<< powrót

 

 

29.11.2010 

Skąd się bierze chuliganeria


 

  Za siódmą górą, za siódmą rzeką, za gęstymi lasami i za wielką wodą żyli sobie ukochana babunia i ukochany dziadunio... Hehe, na bajki mi się zebrało. Wczoraj właśnie miałem okazję przyjrzenia się jak ukochana babunia sztorcowała jakiegoś chłopaka za to, że nie dość szybko (!) ustąpił jej miejsca. Sam kiedyś byłem w takiej sytuacji. Jechałem ze swoją drugą  połówką do szpitala. Ledwo się na nogach trzymała, co nie miało najmniejszego znaczenia dla kilkunastu osób, mocno zaawansowanych wiekiem, które niemalże siłą wywlokły moją żonę z miejsca siedzącego. W dodatku robiąc przy tym taki jazgot, jakby atakowali pozycje nieprzyjaciela podczas wojny. Co skądinąd jest bardzo trafnym porównaniem. Wojna trwa, niczym nie przymierzając telewizja „Trwam” i końca jej nie widać. Młodsi ponoć nie szanują starszych, a „dziadowskie babciostwo” według określenia mojej koleżanki Agaty Kyzioł, napada na młodzież, że niekulturalna i źle się zachowuje. Ale przecież skądś ci młodzi biorą przykład. Czyżby wychowywały ich ufoludki niejasnego pochodzenia i przez nikogo nie kontrolowane? Ktoś przecież musiał wpoić im pewne zasady, a w tym przypadku raczej ich brak?

  Przypatrzmy się bliżej, jak funkcjonuje w społeczeństwie ta grupa społeczna, która powinna świecić doświadczeniem, mądrością i przykładem. Jedna z dzielnic Warszawy. Urzędnicy organizują dla mieszkańców bezpłatny pakiet zajęć rekreacyjnych i leczniczych. Pomijam fakt, w jaki sposób jest to zorganizowane, bo to temat na oddzielny, sarkastyczny felieton. Jedną z ofert stanowią tańce latino, teoretycznie osobno dla seniorów, osobno dla reszty społeczeństwa. Teoretycznie też nabór trwa do grupy początkującej i zaawansowanej. Ale czy w Polsce ktokolwiek przejmuje się teorią, zasadami, regulaminem? Do grupy początkującej, ogólnodostępnej z premedytacją zapisują się matuzalemy, które wcześniej, przez poprzedni rok uczęszczały na podobne zajęcia. Już na wstępie, w szatni, informują wszystkich, że grupa nie może zaczynać od podstaw, musi być grupą zaawansowaną, bo... oni tak chcą. W tamtym roku o tej porze chodzili na tańce i teraz żaden ratusz nie będzie im zmieniał grafiku na inną godzinę. Ta godzina ma być dla grupy zaawansowanej i basta. Co robi szkoła tańca? Przyznaje im rację. Arogancki, spóźniony instruktor obwieszcza wszem i wobec, że faktycznie o tej godzinie w tamtym roku prowadził zajęcia z częścią tych ludzi, co się i teraz do niego zapisali więc reszta (połowa zapisanych uczestników!) „może chodzić na zajęcia, nikt ich nie wygoni, nie ma problemu ale... będzie problem, grupa bowiem jest mocno do przodu”. Tak to ujął. Po czym dwie starsze panie prowadzą za niego zajęcia, gdyż on, biedaczek, „źle się czuje”. Obie strony jak widać są mocno usatysfakcjonowane. Seniorzy robią co chcą, instruktor się obija, pozwalając babciom łaskawie oglądać swoje młode oblicze, pieniądze płyną i … gra muzyka.

