Za siódmą górą, za siódmą rzeką,
za gęstymi lasami i za wielką wodą żyli sobie ukochana babunia i ukochany
dziadunio... Hehe, na bajki mi się zebrało. Wczoraj właśnie miałem okazję
przyjrzenia się jak ukochana babunia sztorcowała jakiegoś chłopaka za to,
że nie dość szybko (!) ustąpił jej miejsca. Sam kiedyś byłem w takiej
sytuacji. Jechałem ze swoją drugą połówką do szpitala. Ledwo się na
nogach trzymała, co nie miało najmniejszego znaczenia dla kilkunastu osób,
mocno zaawansowanych wiekiem, które niemalże siłą wywlokły moją żonę z
miejsca siedzącego. W dodatku robiąc przy tym taki jazgot, jakby atakowali
pozycje nieprzyjaciela podczas wojny. Co skądinąd jest bardzo trafnym
porównaniem. Wojna trwa, niczym nie przymierzając telewizja „Trwam” i
końca jej nie widać. Młodsi ponoć nie szanują starszych, a „dziadowskie
babciostwo” według określenia mojej koleżanki Agaty Kyzioł, napada na
młodzież, że niekulturalna i źle się zachowuje. Ale przecież skądś ci
młodzi biorą przykład. Czyżby wychowywały ich ufoludki niejasnego
pochodzenia i przez nikogo nie kontrolowane? Ktoś przecież musiał wpoić im
pewne zasady, a w tym przypadku raczej ich brak?
Przypatrzmy się bliżej, jak
funkcjonuje w społeczeństwie ta grupa społeczna, która powinna świecić
doświadczeniem, mądrością i przykładem. Jedna z dzielnic Warszawy.
Urzędnicy organizują dla mieszkańców bezpłatny pakiet zajęć rekreacyjnych
i leczniczych. Pomijam fakt, w jaki sposób jest to zorganizowane, bo to
temat na oddzielny, sarkastyczny felieton. Jedną z ofert stanowią tańce
latino, teoretycznie osobno dla seniorów, osobno dla reszty społeczeństwa.
Teoretycznie też nabór trwa do grupy początkującej i zaawansowanej. Ale
czy w Polsce ktokolwiek przejmuje się teorią, zasadami, regulaminem? Do
grupy początkującej, ogólnodostępnej z premedytacją zapisują się
matuzalemy, które wcześniej, przez poprzedni rok uczęszczały na podobne
zajęcia. Już na wstępie, w szatni, informują wszystkich, że grupa nie może
zaczynać od podstaw, musi być grupą zaawansowaną, bo... oni tak chcą. W
tamtym roku o tej porze chodzili na tańce i teraz żaden ratusz nie będzie
im zmieniał grafiku na inną godzinę. Ta godzina ma być dla grupy
zaawansowanej i basta. Co robi szkoła tańca? Przyznaje im rację.
Arogancki, spóźniony instruktor obwieszcza wszem i wobec, że faktycznie o
tej godzinie w tamtym roku prowadził zajęcia z częścią tych ludzi, co się
i teraz do niego zapisali więc reszta (połowa zapisanych uczestników!)
„może chodzić na zajęcia, nikt ich nie wygoni, nie ma problemu ale...
będzie problem, grupa bowiem jest mocno do przodu”. Tak to ujął. Po czym
dwie starsze panie prowadzą za niego zajęcia, gdyż on, biedaczek, „źle się
czuje”. Obie strony jak widać są mocno usatysfakcjonowane. Seniorzy robią
co chcą, instruktor się obija, pozwalając babciom łaskawie oglądać swoje
młode oblicze, pieniądze płyną i … gra muzyka.
Nic to, przechodzę do innej
grupy, do innej szkoły tańca. Też teoretycznie nie dla seniorów. Aha! Na
zajęciach trzy czwarte kobiet w wieku menopauzalnym. System nawiewu i
otwarte drzwi nie wystarczają zapoconym babciom. Muszą jeszcze pootwierać
wszystkie okna, tak żeby zrobić intensywny przeciąg. Nie ma się co dziwić,
klimakteryjne uderzenia gorąca przy najmniejszym ruchu stwarzają
złudzenie, że się duszą. Po pierwszych zajęciach nie przychodzi jedna
trzecia składu, po drugich wykruszają się kolejne osoby. Nikomu rozumnemu
nie trzeba tłumaczyć, że jeśli następuje intensywna rozgrzewka, a potem
staniemy w mroźnym przeciągu, to przeziębienie murowane. Zwłaszcza u ludzi
w starszym wieku, nie przywykłym do sportowych ekscesów. Rafał Ziemkiewicz
pisał o mieszkańcach Afryki, którzy za nic w świecie nie mogą uwierzyć w
zależność pomiędzy wirusem HIV a stosunkiem seksualnym. Taki stosunek jest
zbyt przyjemną sprawą, aby mogła to być prawda. Mniej więcej ten poziom
mentalności właściwy jest wychowanym na toruńskiej rozgłośni babciom.
