PREMIERA W KSIĘGARNIACH
w drugiej połowie
czerwca 2009 r.
Auto pędziło z rykiem silnika,
rozpraszając grupki przechodniów. Siedzący za kierownicą młody mężczyzna
wygolony na łyso, w sportowej bluzie z kapturem był wyraźnie spanikowany,
gnał na oślep, zupełnie nie zważał na światła, po prostu pędził.
Siedzący obok niego na fotelu wielki jak
smok, ważący 150 kilo Kruszyna z rozmachem walnął Czaję otwartą dłonią w
wygolona czachę, aż plasnęło.
- Zamknij tę gębę, tchórzu.
- Czego się czepiasz!
-Zwolnij kretynie.
- Bo co !
- Bo jajco, zwolnij, mówię!
-Odwal się, ja prowadzę.
-Zwolnij, fujaro, bo jak cię gwizdnę...
- Dobra, dobra – Czaja wyraźnie zmiękł
widząc wzniesioną do ciosu pięść.
- Delikatnie
jedź, z Kondziem niedobrze, a jak tak będziesz szalał, psy nas namierzą...
- Kondziu, no jak trzymasz się ? –
Kruszyna odwrócił się i badawczo spoglądał na trzeciego pasażera, leżącego
bezwładnie na tylnym fotelu. Kondziu był kredowo blady, miał spierzchnięte
usta. Prawą dłoń przyciskał do piersi, spod palców wolno ściekała
ciemnoczerwona krew.
- Trzymam się – na wpół otworzył oczy i
wyszeptał te dwa słowa. Na więcej nie miał już siły.
- Kondziu, nie umieraj, jesteś twardy, nie
daj się - zaklinał go Kruszyna, jak by słowa mogły coś zmienić.
- Po cholerę strzelałeś do gliniarzy,
zwialibyśmy i bez tego – Czaja znowu wszedł na wysokie obroty
- Bo ja lubię tylko zdechłe psy, kapujesz?
I teraz, jeśli nas namierzą, to żywy się nie dam. Nie pójdę pierdzieć w
pasiaki, kumasz?
- A mnie o zdanie nie spytasz? – Czaja
spojrzał spode łba na wielkiego towarzysza. Kruszyna gwałtownym ruchem
wyciągnął z za pasa pistolet, przyłożył Czai do skroni.
- Gówno mnie obchodzi twoje zdanie,
gnojku. Masz robić to, co każę, gnido! Nie kombinuj. Jeśli tylko coś
zrobisz nie tak, pierwszą kulę rozwalę ci łeb. Wybieraj, odpalę cię teraz,
albo będziesz ze mną do końca! Wybieraj! – Wrzeszczał tak, że aż kropelki
śliny wylatywały mu z ust, opryskując Czaję.
-Dobra, czego się drzesz, w porządku
-Wyciągnę nas z tego.
- Tak jak Szarama?
- Ty też tam byłeś !
- Ale to ty kazałeś nam zwiewać! – Czaja
zdążył uchylić się przed pierwszym ciosem, dwa następne rozbiły mu nos.
– Masz szczęście, że prowadzisz, złamasie,
bo bym cię zabił - Kruszyna znowu wrzeszczał
– Szaram wiedział gdzie i po co jedzie.
Stało się, jak się stało. Za dużo było psiarni wokół, musieliśmy wiać.
Szaram ma giwerę, to sobie poradzi. A jak nie, to jego ból. Jak go
wkitrają do celi, dostanie dobrą papugę, posmaruje się kogo trzeba i
Szaramek wyjdzie. On jest git chłopak, nie złamie się.- Kruszyna uspokoił
się.
- Czaja, skręć w tę przecznicę.
- Kondzio, daj swoją klamkę.
Kondzio ledwie widocznym ruchem głowy
wskazał na prawy bok. Kruszyna sięgnął do tyłu, wymacał pistolet tkwiący
za pasem Kondzia i zabrał go.
- Masz dowód osobisty, prawo jazdy,
portfel ? – przeczący ruch głowy Kondzia uspokoił Kruszynę. Szybko
przemieścił się na tylny fotel, sprawnie obszukał kieszenie rannego,
mruknął zadowolony, gdy niczego nie znalazł.
- Trzymaj się Kondziu. Gęba na kłódkę. Jak
coś piśniesz, to wiesz, co cię czeka. Jak przeżyjesz, Horko będzie o tobie
pamiętał. Zatrzymaj wóz Czaja - krzyknął Kruszyna, Czaja nie mówił nic.
Zorientował się w planach kompana. W tej sytuacji to było jedyne rozsądne
wyjście, być może Kondzio uratuje się. Ma przynajmniej szansę. Zatrzymali
się przed bramą szpitala. Kruszyna otworzył drzwi i lekko wypchnął
bezwładne ciało na wpół nieprzytomnego
Kondzia na
zewnątrz. Po czym Czaja dodał gazu i auto ruszyło z piskiem opon i
zniknęło z oczu kilku przypadkowych gapiów za najbliższym zakrętem.
