<< leć do Publicystyki

 

Piracka nać

 

 

Nać jak wiadomo jest zielonym odrostem u warzyw, który to odrost można czasem spożytkować (pietruszka, seler), ale najczęściej jest tylko mniej lub bardziej lichą ozdobą, nadającą się dla zwierząt lub na kompost. Bywa też, że nać rakowacieje, nie nadając się do niczego. Tu przykładem może być choćby cały wykwit administracyjny naszego kraju, rozdęty do granic możliwości i powoli pochłaniający nie tylko tkanki społeczne lecz i samego siebie. O żerującej na nas administracji napiszę jednak innym razem, a może nawet sceduję ten niewygodny temat na kogoś innego, będąc bowiem w wieku przedzawałowym nie chciałbym podnosić sobie ciśnienia. Temat piractwa, aczkolwiek równie denerwujący, jest daleko bardziej bezpieczny niż poczynania urzędników.

Zaczęło się od tego, że wpisałem w wyszukiwarkę internetową „siwmir maroko”. Nie wiem czym to usprawiedliwić, głupotą chyba. Po co mi to było? Dowiedziałem się wprawdzie, że zdjęcia z podróży, które zamieściłem na swojej stronie, są odwiedzane przez wiele osób z całego świata, ale przy okazji wyskoczyła też wiadomość, że jakiś bliżej niezidentyfikowany portalik ściągnął je sobie i teraz oferuje do sprzedaży! Pierwsza myśl - „Pogłupieli???!!! Kto kupi zdjęcia, skoro w Internecie jest ich od zatrzęsienia?!” Potem przyszła refleksja - „Nic nie dzieje się bez przyczyny. Najwyraźniej ktoś stwierdził, że istnieje zapotrzebowanie, znajduje zatem produkt i oferuje zainteresowanym klientom”.

 

Ale dlaczego producent produktu nic z tego nie ma??!

 

Ano właśnie. Podumałem i na początek zrobiłem rekonesans wśród znajomych. Piszą, rzeźbią, malują, śpiewają. Wiele z tych utworów znajduje się potem w Internecie lub jako książki, płyty czy artykuły w pismach trafia do księgarń, wobec czego dostępne są dla każdego, w tym dla piratów. Jak autorzy do tego podchodzą? Tomasz Sobieraj jest po stoicku zadowolony. Wychodzi z założenia, że skoro nielegalnie kopiują jego książki, to znaczy że udało mu się napisać dobrą rzecz, która podoba się czytelnikom. Badziewia przecież by nie oferowali na sprzedaż.

Jeden z fotografów przeciwnie, uważa że to dopust Boży, na który jednakże nie można pozwalać i swoje foty prezentuje w sieci w małych rozmiarach i opatrzone znakiem wodnym. Wprawdzie hakerzy potrafią powiększyć zdjęcie i usunąć znak, ale wymaga to więcej nakładu pracy niż zwykłe kopiowanie. Podobnie pisze Rafał A. Ziemkiewicz; o nielegalnych kopiach nie ma co mówić, nawet nie powinno się pożyczać książki od kolegi i gdyby mógł, zabroniłby także wypożyczania z bibliotek. Najgorzej chyba reagują muzycy i piosenkarze. Jest to zrozumiałe, fotografią interesują się nieliczni, książki czyta może kilka procent społeczeństwa, muzyka natomiast brzmi w każdym domu. Jednak kto z nas kupuje oryginalne płyty, w które wliczone jest honorarium twórcy? Bardzo proszę stanąć przed lustrem, popatrzeć sobie samemu w oczy, uderzyć się w pierś i szczerze sobie odpowiedzieć. Albo słuchamy radia czy telewizji, albo przegrywamy od kolegi, albo... kupujemy pokątnie na bazarze. Pytanie jakie w związku z tym się nasuwa – czy chcielibyśmy pracować za darmo? Kto z Państwa chciałby pójść do pracy, wykonać co ma do wykonania i powiedzieć „A nie, nie, ja tak ze szlachetnych pobudek, żadnej gratyfikacji nie chcę. Zrobiłem, bo sprawiło mi to satysfakcję”. Można tak uczynić raz, drugi, można przepracować jako wolontariusz nawet pół roku czy rok. Ale dzień po dniu, przez całe życie? Przecież nawet wolontariusze dostają tzw. wikt i opierunek. Postęp postępem, jednak do odżywiania się za pomocą fotosyntezy człowiekowi daleko. I tu dochodzimy do teorii, ostatnio podobno bardzo modnych, według których wszystko, co człowiek wytworzy, powinno być dostępne za darmo. Zaczęło się jak sądzę na fali ruchu hipisowskiego. Całkowita wolność, brak zobowiązań, brak odpowiedzialności, brak pojęcia własności. Ciągną się za nami te zdziecinniałe pomysły jak smród za wojskiem i prawdopodobnie będą odżywać co jakiś czas ze zdwojoną siłą, bo też i co jakiś czas wraca moda na bezstresowe wychowanie, które w potocznym rozumieniu oznacza, że dziecku absolutnie wszystko wolno. Najpiękniejszym przykładem do czego takie wychowanie prowadzi są Paris Hilton i Suri Cruise. Dziecku, któremu wszystko wolno ciężko jest zrezygnować z przywilejów, nie nabiera świadomości, że obok istnieje drugi, całkiem odrębny człowiek i że tam gdzie zaczynają się prawa drugiego człowieka, tam kończy się wolność tego dziecka. Co za tym idzie, takie dziecko, a potem wyrosły z dziecka dorosły, nie uszanuje ani innego człowieka ani wytworów jego pracy. Widzę jak dorastają pokolenia wychowywane na Internecie, dla których normalną metodą wytwarzania jest „kopiuj/wklej” czyli przeklejają całe akapity z czyichś artykułów lub blogów i podpisują swoim nazwiskiem, tworząc książki (patrz Helene Hegemann). Inni kompilują „własną” muzykę z fragmentów napisanych przez różnych twórców, fotografowie robią kolaże z wycinków zdjęć już kiedyś przez kogoś wykonanych, poeci czytają na wieczorkach cudze wiersze, firmując je własnym nazwiskiem i tłumacząc, że przecież sami chcieli tak napisać ale ktoś ich ubiegł. Pół biedy, gdy powstaje to za zgodą autorów i gdy jednocześnie powstaje oryginalny efekt końcowy. Najczęściej jednak tak nie jest. A przyzwyczajenia zostają.