Chorują? No tak, ale to na pewno nie od przeciągów, skądże znowu! Świeże,
zimowe powietrze jest zdrowe, nie przeczę, co innego jednak gimnastyka
przy uchylonym oknie, a co innego zaprawa jaką stosują „morsy” przed
kąpielą w Bałtyku. Zresztą nie o to chodzi, co jest bardziej zdrowe, ale o
sposób rozwiązywania tego typu spraw. Uwagi menadżerki nie skutkują
zupełnie, dziadowskie babciostwo ma je w rozpalonym wiekiem odwłoku i po
jej wyjściu, podlatuje do zamkniętych przez nią okien, prychając, plując i
gestykulując zawzięcie niczym brudna, śmierdząca niemytym od tygodni
ciałem, średniowieczna tłuszcza. Kiedy jedna z kobiet zwraca im uwagę,
sypią się na nią niewybredne żarty i inwektywy. Byłem zażenowany,
słysząc jak rozwydrzone, przekwitające przekupki, spoglądające
wygłodniałym wzrokiem na wszystko, co nosi spodnie (w tym na mnie
niestety, czułem się jak tort ), rzucają pod adresem kobiety, mogącej być
ich córką i przychodzącej na większość zajęć z partnerem, uwagi w stylu:
„chłopa jej pewnie potrzeba, skoro marznie”. Chamowate, bezczelne i
bezwzględne lobby?
Ale na papierze urzędniczym jak
to ładnie brzmi: zorganizowano zajęcia dla mieszkańców dzielnicy.
Odfajkowane. W tym kraju pokutuje stwierdzenie, że darowanemu koniowi w
zęby się nie zagląda. Mamy więc byle co, byle jak i dla byle kogo.
Kolejny przykład arogancji
wiedźmowatych starców można zaobserwować w przychodniach. Niby są numerki,
niby określone godziny przypisane tym numerkom, niby jasno określony
regulamin porządkujący kolejność wejść pacjentów. I co z tego? Jeszcze mi
się nie zdarzyło przyjść na określoną godzinę do lekarza lub na badania i
się nie zdenerwować. Zawsze znajdzie się jakaś upierdliwa, stetryczała
baba (dziwnym trafem taki facet w przychodni rzadziej się trafia), która
wprawdzie ma daleki numerek, ale przyszła teraz (bo tak!) i usiłuje
krzykiem wymóc na wszystkich, że „obowiązuje kolejność przyjścia”. Ręce
opadają, biust i ogon (jak kto ma) także.
Na poczcie nie ma dnia bez
staruszki, która „tylko chce zapytać”, po czym odbiera listy, płaci
rachunki i przez pół godziny wybiera kartki pocztowe dla sąsiadki. O
jakichkolwiek kolejkach w sklepach nie wspomnę, tyle już razy opisywano
szturmy emerytów na atrakcyjne wyprzedaże, że najzwyczajniej szkoda
papieru. Opowiem jedynie sytuację charakterystyczną dla mentalności
naszego kraju. Idę po wózek w hipermarkecie. Niestety z drobnych mam tylko
dwudziestogroszówki. Kasę opuszcza właśnie jakiś dziadek z
(najprawdopodobniej) wnuczkiem. Pytam czy oddałby koszyk, bo mam
tylko drobniaki, na co on, że chętnie, ale ma włożoną do koszyka
dwuzłotówkę. Odliczam 10 dwudziestogroszówek. Dziadek odchodzi zadowolony
instruując dzieciaka: „Widzisz Pawełku, tak się robi interesy!”. W koszyku
siedziała złotówka. Jaki kraj, takie interesy, chciałoby się powiedzieć.
Na spektaklu organizowanym przez
urząd dzielnicy wyleciało mi z torby etui na okulary, zdążyłem dać dwa
kroki do przodu, zauważyłem to i odwróciłem się w poszukiwaniu zguby.
Nawet śladu nie było, za mną kłębił się tylko tłum staruszków udających,
że nie wiedzą o co chodzi. Solidarność wiekowa.
