Jeśli topory nie działają skorzystaj z Mapy strony


<< leć do Publicystyki

 

Szarobury Karnawał

 

 

 - Byłam wczoraj na balu przebierańców.

- O, to stroju nie musiałaś wypożyczać.

- Potwór! Zmutowany – moja koleżanka, którą nazwałem pieszczotliwie „Kudłate” (włosy ma tak pięknie pokręcone, że aż człowieka w dołku ściska z zazdrości) wystawiła język, ale żadne złośliwości nie były w stanie jej powstrzymać od pochwalenia się i opowiedzenia jak było. -Przebrałam się za sexi panterę. Miałam uszy, obcisłą koszulkę, spodnie w panterzy wzorek i ogonek. I wszyscy mnie za ten ogon ciągali...

- Co się dziwisz, chłopaki zawsze ciągną za coś co wystaje: warkocze, ogon. Coś o tym wiem, przecież jestem facetem. Flirtować nie umiesz? – zdziwiłem się obłudnie.

- Umiem, umiem i wcale nie narzekam – Kudłate wydęło wargi. – Ale impreza była taka sobie. Fatalny didżej, muzyka do niczego, kolesie popili się tak, że pożytku z nich nie było żadnego. W sumie najbardziej się ubawiłam zanim dotarłam do klubu. U mnie w bloku nieletnie menelstwo zbiera się na klatce schodowej. Swoją drogą chyba im kosz zafunduję, bo bałagan straszny. No, ale słuchaj, wchodzę jeszcze normalnie ubrana, z szesnaście osób siedzi na schodach, ale nic. Oni grzecznie: „dzień dobry”, ja do nich: „jakoś się dziwnie szybko rozmnażacie?”. Uśmiechnęli się miło i mówią, że skądże, żadnego rozmnażania, na to mają jeszcze czas. Wyjść z domu musiałam jednak w przebraniu. Ja pierniczę, jaki mnie rechot powitał. Dostarczyłam im takiej radości, jakby działkę hery przypadkiem znaleźli. Po drodze podjechałam pod blok Małgosi, bo miałyśmy iść razem. Też było nieźle. Stoję sobie przy windzie. Obok dziewczyna. Nawet młoda. Patrzy na mnie, zezuje. Winda zjechała. Myślisz, że wsiadła ze mną? Ni diabła. Czekała na następną.

- Pewnie cię wzięła za call-girl. Niektórym się wydaje, że to zaraźliwe.

- Pewnie mnie wzięła – ucieszyło się Kudłate. – Tym bardziej, że to blok dla japiszonów. Ale wiesz, to nie koniec. Zatrzymałyśmy się po drodze na kebaba. Odczepiłam uszy, Małgośka w samochodzie zostawiła swój indiański pióropusz i idziemy. Niestety ogon mi się zza paska wysmyknął i tarzał po ziemi. Jezu, tylu facetów, to się jeszcze za mną na ulicy nie obejrzało! A przecież na brak powodzenia nie narzekam.

- Sprzedali ci kebeba, czy zadzwonili po pogotowie?

- Sprzedali, sprzedali. Podejrzewam, że jakby do tej budy podszedł ufek z kałachem, to też by zainkasowali forsę i życzyli smacznego.

- I dołożyli gratis od firmy dodatkową serwetkę – smętnie pokiwałem głową. Mała gastronomia w naszym kraju całkiem już przeszła w ręce obcokrajowców ze Wschodu. Może i słusznie, bo do interesów podchodzą o wiele poważniej niż moi rodacy.

 

Czemu jednak przypomniał mi się ten dialog? Bo robiąc wpis do Wikipedii, niechcący zawędrowałem na stronę poświęconą karnawałowi. Sądzę, iż niewiele osób wie, skąd wzięła się ta nazwa. A jest to „pożegnanie mięsa”, co należałoby chyba rozumieć w taki sposób: bawmy się, gdyż za około 40 dni będzie ścisły post. W tym roku podobno jest jeden z najkrótszych okresów karnawałowych, trwa tylko 42 dni.

Prawie każdy kraj organizuje mniejszy, bądź większy karnawał. Najsłynniejsze są te w Rio de Janeiro, Wenecji, na Wyspach Kanaryjskich, w Nowym Orleanie i Londynie. Ale i takie, słynące z chłodu, państwa jak Niemcy czy kraje skandynawskie też organizują uliczne bale. W Rio de Janeiro karnawał, to więcej niż nasze zapusty. Tam ludzie przygotowują się do tego wydarzenia prawie przez cały rok. Ćwiczą w szkołach tanecznych, szyją, bądź dają do uszycia specjalne, pełne przepychu stroje. Można oszczędzać na jedzeniu, wystroju domu, czy papierosach, ale na ten jednorazowy, mocno przypominający filmowe kreacje z Bollywood wydatek, musi być stać każdego. Co roku, każda szkoła ma inne kostiumy i inną choreografię tańca. Rywalizują ze sobą przez pięć dni i pięć nocy, a potem przez cały rok wspominają, kto wygrał, kto okazał się wielkim przegranym. Jak w sporcie. Tyle, że o meczu piłki nożnej większość ludzi zapomina już po kilku dniach, o karnawale zaś mówi się na okrągło. Czterech sędziów ocenia zespoły aż w czternastu kategoriach, rywalizacja jest więc zacięta i do końca nie wiadomo, która parada, który pokaz zyskają największe uznanie. Obejrzałem sobie filmy z sambodromów, nawiasem mówiąc wstęp na nie, to koszt od dwudziestu do siedmiuset (!) dolarów, i aż mi w oczach stanęły feerie sztucznych ogni. Jakież oni mają te stroje! Trzeba samemu zobaczyć, opisać się niestety nie da. Myślę, że nawet film nie oddaje tej gry świateł i barw, jaka jest właściwa tego typu imprezie. W dodatku całość ocieka wręcz radością życia i seksualnymi odniesieniami; są parady gejów, parady piwne, bale maskowe. U nas nie do pomyślenia. Niech się komuś zamarzy przyznać, że jest szczęśliwy i zadowolony, zaraz go środowisko ściągnie w dół, a rząd i księża swoje trzy grosze dołożą. Zresztą, nawet  karnawałowi w Rio nie odpuszczono. Unesco wciągnęło go na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i od razu Przewodniczący Papieskiej Rady Kultury arcybiskup Gianfranco Ravasi zaprotestował. Widocznie nie wszyscy są odporni na prezentowane wdzięki półnagich tancerek. A my, tu, w Polsce ekscytujemy się przebraniem za króliczka, panterę, Indiankę albo egipską księżniczkę. Jak zwykle zgrzebnie, szaro, smutno, bez polotu.

 

 

<< leć do Publicystyki