Naszło mnie. Nie, nie mam ochoty na
jakieś wysublimowane harce. Po prostu zbliżają się wybory samorządowe i
naszło mnie na na wspominki z ostatnich lat życia w mojej dzielnicy,
reklamowanej ostatnio jako „dzielnica zadowolonych obywateli”.
Durniejszego sloganu nie mogli wykombinować. Nie znam nikogo, kto by nie
narzekał na burmistrza i jego ekipę.
Zacznijmy od arogancji, jaką urzędnicy
związani z ratuszem prezentują za każdym razem, gdy w zasięgu ich wzroku
znajdzie się jakiś petent. Naprawdę niewiele osób, zatrudnionych w innych
zawodach, posiada tak wielką wiedzę z zakresu odmieniania słowa „nie”
przez przypadki, osoby, rodzaje, całki, pierwiastki i bóg wie co jeszcze.
Nie chcę wspominać podań o dotacje czy stypendia, te bowiem wszędzie
przyznawane są w/g wiadomych kryteriów. Mnie chodzi o sprawy wydawałoby
się drobniejsze, takie, które mogliby wykonywać chociażby jako zasłonę
dymną dla swojej prywaty. Ale nawet tego nie są w stanie zrealizować.
Prawnik w ratuszu jest? Jest. Dla obywateli? Podobno tak. Dlaczego zatem
nie można z porady prawnej skorzystać? Ponieważ kiedy już umówisz się na
wizytę i przyjdziesz, dowiesz się, że prawnika nie ma a radosny asystent
wyrzuca cię grubiańsko na ulicę, twierdząc że „widocznie coś panu
mecenasowi wypadło”. Po kilku razach „wypadania panu mecenasowi”
rezygnujesz, szkoda zdrowia. Ratusz posiada dużą przestrzeń reklamową
przeznaczoną na plakaty i ogłoszenia. Kto ma układ z urzędnikami, przynosi
plakat na portiernię i może wywiesić, każdy spoza układu jest informowany:
„o tym decyduje burmistrz, proszę złożyć podanie, w wolnej chwili
burmistrz rozpatrzy”. Ludzie, trzymajcie mnie! Gdzie na świecie decyzje
dotyczące wywieszenia ogłoszenia o spotkaniu promującym książkę podejmuje
najwyższa władza danego obszaru?! Mówię o cywilizowanym świecie. Zamiast
inwestować w drogi czy kulturę, Rada Dzielnicy funduje nam elektroniczny
bilboard, na którym od czasu do czasu pojawia się informacja o możliwości
skorzystania z lodowiska (przed wyborami za darmo, hehe). Mamy też
dzielnicową gazetkę wydawaną na kredowym papierze z zapowiedziami
wydarzeń, które... już się odbyły. Taki lokalny, innowacyjny sposób na
reklamę. Internet darmowy dla każdego mieszkańca też się znalazł, tyle że
więcej go nie ma niż jest, zatem i tak nie można z niego skorzystać, ile
bowiem razy można przerywać wykonywane akurat płatności w banku
internetowym? Pikniki, konkursy, pokazy i inne imprezy, teoretycznie
organizowane dla ludności, odbywają się na zasadzie: w pierwszej
kolejności mają prawo skorzystać pracownicy ratusza, tudzież
zaprzyjaźnionego domu kultury, potem ich rodziny i znajomi, a jeśli
wystarczy czasu i chęci, to ewentualnie reszta plebsu. Gdzieś czytałem,
chyba to było w jakiejś niemieckiej gazecie, o dokładnie odwrotnych
zasadach konkursu, ale co się będziemy przejmować takimi newsami, pewnie
„to było dawno i nieprawda”, jak powtarza jeden z moich znajomych poetów,
permanentnie przywłaszczający sobie wiersze bardziej utalentowanych
twórców.
Właściwie to nie bardzo wiem czemu uczepiłam się dzielnicy. Nie stanowi
ona przecież wyjątku na mapie Polski. Rafał A. Ziemkiewicz życie w Polsce
przyrównał do pływania w kisielu: „Niby
pływasz jak w wodzie, ale każdy ruch kosztuje więcej wysiłku. Jeśli
człowiek nie ma wyboru, przywyka. Przestaje zwracać uwagę na ciągły opór i
nie dziwi się własnemu zmęczeniu. Do momentu, aż na chwilę znajdzie się w
wodzie lub choć tylko popatrzy, jak sobie radzą ci, którzy po prostu
pływają.
