i usług niczym w krajach trzeciego świata. A jeśli taki obywatel ma choć trochę władzy? Ooooo, to wtedy zaczyna się taniec z upiorami. Śmieciarka może zjechać i zatrzymać się przy krawężniku albo po prostu sprawnie opróżnić pojemniki ze śmieciami. Może? Ale nie musi! Panowie popatrzą na ciągnący się za nimi ogon samochodów i... wyciągną papierosa ze złośliwym uśmiechem, przysiądą, pogadają. Recepcjonistka w sanatorium ma obowiązek poinformować o zasadach panujących w danym ośrodku ale pełna informacja przez usta by jej nie przeszła, w związku z tym, jeśli nie wiesz o co zapytać, nie będziesz wiedział. Służba zdrowia pod byle pretekstem będzie odmawiała świadczeń, jednocześnie wyżywając się na bezradnych i schorowanych pacjentach. Ciągnąć można bez końca.

Popatrzmy jak wygląda przeciętny (przeciętny, powtarzam!) dzień w Polsce. Wstaję rano, odpalam komputer i pierwsza rzecz jaka mnie wita w poczcie, to bezczelne zaprzeczania sprzedawcy z allegro, że towar który otrzymałam nie jest tym zamówionym przeze mnie. Nóż już mi się zaczyna powoli otwierać, bo nie dość, że fatalna jakość ubrania, to jeszcze zły rozmiar, wypisany jak wół na metce. A sprzedający twierdzi: nic podobnego, rozmiar jest na pewno dobry. Jak udowodnić rację? Przecież po odesłaniu kupiec po prostu podmieni towar na właściwy i tyle. Muszę się więc przygotować na dopłatę za przesyłkę zwrotną. Zostawiam to sobie na wieczór. Wkładam czarne dżinsy, białą bluzkę, idę zjeść... No tak, kupiona wczoraj wędlina do wyrzucenia, oślizgła i śmierdząca, gotuję jajko, dwa w zasadzie, bo na 100% wiem - jedno będzie do wyrzucenia. Wcale mnie nie cieszy, że mam rację. Zakładam sweter, ale, ale, co to jest za plama na bluzce? Dżinsy farbują, jednak żeby aż tak? Sprawdzam metki, które były dołączone do zakupu. Mało nie usiadłam z wrażenia. Napisane jak wół: „Kupiłaś bardzo modny towar, jednak ma on tę właściwość, że farbuje. Nie jest to wada”. To mi przypomniało o telefonie, który nie sygnalizował połączeń a w serwisie Nokii dano mi odpowiedź (na piśmie, a co!): „Nie jest to wada, ten typ aparatu tak ma. Nie wpływa to na korzystanie z pozostałych funkcji”. Czekam z utęsknieniem na telewizory bez wizji i radio bez fonii. Scyzoryk w kieszeni powoli się rozrasta. A jeszcze nie wyszłam z domu. Zamykam drzwi i zaczyna mi wzrastać ciśnienie, bo jeden z zamków nie chce się zamknąć. Normalka, co parę miesięcy zmieniam zamki, podobno na bardzo dobre, w każdym razie drogie, ale tak robione, żeby przetrwały raptem pół roku. Potem coś „się zacina”. Spóźniona idę do pracy, o niej jednak pisać nie zamierzam. Wychodzę do domu, po drodze zaglądając do biblioteki. Podobno mam jeszcze w domu jedną książkę do oddania. Ze stoickim spokojem podchodzę do półki, pokazuję rzekomo brakujący egzemplarz. Normalka, nie pierwszy raz nie zdjęto książki z mojej karty wtedy kiedy trzeba. W domu orientuję się, że jedna z książek, którą wypożyczyłam jest w środku zalana. Już przeczuwam kłopoty. Scyzoryk puchnie i ma rozłożone przynajmniej dwa ostrza. Na moim miejscu w garażu parkuje jakiś obcy samochód. Na zwróconą uwagę właściciel wraz z synalkiem odpowiadają bezczelnie: zaraz skończymy naprawiać, to sobie pojedziemy. Na oko mają jeszcze ze 2 godziny roboty, w dodatku nie powinni w ogóle wjeżdżać do garażu, gdyż nie są użytkownikami, ale... załatwili sobie w spółdzielni. Super! W kiosku kupuję kilka pism, sprawdzając starannie rachunek i wydaną resztę, zatrudnione młode dziewczyny lubią bowiem sobie „dorabiać” kosztem klientów. Pewnie