Koleżance zablokował samochód
jakiś dziadek, stając w poprzek ulicy swoją beemwicą. Wysiadł i udał się
do sklepu monopolowego, a że była kolejka... Koleżanka marzła na mrozie w
oczekiwaniu na chamowatego pijusa przez 15 minut, kiedy zaś zwróciła mu
uwagę, że chociaż przepraszam mógłby powiedzieć usłyszała: „a po co?” Po
czym ordynus wzruszył ramionami i zarechotał. Dziwicie się, kiedy taka
sama beemwica zatrzymuje się przed dyskoteką i wypada z niej kilku
ogolonych ABS-ów z kijami bejsbolowymi w owłosionych łapach? To ja się
dziwię waszemu zdziwieniu.
Do kasy sklepowej z napisem „do
10 towarów” podchodzi babcia mająca lekko licząc dwa razy tyle produktów i
na zwróconą uwagę jeszcze odpyskowuje, że przecież „nie ma całego wózka,
ino pół”. Co ciekawsze klienci już obsłużeni przez kasjerkę zgadzają się z
nią, bo „co innego gdyby stała tu z całym, po brzegi wypakowanym wózkiem”.
Protestują tylko ci z tyłu. Prawo i regulamin sobie, a profesor Kali
sobie. A właśnie, przypomniało mi się, jak umówiony byłem z fryzjerem u
mnie w domu. Najpierw miał przyjść do sąsiadki, potem do mnie. Ale do
sąsiadki przyszła jej matka i „po znajomości” najpierw się nią zajął. Do
mnie mógł przyjść dwie godziny po umówionym czasie. I według sąsiadki
(przez kogo wychowanej?), i według jej matki, i według fryzjera (pewnie ma
taką samą matkę) wszystko było OK. A że wcześniej słuchałem skarg tej
samej radosnej sąsiadeczki na lekarkę, która przed nią przyjęła swoją
znajomą? Cóż, uczciwe jest gdy Kali ukraść krowę, nieuczciwe jak Kalemu
ukradną, prawda?
Nawet takie z pozoru niewinne
zajęcia jak warsztaty poetyckie (nie mówię o potrzebnym skądinąd
Uniwersytecie III wieku, ale o warsztatach ogólnodostępnych) w większości
podporządkowane są zachciankom ludzi starszych. Dom kultury wydaje dajmy
na to antologię wierszy. Jak myślicie, czy w tomiku będą utwory
prezentujące jakiś, choćby minimalny poziom, czy radosna grafomania?
Głupie pytanie, to kryterium, pod naciskiem babć i dziadków, nie jest
brane pod uwagę. W tomiku znajdą się utwory tych osób, które przyjdą na
k-a-ż-d-e spotkanie grupy literackiej. Pytanie za sto punktów: kto ma
czas na bezproduktywne nasiadówki, na których poprawiane są wiecznie te
same błędy podstarzałych karykatur narodowych wieszczów? No i mamy kolejną
cegiełkę do miernego obrazu literatury w Polsce.
Co? Zbyt dosadnie rzecz ująłem?
W przypadku barbarzyństwa inaczej nie można. Cham ma to do siebie, że nie
rozumie, gdy się go grzecznie prosi.
Krzywdzące uogólnienia? Ależ
każde uogólnienia powstają na bazie najnormalniejszej w świecie
statystyki zachowań. Skoro kilka razy dziennie doświadczam na własnej
skórze agresji, zachłanności, zuchwałości i tupeciarskich poczynań
staruszków oraz hodowanej przez nich progenitury, a tych kilku, których
znam i cenię na palcach jednej ręki można wyliczyć, to trudno odmalować
inny obraz tejże grupy społecznej. „Wrzeszczących staruszków” jest więcej.
Demokracja, powiecie, to rządy większości. A co, jeśli większość należy
do gatunku kanibali? Wtedy, chcąc przeżyć, musimy jak najszybciej
emigrować z ich kotła. Wyłącznie ucieczka nas ratuje, wpływu bowiem na
tyranię demokracji prymitywów nie mamy. W dodatku, gdy usankcjonowana jest
przez Państwo.
Dlatego moi mili, jeśli usłyszę
o konieczności wyrażania szacunku wobec starszych osób, o zrozumieniu ich
sytuacji, o niskich emeryturach, które rzekomo miałyby cokolwiek w
dziedzinie kultury usprawiedliwiać, o wyrażeniu współczucia, bo „swoje
przeszli”, odpowiem krótko: zapomnijcie!
Przyczaiłem się w swojej
ekologicznej norze i przeczekuję. Z nadzieją, że kanibale i ich dzieci
pozżerają się nawzajem. Smacznego.