Taką chwilą olśnienia jest dla Polaka zetknięcie się z Zachodem”. Doprawdy
nie wiem jak jest w Ameryce, Szwajcarii czy Kanadzie, ale mam wrażenie, że
nigdzie indziej nie ma takiej wrednej mentalności ludzkiej, która
powoduje, że człowiek człowieka by w łyżce wody... przepraszam,
kisielu...utopił. Nie oszukujmy się, to nie jest kwestia podziału my -
władza, ale podziału my – reszta ludzi. Każdy, na jakimkolwiek stanowisku,
będzie robił na złość i wbrew temu, co ma w zakresie swoich obowiązków.
Bylejakość towarów i usług niczym w krajach trzeciego świata. A jeśli taki
obywatel ma choć trochę władzy? Ooooo, to wtedy zaczyna się taniec z
upiorami. Śmieciarka może zjechać i zatrzymać się przy krawężniku albo po
prostu sprawnie opróżnić pojemniki ze śmieciami. Może? Ale nie musi!
Panowie popatrzą na ciągnący się za nimi ogon samochodów i... wyciągną
papierosa ze złośliwym uśmiechem, przysiądą, pogadają. Recepcjonistka w
sanatorium ma obowiązek poinformować o zasadach panujących w danym ośrodku
ale pełna informacja przez usta by jej nie przeszła, w związku z tym,
jeśli nie wiesz o co zapytać, nie będziesz wiedział. Służba zdrowia pod
byle pretekstem będzie odmawiała świadczeń, jednocześnie wyżywając się na
bezradnych i schorowanych pacjentach. Ciągnąć można bez końca.
Popatrzmy jak wygląda przeciętny (przeciętny, powtarzam!) dzień w Polsce.
Wstaję rano, odpalam komputer i pierwsza rzecz jaka mnie wita w poczcie,
to bezczelne zaprzeczania sprzedawcy z allegro, że towar który otrzymałam
nie jest tym zamówionym przeze mnie. Nóż już mi się zaczyna powoli
otwierać, bo nie dość, że fatalna jakość ubrania, to jeszcze zły rozmiar,
wypisany jak wół na metce. A sprzedający twierdzi: nic podobnego, rozmiar
jest na pewno dobry. Jak udowodnić rację? Przecież po odesłaniu kupiec po
prostu podmieni towar na właściwy i tyle. Muszę się więc przygotować na
dopłatę za przesyłkę zwrotną. Zostawiam to sobie na wieczór. Wkładam
czarne dżinsy, białą bluzkę, idę zjeść... No tak, kupiona wczoraj wędlina
do wyrzucenia, oślizgła i śmierdząca, gotuję jajko, dwa w zasadzie, bo na
100% wiem - jedno będzie do wyrzucenia. Wcale mnie nie cieszy, że mam
rację. Zakładam sweter, ale, ale, co to jest za plama na bluzce? Dżinsy
farbują, jednak żeby aż tak? Sprawdzam metki, które były dołączone do
zakupu. Mało nie usiadłam z wrażenia. Napisane jak wół: „Kupiłaś bardzo
modny towar, jednak ma on tę właściwość, że farbuje. Nie jest to wada”. To
mi przypomniało o telefonie, który nie sygnalizował połączeń a w serwisie
Nokii dano mi odpowiedź (na piśmie, a co!): „Nie jest to wada, ten typ
aparatu tak ma. Nie wpływa to na korzystanie z pozostałych funkcji”.
Czekam z utęsknieniem na telewizory bez wizji i radio bez fonii. Scyzoryk
w kieszeni powoli się rozrasta. A jeszcze nie wyszłam z domu. Zamykam
drzwi i zaczyna mi wzrastać ciśnienie, bo jeden z zamków nie chce się
zamknąć. Normalka, co parę miesięcy zmieniam zamki, podobno na bardzo
dobre, w każdym razie drogie, ale tak robione, żeby przetrwały raptem pół
roku. Potem coś „się zacina”. Spóźniona idę do pracy, o niej jednak pisać
nie zamierzam. Wychodzę do domu, po drodze zaglądając do biblioteki.
Podobno mam jeszcze w domu jedną książkę do oddania. Ze stoickim spokojem
podchodzę do półki, pokazuję rzekomo brakujący egzemplarz. Normalka, nie
pierwszy raz nie zdjęto książki z mojej karty wtedy kiedy trzeba. W domu
orientuję się, że jedna z książek, którą wypożyczyłam jest w środku
zalana. Już przeczuwam kłopoty. Scyzoryk puchnie i ma rozłożone
przynajmniej dwa ostrza. Na moim miejscu w garażu parkuje jakiś obcy
samochód. Na zwróconą uwagę właściciel wraz z synalkiem odpowiadają
bezczelnie: zaraz skończymy naprawiać, to sobie pojedziemy. Na oko mają
jeszcze ze 2 godziny roboty, w dodatku nie powinni w ogóle wjeżdżać do
garażu, gdyż nie są użytkownikami, ale... załatwili sobie w spółdzielni.