gdy je w dzieciństwie wysyłano po zakupy, to miały możliwość zostawienia sobie reszty i tak im zostało. W aptece, nauczona doświadczeniem, sprawdzam dodatkowo termin ważności leków. W skrzynce pocztowej leży zawiadomienie o podwyżce czynszu, kolejne w ciągu kwartału i tona ulotek pomimo nalepki „skrzynka bez reklam”. I tak cud boski, że wandale tym razem oszczędzili moją skrzynkę, sąsiedzi mieli mniej szczęścia. W domu brak internetu. Zero zdziwienia. Żaden, powtarzam ŻADEN dostawca nie potrafi wywiązać się ze świadczenia usług internetowych bez awarii, zdarzających się przynajmniej 3-4 razy w miesiącu. Za to skrupulatnie życzą sobie płacenia, bez żadnych odliczeń za czas pozbawiony internetu. Zamiast zatem uaktualnienia strony, jadę do hipermarketu po tusz do drukarki, papier i inne takie. W dziale ze środkami czystości spędzam 10 minut, bezproduktywnie, każda bowiem butelka wypełniona jest tylko do połowy. Na niektórych widoczne są jeszcze ślady niestarannego odlewania. Pracownicy jak widać pobierają sobie premie w naturze. Idę po fakturę, tam gdzie zawsze, do punktu obsługi klienta. Odczekuję w ogonie, ale kiedy dochodzę, wredna pannica, wydzierając się na mnie nie wiadomo z jakiej racji, pokazuje za sobą jakąś kartkę, tak umieszczoną żeby jej nie było widać, gdzie drobnym drukiem wypisane: „Faktury piętro wyżej”. Liczę do dziesięciu. Podobno to pomaga. Zaglądam jeszcze do znanej perfumerii, chcę sobie perfumy kupić, takie jak zwykle, bo się przyzwyczajam. Dziwne, butelka jakby ciemniejsza, pytam dlaczego, na co ekspedientka szybko wynosi butelkę na zaplecze a przynosi inną. Jasna sprawa, podróbki są nie tylko na bazarach. Dla nieobeznanych lub kupujących na prezent. Na parkingu przy hipermarkecie jakaś kobieta parkuje, rysując mi dziobem po błotniku. Na moich oczach! Zamiast „przepraszam” słyszę, że tu jest tak mało miejsca więc każdy by się nie zmieścił. Chyba wyjmę ten scyzoryk z kieszeni, bo wielkością zaczyna przypominać rakietę typu ziemia – powietrze. Parkuję w garażu, w końcu nieproszeni goście się wynieśli. Piechotą idę na rehabilitację kręgosłupa. Trzy miesiące temu dostałam skierowanie, jednak najbliższy wolny termin był dopiero po wakacjach. Co się okazało? Termin był źle wpisany. Mam przyjść dopiero w poniedziałek. Słowa przepraszam i tu nie usłyszałem, jeszcze na mnie nawrzeszczano w stylu: „Pacjent chyba sam powinien wiedzieć, że w piątki żadnej rehabilitacji się nie zaczyna!”. Dojrzewam do kupienia sobie czarodziejskiej kuli dla jasnowidzów.

W domu, przy kolacji otwieram jedną z kupionych gazet. W miejscach, gdzie powinny być próbki reklamowanych produktów, zieją dziury. Sprawdzam, czy internet działa, jeszcze nie, za to przyszła piąta w tym tygodniu aktualizacja Fire-foxa, co zablokowało komputer na przynajmniej kwadrans. Nagle czuję, że robi mi się zimno. Sprawdzam kaloryfery, nie grzeją. Telefon do sekcji technicznej nie odpowiada.

Mój kumpel od pół roku nie ma ciepłej wody, pomyślałam sobie, że i ja przetrzymam. Dobrze, że druga połowa chwilowo u teściów. Ubrałam się w piżamę, zanurkowałam pod dwie kołdry i postanowiłam przeczekać do rana. Z całą świadomością, że lepiej nie będzie, ale może ja będę miała więcej siły, żeby pływać dalej.

Powiecie, że opisuję nieistotne drobiazgi w porównaniu z takim na przykład krzyżem pod Pałacem Prezydenckim, a ja powiem „nieprawda!”. Z drobiazgami codziennego życia jest tak jak z piaskiem; jednego ziarenka nawet nie zauważysz, tona piachu zadusi cię na śmierć.

 

 

 

 

<< powrót