<< leć do Publicystyki

 

Potrzebna, niepotrzebna/ niepotrzebne skreślić*

 

  Widziałem ją przez chwilę jak w radosnych pląsach, przypominających trochę taniec

św. Wita przesmykiwała się przez moje podwórko. Śpiewała coś na nostalgiczną nutę.

Coś co brzmiało jakoś tak:

 

zasadzili mnie w kraju nieznanym

karmiąc skąpo, czasami lub wcale

plon zebrali wiele lat temu

kręcąc głową z niesmakiem i żalem

 

nie zakwitłam kwiatem niezwykłym

nie spęczniałam jak klacz rozrodowa

stoję niczym drzewo umarłe

wśród gałęzi skrywając słowa

 

  „Klacz rozrodowa” zarżała w mojej duszy i poszerzyła mi wiosenny uśmiech o dobrych kilka centymetrów, ale zanim zdążyłem się tą „klaczą” podzielić ze współmałżonkiem, doszła do mnie ostatnia zwrotka:

 

wykorzystać nie mogli, więc zgodnie

kocioł wielki wśród łąk ustawili

suche drewno w stos ułożono

i... spłonęłam w ułamku chwili

 

  No i przyznam się nieco wstydliwie, że uśmiech spełznął mi z oblicza, a oczy poczułem

w mokrym miejscu. Zapragnąłem przygarnąć bidulę, pogłaskać, smoczek w pyszczora wsadzić i podtuczyć odrobinę, bo jakoś taka wychudzona mi się zdawała. Anorektyczka,

czy co?

  Pomyślałem, pokombinowałem, przepatrzyłem co tam niepotrzebne w domu leżało i dalej stawiać transparenty, wieczorki organizować, fundacje zakładać, wiece, pikiety, czołgi

na ulice... O żeż, zapędziłem się. Na transparentach i fundacji stanęło. Nie żebym miał coś przeciwko czołgom, lufy im nawet zgrabnie wyglądają, tylko coś mało pasowały do lekkiej

i zwiewnej, uduchowionej Poezji.

  Każdy gwałtownie przepytywany przeze mnie znajomy bił się w piersi, że dołoży się,

a jakże, do odkarmienia nieszczęsnej. Nawet obiecali zwerbować znajomych. Wziąłem więc za rękę delikatną istotkę, otuliłem słowami, potarmosiłem pieszczotliwie, pogłaskałem motylą frazą, „uszy do góry” - zaordynowałem. Tak mi się jakoś wypsnęło.  I czekaliśmy tak we dwoje, z nadzieją (która wiadomo czyją matką), a nawet z pewnością (o naiwni!),

że za dzień, dwa, najdalej za tydzień wszystko się zmieni. Poezja usiądzie na należnym jej tronie, świat odda jej pokłon, jak to „damie lirycznej” się należy i wszyscy będą żyli długo

i szczęśliwie.

  Ludzie, żebyście wiedzieli jakie nieszczęścia i kataklizmy zaczęły przechodzić z siłą tajfunu przez większość moich znajomych! Parę dni temu w pierś się bili, że na pewno, że będą, że wspomogą, że Poezja to furtka do wpasowania się w grono elity... Dziś myszy psa zjadły, teściowa zdechła, córka napluła do śmietany, ulubiona maciora nie mogła wyjść z kojca, bo świeżo po połogu, więc trzeba było z nią zostać, albo powstał hamletowski dylemat: zrobić kalafiorową czy pomidorową. Czy jakoś tak. Zabrakło trzeciej wojny światowej i powodzi. Chociaż, tfu, co ja mówię, powódź odpracował kolega, któremu zalało mieszkanie. Mnie też zalała. Krew. To ja tu stopień człowieczeństwa chcę podnieść choćby o pół milimetra, żeby nie być podobnym do osła, albo jakiego innego pustułka* co tylko żre, bawi się joystickiem, puszcza bąki i sam się puszcza.

  I po co??!

  Dziób w kubeł, Poezja z powrotem w krzaki, a ty się lepiej Siwmir zastanów co dzisiaj

na kolację zrobić.


 


* Sugeruję wybrać właściwą opcję, bo jak nie to powieszę za ja... jasną stronę osobowości

* Dobrze, dobrze wiem, że powinno być pustułki, ale męskie formy brzmią ładniej, hehe.

 

 

 

         

<< leć do Publicystyki