- Potwór! Zmutowany – moja koleżanka,
którą nazwałem pieszczotliwie „Kudłate” (włosy ma tak pięknie pokręcone,
że aż człowieka w dołku ściska z zazdrości) wystawiła język, ale żadne
złośliwości nie były w stanie jej powstrzymać od pochwalenia się i
opowiedzenia jak było. -Przebrałam się za sexi panterę. Miałam uszy,
obcisłą koszulkę, spodnie w panterzy wzorek i ogonek. I wszyscy mnie za
ten ogon ciągali...
- Co się dziwisz, chłopaki zawsze
ciągną za coś co wystaje: warkocze, ogon. Coś o tym wiem, przecież jestem
facetem. Flirtować nie umiesz? – zdziwiłem się obłudnie.
- Umiem, umiem i wcale nie narzekam –
Kudłate wydęło wargi. – Ale impreza była taka sobie. Fatalny didżej,
muzyka do niczego, kolesie popili się tak, że pożytku z nich nie było
żadnego. W sumie najbardziej się ubawiłam zanim dotarłam do klubu. U mnie
w bloku nieletnie menelstwo zbiera się na klatce schodowej. Swoją drogą
chyba im kosz zafunduję, bo bałagan straszny. No, ale słuchaj, wchodzę
jeszcze normalnie ubrana, z szesnaście osób siedzi na schodach, ale nic.
Oni grzecznie: „dzień dobry”, ja do nich: „jakoś się dziwnie szybko
rozmnażacie?”. Uśmiechnęli się miło i mówią, że skądże, żadnego
rozmnażania, na to mają jeszcze czas. Wyjść z domu musiałam jednak w
przebraniu. Ja pierniczę, jaki mnie rechot powitał. Dostarczyłam im takiej
radości, jakby działkę hery przypadkiem znaleźli. Po drodze podjechałam
pod blok Małgosi, bo miałyśmy iść razem. Też było nieźle. Stoję sobie przy
windzie. Obok dziewczyna. Nawet młoda. Patrzy na mnie, zezuje. Winda
zjechała. Myślisz, że wsiadła ze mną? Ni diabła. Czekała na następną.
- Pewnie cię wzięła za call-girl.
Niektórym się wydaje, że to zaraźliwe.
- Pewnie mnie wzięła – ucieszyło się
Kudłate. – Tym bardziej, że to blok dla japiszonów. Ale wiesz, to nie
koniec. Zatrzymałyśmy się po drodze na kebaba. Odczepiłam uszy, Małgośka w
samochodzie zostawiła swój indiański pióropusz i idziemy. Niestety ogon mi
się zza paska wysmyknął i tarzał po ziemi. Jezu, tylu facetów, to się
jeszcze za mną na ulicy nie obejrzało! A przecież na brak powodzenia nie
narzekam.
- Sprzedali ci kebeba, czy zadzwonili
po pogotowie?
- Sprzedali, sprzedali. Podejrzewam, że
jakby do tej budy podszedł ufek z kałachem, to też by zainkasowali forsę i
życzyli smacznego.
- I dołożyli gratis od firmy dodatkową
serwetkę – smętnie pokiwałem głową. Mała gastronomia w naszym kraju
całkiem już przeszła w ręce obcokrajowców ze Wschodu. Może i słusznie, bo
do interesów podchodzą o wiele poważniej niż moi rodacy.
Czemu jednak przypomniał mi się ten
dialog? Bo robiąc wpis do Wikipedii, niechcący zawędrowałem na stronę
poświęconą karnawałowi. Sądzę, iż niewiele osób wie, skąd wzięła się ta
nazwa. A jest to „pożegnanie mięsa”, co należałoby chyba rozumieć w taki
sposób: bawmy się, gdyż za około 40 dni będzie ścisły post. W tym roku
podobno jest jeden z najkrótszych okresów karnawałowych, trwa tylko 42
dni.
Prawie każdy kraj
organizuje mniejszy, bądź większy karnawał. Najsłynniejsze są te w Rio de
Janeiro, Wenecji, na Wyspach Kanaryjskich, w Nowym Orleanie i Londynie.
Ale i takie, słynące z chłodu, państwa jak Niemcy czy kraje skandynawskie
też organizują uliczne bale. W Rio de Janeiro karnawał, to więcej niż
nasze zapusty. Tam ludzie przygotowują się do tego wydarzenia prawie przez
cały rok. Ćwiczą w szkołach tanecznych, szyją, bądź dają do uszycia
specjalne, pełne przepychu stroje. Można oszczędzać na jedzeniu, wystroju
domu, czy papierosach, ale na ten jednorazowy, mocno przypominający
filmowe kreacje z Bollywood wydatek, musi być stać każdego. Co roku, każda
szkoła ma inne kostiumy i inną choreografię tańca. Rywalizują ze sobą
przez pięć dni i pięć nocy, a potem przez cały rok wspominają, kto wygrał,
kto okazał się wielkim przegranym. Jak w sporcie. Tyle, że o meczu piłki
nożnej większość ludzi zapomina już po kilku dniach, o karnawale zaś mówi
się na okrągło. Czterech sędziów ocenia zespoły aż w czternastu
kategoriach, rywalizacja jest więc zacięta i do końca nie wiadomo, która
parada, który pokaz zyskają największe uznanie. Obejrzałem sobie filmy z
sambodromów, nawiasem mówiąc wstęp na nie, to koszt od dwudziestu do
siedmiuset (!) dolarów, i aż mi w oczach stanęły feerie sztucznych ogni.
Jakież oni mają te stroje! Trzeba samemu zobaczyć, opisać się niestety nie
da. Myślę, że nawet film nie oddaje tej gry świateł i barw, jaka jest
właściwa tego typu imprezie. W dodatku całość ocieka wręcz radością życia
i seksualnymi odniesieniami; są parady gejów, parady piwne, bale maskowe.
U nas nie do pomyślenia. Niech się komuś zamarzy przyznać, że jest
szczęśliwy i zadowolony, zaraz go środowisko ściągnie w dół, a rząd i
księża swoje trzy grosze dołożą. Zresztą, nawet karnawałowi w Rio nie
odpuszczono. Unesco wciągnęło go na listę Światowego Dziedzictwa
Kulturowego i od razu Przewodniczący Papieskiej Rady Kultury arcybiskup
Gianfranco Ravasi zaprotestował. Widocznie nie wszyscy są odporni na
prezentowane wdzięki półnagich tancerek. A my, tu, w Polsce ekscytujemy
się przebraniem za króliczka, panterę, Indiankę albo egipską księżniczkę.
Jak zwykle zgrzebnie, szaro, smutno, bez polotu.