  Nic to, przechodzę do innej grupy, do innej szkoły tańca. Też teoretycznie nie dla seniorów. Aha! Na zajęciach trzy czwarte kobiet w wieku menopauzalnym. System nawiewu i otwarte drzwi nie wystarczają zapoconym babciom. Muszą jeszcze pootwierać wszystkie okna, tak żeby zrobić intensywny przeciąg. Nie ma się co dziwić, klimakteryjne uderzenia gorąca przy najmniejszym ruchu stwarzają złudzenie, że się duszą. Po pierwszych zajęciach nie przychodzi jedna trzecia składu, po drugich wykruszają się kolejne osoby. Nikomu rozumnemu nie trzeba tłumaczyć, że jeśli następuje intensywna rozgrzewka, a potem staniemy w mroźnym przeciągu, to przeziębienie murowane. Zwłaszcza u ludzi w starszym wieku, nie przywykłym do sportowych ekscesów. Rafał Ziemkiewicz pisał o mieszkańcach Afryki, którzy za nic w świecie nie mogą uwierzyć w zależność pomiędzy wirusem HIV a stosunkiem seksualnym. Taki stosunek jest zbyt przyjemną sprawą, aby mogła to być prawda. Mniej więcej ten poziom mentalności właściwy jest wychowanym na toruńskiej rozgłośni babciom. Chorują? No tak, ale to na pewno nie od przeciągów, skądże znowu! Świeże, zimowe powietrze jest zdrowe, nie przeczę, co innego jednak gimnastyka przy uchylonym oknie, a co innego zaprawa jaką stosują „morsy” przed kąpielą w Bałtyku. Zresztą nie o to chodzi, co jest bardziej zdrowe, ale o sposób rozwiązywania tego typu spraw. Uwagi menadżerki nie skutkują zupełnie, dziadowskie babciostwo ma je w rozpalonym wiekiem odwłoku i po jej wyjściu, podlatuje do zamkniętych przez nią okien, prychając, plując i gestykulując zawzięcie niczym brudna, śmierdząca niemytym od tygodni ciałem, średniowieczna tłuszcza. Kiedy jedna z kobiet zwraca im uwagę, sypią się na nią niewybredne żarty i  inwektywy.  Byłem zażenowany, słysząc jak rozwydrzone, przekwitające przekupki, spoglądające wygłodniałym wzrokiem na wszystko, co nosi spodnie (w tym na mnie niestety, czułem się jak tort ), rzucają pod adresem kobiety, mogącej być ich córką i przychodzącej na większość zajęć z partnerem, uwagi w stylu: „chłopa jej pewnie potrzeba, skoro marznie”. Chamowate, bezczelne i bezwzględne lobby?

  Ale na papierze urzędniczym jak to ładnie brzmi: zorganizowano zajęcia dla mieszkańców dzielnicy. Odfajkowane. W tym kraju pokutuje stwierdzenie, że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Mamy więc byle co, byle jak i dla byle kogo.

Kolejny przykład arogancji wiedźmowatych starców można zaobserwować w przychodniach. Niby są numerki, niby określone godziny przypisane tym numerkom, niby jasno określony regulamin porządkujący kolejność wejść pacjentów. I co z tego? Jeszcze mi się nie zdarzyło przyjść na określoną godzinę do lekarza lub na badania i się nie zdenerwować. Zawsze znajdzie się jakaś upierdliwa, stetryczała baba (dziwnym trafem taki facet w przychodni rzadziej się trafia), która wprawdzie ma daleki numerek, ale przyszła teraz (bo tak!) i usiłuje krzykiem wymóc na wszystkich, że „obowiązuje kolejność przyjścia”. Ręce opadają, biust i ogon (jak kto ma) także.

  Na poczcie nie ma dnia bez staruszki, która „tylko chce zapytać”, po czym odbiera listy, płaci rachunki i przez pół godziny wybiera kartki pocztowe dla sąsiadki. O jakichkolwiek kolejkach w sklepach nie wspomnę, tyle już razy opisywano szturmy emerytów na atrakcyjne wyprzedaże, że najzwyczajniej szkoda papieru. Opowiem jedynie sytuację charakterystyczną dla mentalności naszego kraju. Idę po wózek w hipermarkecie. Niestety z drobnych mam tylko dwudziestogroszówki. Kasę opuszcza właśnie jakiś dziadek z (najprawdopodobniej) wnuczkiem. Pytam czy oddałby koszyk, bo mam tylko drobniaki, na co on, że chętnie, ale ma włożoną do koszyka dwuzłotówkę. Odliczam 10 dwudziestogroszówek. Dziadek odchodzi zadowolony instruując dzieciaka: „Widzisz Pawełku, tak się robi interesy!”. W koszyku siedziała złotówka. Jaki kraj, takie interesy, chciałoby się powiedzieć.

  Na spektaklu organizowanym przez urząd dzielnicy wyleciało mi z torby etui na okulary, zdążyłem dać dwa kroki do przodu, zauważyłem to i odwróciłem się w poszukiwaniu zguby. Nawet śladu nie było, za mną kłębił się tylko tłum staruszków udających, że nie wiedzą o co chodzi. Solidarność wiekowa.