...
Jak zwykle w takich chwilach, ktoś, gdzieś
poruszył kamyczek, który spadając potrącał kolejne, co raz większe aż
wszystkie razem runęły lawiną gniotąc i miażdżąc wszystko po drodze.
Lawina ruszyła. Przyjrzyjmy się temu zjawisku. Zobaczmy, kto ruszył
pierwsze kamyczki. Ta powieść nie ma początku, nie ma końca. Pokazuje
ludzi, których łączy wydarzenie. Kataklizm. Losy każdego z nich mogłyby
stać się kanwą osobnej opowieści. Przyjrzyjmy się, jak powstaje lawina,
najpierw malutka, niewinnie i wolno opadająca, nagle przeradzająca się w
zjawisko groźne i niszczycielskie. Po jej przejściu nic już nie jest takie
same.
...
O godzinie 4 włączyło się radio i
zaskrzeczało szumem źle zestrojonych fal. Chińskie badziewie ze stadionu,
największego targowiska w Europie, pełnego śmieci i rupieci zwożonych tu z
całego świata. Karol otworzył oczy i odruchowo wyłączył skrzekulca. Używał
go do budzenia się, bo w miarę łagodnie przywracał go do świata żywych z
objęć Morfeusza. Radio nastawi sobie za moment w kuchni, aby nie budzić
żony i dzieci. Inne dźwięki wydawane przez budziki, jak piszczenie,
dzwonienie i co tam jeszcze jest powodowały, że wyrwał się ze snu się w
panice, potrzebując kilku chwil nim zrozumiał, gdzie jest i doszedł do
siebie. Dlatego używał radia jako budzika, choć nigdy na tym odbiorniku
nie słuchał żadnej audycji. Nastawienie pokrętła na odbiór jakiejś stacji
powodowało, że rano radio i tak szumiało. Miało swoje życie. Przetarł oczy
i z ociąganiem wstał z łóżka. Toaleta, coś na ząb i kawa, stawiająca na
nogi. Gdy wychodził z domu, szarzało, słońce szykowało się do codziennej
wędrówki, ptaki świergotały, w sennej godzinie o świcie. Karol niechętnie
człapał do swojego samochodu. Odpalił silnik i wsłuchał się w jego miarową
pracę.
- O tej
porze normalni ludzie jeszcze śpią - pomyślał niechętnie - O rany, jak mi
się nie chce – tłukło się po głowie. Po czym ruszył przed siebie w
jaśniejący świt warszawskiego lipcowego poranka 1996 roku, jeszcze jeden
świt z wielu, jakie już przeżył w swym 37 letnim życiu. Wraz z Karolem
mniej więcej o tej samej porze ruszało ze swoich domów do tego samego
szarego budynku Komendy Rejonowej w jednej z dzielnic Warszawy kilkunastu
mężczyzn, aby o godzinie 5.30 ruszyć w miasto. Policjanci z I Plutonu
Kompanii Patrolowej Komendy Rejonowej. Zaczynał się dzień, dzień, jak co
dzień. Budynek komendy tętnił własnym pulsem, nieregularnym, szarpliwym
niczym sen potępieńca. Przez cały czas, nieustannie godzina za godziną,
dzień za dniem, piątek, świątek, czy niedziela wyznaczał rytm życia ludzi
z nim związanych. Jedni, jak policjanci z plutonu patrolowego dopiero go
rozpoczynali. Inni właśnie wychodzili do domów, bo przez ostatnie 24
godziny byli zmuszeni do rycia w cudzych życiorysach. Jeszcze inni,
czekali na przejściówce, aż jakiś konwój zabierze ich do nowego, otoczonego kratami życia.
Siedzieli cisi i zrezygnowani, inni gniewni i krzykliwi – owoc pracy dnia
poprzedniego. Gdy Karol dotarł do dusznej, ciasnej salki, w której upchano
mnóstwo metalowych szafek ubraniowych zastał tam już parę osób. Usiłowali
nie przeszkadzać sobie, ubierając mundury i opinając oporządzenie. Krótkie
powitania, banalne gadki o tym, co słychać. Karol przebił się do swojej
szafki, otworzył ją i rozpoczął taniec świętego Wita, którego ostatecznym
celem było zrzucenie ciuchów, które miał na sobie i wbicie się w uniform
policyjny. Starał się uniknąć ciosów walczących po jego bokach z rękawami
bluz sąsiadów. Taka mała zaprawa poranna przed dniem, w którym wszyscy
będą starali się cię zabić – pomyślał z przekąsem. Gdy wbił się już w
mundur poszedł na górę, do sali odpraw.