Super! W kiosku kupuję kilka pism, sprawdzając starannie rachunek i wydaną
resztę, zatrudnione młode dziewczyny lubią bowiem sobie „dorabiać” kosztem
klientów. Pewnie gdy je w dzieciństwie wysyłano po zakupy, to miały
możliwość zostawienia sobie reszty i tak im zostało. W aptece, nauczona
doświadczeniem, sprawdzam dodatkowo termin ważności leków. W skrzynce
pocztowej leży zawiadomienie o podwyżce czynszu, kolejne w ciągu kwartału
i tona ulotek pomimo nalepki „skrzynka bez reklam”. I tak cud boski, że
wandale tym razem oszczędzili moją skrzynkę, sąsiedzi mieli mniej
szczęścia. W domu brak internetu. Zero zdziwienia. Żaden, powtarzam ŻADEN
dostawca nie potrafi wywiązać się ze świadczenia usług internetowych bez
awarii, zdarzających się przynajmniej 3-4 razy w miesiącu. Za to
skrupulatnie życzą sobie płacenia, bez żadnych odliczeń za czas pozbawiony
internetu. Zamiast zatem uaktualnienia strony, jadę do hipermarketu po
tusz do drukarki, papier i inne takie. W dziale ze środkami czystości
spędzam 10 minut, bezproduktywnie, każda bowiem butelka wypełniona jest
tylko do połowy. Na niektórych widoczne są jeszcze ślady niestarannego
odlewania. Pracownicy jak widać pobierają sobie premie w naturze. Idę po
fakturę, tam gdzie zawsze, do punktu obsługi klienta. Odczekuję w ogonie,
ale kiedy dochodzę, wredna pannica, wydzierając się na mnie nie wiadomo z
jakiej racji, pokazuje za sobą jakąś kartkę, tak umieszczoną żeby jej nie
było widać, gdzie drobnym drukiem wypisane: „Faktury piętro wyżej”. Liczę
do dziesięciu. Podobno to pomaga. Zaglądam jeszcze do znanej perfumerii,
chcę sobie perfumy kupić, takie jak zwykle, bo się przyzwyczajam. Dziwne,
butelka jakby ciemniejsza, pytam dlaczego, na co ekspedientka szybko
wynosi butelkę na zaplecze a przynosi inną. Jasna sprawa, podróbki są nie
tylko na bazarach. Dla nieobeznanych lub kupujących na prezent. Na
parkingu przy hipermarkecie jakaś kobieta parkuje, rysując mi dziobem po
błotniku. Na moich oczach! Zamiast „przepraszam” słyszę, że tu jest tak
mało miejsca więc każdy by się nie zmieścił. Chyba wyjmę ten scyzoryk z
kieszeni, bo wielkością zaczyna przypominać rakietę typu ziemia –
powietrze. Parkuję w garażu, w końcu nieproszeni goście się wynieśli.
Piechotą idę na rehabilitację kręgosłupa. Trzy miesiące temu dostałam
skierowanie, jednak najbliższy wolny termin był dopiero po wakacjach. Co
się okazało? Termin był źle wpisany. Mam przyjść dopiero w poniedziałek.
Słowa przepraszam i tu nie usłyszałem, jeszcze na mnie nawrzeszczano w
stylu: „Pacjent chyba sam powinien wiedzieć, że w piątki żadnej
rehabilitacji się nie zaczyna!”. Dojrzewam do kupienia sobie
czarodziejskiej kuli dla jasnowidzów.
W domu, przy kolacji otwieram jedną z
kupionych gazet. W miejscach, gdzie powinny być próbki reklamowanych
produktów, zieją dziury. Sprawdzam, czy internet działa, jeszcze nie, za
to przyszła piąta w tym tygodniu aktualizacja Fire-foxa, co zablokowało
komputer na przynajmniej kwadrans. Nagle czuję, że robi mi się zimno.
Sprawdzam kaloryfery, nie grzeją. Telefon do sekcji technicznej nie
odpowiada.
Mój kumpel od pół roku nie ma ciepłej
wody, pomyślałam sobie, że i ja przetrzymam. Dobrze, że druga połowa
chwilowo u teściów. Ubrałam się w piżamę, zanurkowałam pod dwie kołdry i
postanowiłam przeczekać do rana. Z całą świadomością, że lepiej nie
będzie, ale może ja będę miała więcej siły, żeby pływać dalej.
Powiecie, że opisuję nieistotne
drobiazgi w porównaniu z takim na przykład krzyżem pod Pałacem
Prezydenckim, a ja powiem „nieprawda!”. Z drobiazgami codziennego życia
jest tak jak z piaskiem; jednego ziarenka nawet nie zauważysz, tona piachu
zadusi cię na śmierć.