  Koleżance zablokował samochód jakiś dziadek, stając w poprzek ulicy swoją beemwicą. Wysiadł i udał się do sklepu monopolowego, a że była kolejka... Koleżanka marzła na mrozie w oczekiwaniu na chamowatego pijusa przez 15 minut, kiedy zaś zwróciła mu uwagę, że chociaż przepraszam mógłby powiedzieć usłyszała: „a po co?” Po czym ordynus wzruszył ramionami i zarechotał. Dziwicie się, kiedy taka sama beemwica zatrzymuje się przed dyskoteką i wypada z niej kilku ogolonych ABS-ów z kijami bejsbolowymi w owłosionych łapach? To ja się dziwię waszemu zdziwieniu.

  Do kasy sklepowej z napisem „do 10 towarów” podchodzi babcia mająca lekko licząc dwa razy tyle produktów i na zwróconą uwagę jeszcze odpyskowuje, że przecież „nie ma całego wózka, ino pół”. Co ciekawsze klienci już obsłużeni przez kasjerkę zgadzają się z nią, bo „co innego gdyby stała tu z całym, po brzegi wypakowanym wózkiem”. Protestują tylko ci z tyłu. Prawo i regulamin sobie, a profesor Kali sobie. A właśnie, przypomniało mi się, jak umówiony byłem z fryzjerem u mnie w domu. Najpierw miał przyjść do sąsiadki, potem do mnie. Ale do sąsiadki przyszła jej matka i „po znajomości” najpierw się nią zajął. Do mnie mógł przyjść dwie godziny po umówionym czasie. I według sąsiadki (przez kogo wychowanej?), i według jej matki, i według fryzjera (pewnie ma taką samą matkę) wszystko było OK. A że wcześniej słuchałem skarg tej samej radosnej sąsiadeczki na lekarkę, która przed nią przyjęła swoją znajomą? Cóż, uczciwe jest gdy Kali ukraść krowę, nieuczciwe jak Kalemu ukradną, prawda?

  Nawet takie z pozoru niewinne zajęcia jak warsztaty poetyckie (nie mówię o potrzebnym skądinąd Uniwersytecie III wieku, ale o warsztatach ogólnodostępnych) w większości podporządkowane są zachciankom ludzi starszych. Dom kultury wydaje dajmy na to antologię wierszy. Jak myślicie, czy w tomiku będą utwory prezentujące jakiś, choćby minimalny poziom, czy radosna grafomania? Głupie pytanie, to kryterium, pod naciskiem babć i dziadków, nie jest brane pod uwagę. W tomiku znajdą się utwory tych osób, które przyjdą na k-a-ż-d-e spotkanie grupy literackiej. Pytanie za sto punktów:  kto ma czas na bezproduktywne nasiadówki, na których poprawiane są wiecznie te same błędy podstarzałych karykatur narodowych wieszczów? No i mamy kolejną cegiełkę do miernego obrazu literatury w Polsce.

  Co? Zbyt dosadnie rzecz ująłem? W przypadku barbarzyństwa inaczej nie można. Cham ma to do siebie, że nie rozumie, gdy się go grzecznie prosi.

  Krzywdzące uogólnienia? Ależ każde uogólnienia  powstają na bazie najnormalniejszej w świecie statystyki zachowań. Skoro kilka razy dziennie doświadczam na własnej skórze agresji, zachłanności, zuchwałości i tupeciarskich poczynań staruszków oraz hodowanej przez nich progenitury, a tych kilku, których znam i cenię na palcach jednej ręki można wyliczyć, to trudno odmalować inny obraz tejże grupy społecznej. „Wrzeszczących staruszków” jest więcej. Demokracja, powiecie,  to rządy większości. A co, jeśli większość należy do gatunku kanibali? Wtedy, chcąc przeżyć, musimy jak najszybciej emigrować z ich kotła. Wyłącznie ucieczka nas ratuje, wpływu bowiem na tyranię demokracji prymitywów nie mamy. W dodatku, gdy usankcjonowana jest przez Państwo.

  Dlatego moi mili, jeśli usłyszę o konieczności wyrażania szacunku wobec starszych osób, o zrozumieniu ich sytuacji, o niskich emeryturach, które rzekomo miałyby cokolwiek w dziedzinie kultury usprawiedliwiać, o wyrażeniu współczucia, bo „swoje przeszli”, odpowiem krótko: zapomnijcie!

  Przyczaiłem się w swojej ekologicznej norze i przeczekuję. Z nadzieją, że kanibale i ich dzieci pozżerają się nawzajem. Smacznego.

 

 

 

 

 

 

<< powrót