Pamiętam, że dziadek zrobił
lampki na choinkę własnoręcznie. Drucik pozbawiony izolacji w miejscach
lutowania spinał sznur żaróweczek służących do oświetlania skali w
odbiornikach radiowych. Dostał całe pudło od sklepowej. Do zwykłych
latarek nie pasowały i nikt nie chciał kupować. Za to trzeba było być
ostrożnym i umiejętnie lawirować palcami podczas dłubania w choince.
Zamiast ciasteczka, cukierka czy suszonej śliwki, wplątanych w anielski
włos i kłujące gałązki świerku, można było doznać niezbyt miłego
elektrycznego wstrząsu. Inna rzecz, że po takiej terapii przez
przynajmniej pół godziny stanowiłem okaz najgrzeczniejszego pod słońcem
dziecka. Niestety, bombki lubiły wtedy spadać i tłuc się. Wiadomo, zamiast
wymarzonego prezentu – rózga, albo Mikołaj wyjątkowo dokładnie przepytywał
z wierszyków.
Czwórka huncwotów odskoczyła od
choinki, widząc uchylające się drzwi.
-
W tym
roku Mikołaja nie będzie! – rzucił stryj przez szczelinę. – Rozbójnicy
napadli i zabrali worki z prezentami – trzasnął zamek, a nas
sparaliżowało.
-
Niemożliwe – stwierdził stanowczo Tomek. – Mikołaj ma laskę, poza tym jest
Święty. A Święty zawsze zwycięża. W telewizji widziałem.
-
Ten
Święty to nie Mikołaj, młodszy jest i detektyw. Nie od rozdawania
prezentów. U nas to robi Gwiazdor, bo jest najsilniejszy z kolędników,
nosi wielką Gwiazdę i ma rózgę – Jurek przyjechał z wujem Szczepanem spod
Poznania.
-
Też by
nie dał rady, rozbójników było czterdziestu, to ci od Alibaby – znów
trzasnęły drzwi i stryj wycofał się do kuchni. Najprawdopodobniej siedział
najbliżej i był na ciągłym nasłuchu. Dorośli po wigilijnej kolacji i
dzieleniu się opłatkiem dyskutowali o swoich sprawach przy stole
kuchennym. My w pokoju czekaliśmy na prezenty. Też mieliśmy swój stolik, a
na nim siano pod obrusem, makowiec, ciasteczka upieczone przez babcię,
które nie zmieściły się na choince.
-
Ojej, a
Śnieżynce nic się nie stało? – usteczka Tańki wygięły się w podkówkę.
Dziewczynka była córką niezwykłego małżeństwa zaproszonego przez dziadka
na Wigilię. Rosjanin i Niemka, poznali się podczas wojny i zdecydowali
pozostać w Polsce. Uczyli rodzimych języków w miejscowym liceum. Zarówno
starszy Tomek, jak i dwa lata młodsza Tańka nie raz zaskakiwali
niesamowitymi historiami o zwyczajach swoich rodziców i licznych
nieporozumieniach wynikających z różnic kulturowych.
-
Stryja
nie znacie? – zdecydowałem się wtrącić. – Przecież już wiadomo, że się
zgrywa. Sami słyszeliście, że napadli rozbójnicy z bajki o Alibabie!
Dokładnie tak samo jak wtedy, gdy zapytał, co nam się stało, że chodzimy
piętami do tyłu.
-
No, ale
z Mikołajem to też jest bajka... – po chwili zastanowienia stwierdził
Jurek. – I jak się bajki pomieszają, to chyba taki napad jest możliwy...
-
W
bajce. A naprawdę, to pewnie dziadek gdzieś zapodział wąsy i brodę. Szuka
teraz, żeby się przebrać – stwierdziłem autorytatywnie. – Stryj pewnie
stara się nas zagadać. – Sami widzicie – dodałem, gdy drzwi przesłoniła
zwalista postać.
Mikołaj w naszych podłomżyńskich
okolicach bardziej przypominał Dziadka Mroza. Czapka uszanka, kożuch
przepasany czarnym pasem, siwe wąsy i broda. Usiadł na taborecie pośrodku
pokoju.
-
Kto pierwszy powie wierszyk, albo
zaśpiewa piosenkę? – zagrzmiał tubalny głos.
Tańka ukryła się za Tomkiem, Jurek
kicnął za stół, zyskując bezpieczną odległość blatu. Ja natomiast ruszyłem
do przodu i ... zmartwiałem. Zza pleców Mikołaja uśmiechał się do mnie
dziadek, ojciec, stryj, tata Tomka i Tańki – cały męski skład! Więc kto
to? – wyła w głowie trwoga. Ale już siedząc na kolanach, śpiewając „Jadą
wozy kolorowe”, ukradkiem pociągnąłem za zwisający siwy, sumiasty wąs, by
go oderwać. Jednak po groźnym mruknięciu właściciela poznałem, że jest bez
wątpienia prawdziwy. Ręka Mikołaja już, już sięgała po rózgę. Udało mi się
go udobruchać dopiero recytując całą balladę „Pani Twardowska”. Ufff.
Od pewnego
czasu Mikołaj zaczął się pojawiać dziwnie często. W okolicach, skąd
pochodzę przychodził wyłącznie w Wigilię Bożego Narodzenia. Teraz zaczyna
grasować od 6 grudnia. Ponoć na pamiątkę szlachetnego biskupa, który
potrafił czynić cuda, a w ten właśnie dzień obsypał, wskrzeszone przez
siebie dzieci, prezentami. Może też pojawić się, zgodnie ze wschodnia
tradycją, na Nowy Rok. Robi się roztargniony, zapominając rózeg, nawet
wtedy, gdy obdarowywany zakapiorek wali kopytami w ziemię, wykrzykując, że
otrzymana konsola jest przestarzała. Coraz rzadziej solidnie przepytuje z
wierszyków i piosenek. Prawdopodobnie najchętniej przemknąłby ukradkiem,
zostawiając rozwydrzonym latoroślom prezenty pod choinką, bez
niepotrzebnego z nimi kontaktu, lecz cóż, taka praca i powołanie. Chyba
że... Dojdzie do głosu grupa poprawnych politycznie reformatorów, która po
wnikliwym przeanalizowaniu zachowań Mikołaja (branie dzieci na kolana,
głaskanie po główkach, obdarowywanie prezentami, częstowanie łakociami
itp. itd.) zgłosi odpowiedni wniosek i sunące po śniegu sanie zatrzyma
brygada antyterrorystyczna. Co my wtedy powiemy naszym dzieciom, jak
usprawiedliwimy nieobecność staruszka? Pospieszmy ze zdrowym rozsądkiem i
ratujmy Mikołaja, zanim nasz premier zdąży go wykastrować.