-Dziwnie się złożyło.
Dziwnie i durnie. Moje życie przypadło na ten okres w historii kraju,
który obecnie zniknął zupełnie z obszaru zainteresowań historyków,
literatów, mediów. Najlepiej, by w ogóle nie istniał. Czy nazwiemy go
okupacją sowiecką, czy okresem PRL-u – dla mnie to nie jest ważne.
Polityka toczyła się obok mnie. Tak jak w czasie zaborów, przecież wtedy
też istniała Polska, ta, którą budowali tacy jak ja.
-
Był ze
mnie kawał skurczysyna. W kwaterunkowych blokach, gdzie zamieszkiwało po
kilka rodzin w jednym pokoju, pozycję wywalczyłem twardymi pięściami i
głową pełną pomysłów.
-
Nie, wojny i jej okrucieństwa dokładnie
nie pamiętam, byłem za mały. Jedynie strzępy wspomnień, smak wodnistej
kartoflanki, płacz matki, gdy ojciec nie wrócił do domu... Niewiele.
-
Przyjęli mnie do szkoły od razu do
trzeciej klasy. Znałem cały wiersz „Kto ty jesteś? - Polak mały”. Dziadek
nauczył. Po szkole poszedłem pracować do cegielni. Ojciec po powrocie z
obozu ciągle chorował, czterech braci i siostra w domu – ktoś musiał matce
pomóc.
-
Trwała
zimna wojna, gdy wzięli mnie w kamasze. Na szczęście bracia już podrośli
na tyle, żebym nie musiał się martwić o rodzinę. Rogata dusza sprawiła, że
odsłużyłem dwukrotnie więcej niż przypadało. Przynajmniej wiem jak wygląda
kompania karna, a w areszcie to nawet przyjemnie było. Koledzy dokarmiali,
dziewczyny przyprowadzali. Raz nawet ten co miał mnie pilnować, wypuścił
na przepustkę. Za pół litra przez ojca upędzone. Żal było flaszki, ale
bardziej żal dziewczyny, z którą się umówiłem.
-
To w
wojsku okazało się, że mam niezłą pamięć, lotny umysł, zmysł organizacyjny
i szybko się uczę. Skończyłem w trakcie służby technikum chemiczne. W
rodzinnym miasteczku zbudowali zakłady przemysłu farmaceutycznego. Jako
wyróżniający się uczeń otrzymałem propozycję pracy i zostałem brygadzistą
w Polfie. Dwa lata później awansowałem na kierownika jednego z oddziałów i
zanim się obejrzałem miałem pod sobą dwa najbardziej prestiżowe oddziały,
eksportujące leki.
-
Wiadomo,
miłość. Od pierwszego wejrzenia. Musiałem opłotkami przemykać, bo
niepisane prawo w mieście mówiło, że nie można chodzić z dziewczynami z
własnej dzielnicy, ani dopuścić do nich chłopaków z innych dzielnic.
Szczeniackie zasady. Dla tej jedynej zerwałem z poprzednią, mieszkajacą
niestety tuż obok mojej wybranki. Po ślubie niedoszła teściowa pod nasze
okno przychodziła, kładła paletę i podglądała, czy się nie kłócimy. Nie
mogła odżałować, że zostawiłem jej córkę.
-
A dom
wybudowałem sam. Przydała się praktyka w cegielni, potem dorabianie na
budowie. Zanim żona nauczyła się gotować, jedliśmy w Polfoskiej stołówce.
Na szczęście dzieci zdolności kucharskie odziedziczyły po babci.
-
Zakład
podpisał kontrakt z „Bayernem”, na produkcję polopiryny. Niemcy tylko
pakowali tabletki w firmowe pudełka. Mogłem kupić „syrenkę”, pozwolić
sobie na eskapadę do stolicy i pokazać dzieciakom wszystkie pomniki.
-
Dzieci
pokończyły studia. Zdolne (teraz się mówi kreatywne), porobiły kariery.
Wnuczki jak marzenie, urodziwe i choć młode już odnoszące sukcesy.
-
Świat
się zmienia. Teraz są specjaliści od zarządzania zasobami ludzkimi,
komputerowe analizy. Zakład został przejęty przez zagranicznego
inwestora. Moje oddziały, jako nierentowne zlikwidowano. Patrząc na dzieci
wyjeżdżające teraz do pracy za granicę wydaje mi się, że może jednak tak
źle tej „małej ojczyzny” nie budowałem. A jeśli tak twierdzicie, to niech
mi który pokaże, że umie robić to lepiej!
Odpowiedzi na niezadane pytania ocalił od zapomnienia