Po wywiadach ze znajomymi przeczesałem Internet, szukając przejawów piractwa i opinii na ten temat. Złapałem się za głowę i zacząłem wyrywać z niej włosy. Prawie nie ma głosów potępiających takie praktyki! Wszyscy za to uzasadniają, podpierając się różnymi, poznanymi w toku edukacji nazwiskami, że takie zachowania są normalne, moralne i uzasadnione. Pyskują na ogół młodzi ludzie, którzy wprawdzie już poznali dorobek filozoficzny ludzkości, ale jeszcze nie umieją do niego krytycznie podejść. Nie wiedzą, że cytować można tylko wtedy, gdy cytat odpowiada naszym poglądom, a nie wtedy by podeprzeć swoją kulawą teorię czyimś autorytetem. To że ktoś coś wcześniej napisał i opublikował i że jest to omawiane na zajęciach filozofii, nie oznacza, że staje się realnym bytem i prawdą obiektywną. Jednak miło jest mieć w zanadrzu jakiegoś filozofa, który wprawdzie tworzył dawno i nie mógł przewidzieć, że jego teorie mogą zostać wcielone w całkiem inną rzeczywistość, ale kto by się o to martwił?

Tak, najpierw ruch hippisowski, potem Internet zmieniły nasze podejście do własności, do wynagrodzenia za pracę, do praw autorskich. Stworzono już podbudowany ideologicznie ruch Wolnego Oprogramowania, według którego każdy powinien mieć dostęp do darmowych programów komputerowych. Niczym grzyby po deszczu powstają kuriozalne ideologie dotyczące darmowego dostępu do wszystkiego, co tylko możliwe, w tym koncepcje, które optują za zniesieniem prawa autorskiego, tworząc niczym bękarty S.E. Konkina, karkołomne uzasadnienia typu: prawo autora do utworu to wartość sztuczna i w dodatku sprawia, że daje ono autorowi monopol na zyski czerpane z tego utworu, a wszyscy wiedzą - monopol jest zły. Sofiści byliby pod wrażeniem.

Jak widać nać pasożytująca na producentach i twórcach ma się dobrze, coraz lepiej umie uzasadniać swoje racje, coraz większe ma przyzwolenie na swoją działalność. Widzę już stada zmutowanych komórek przekształconych w nowotwór więc czekam na to, aż stworzy się alternatywny ruch, który za pomocą prawnej chemioterapii i społecznego ostracyzmu da odpór infantylnym propagatorom anarchizmu czy komunizmu.

Korci mnie też, by zadać pytanie wyznawcom darmowego dostępu do wytworów

ludzkich: „Czy zgodzisz się, żebym zabrał twoją, dopiero co narodzoną, córeczkę jako swoje dziecko, nacieszył się nią a potem przekazał ją dalej?” Przecież to też ludzki wytwór. Jeśli wszystkie wytwory mają być dostępne dla innych, to wszystkie. Prawda?

Cierpnie mi skóra na myśl, że mogę dożyć takich czasów, w których dostanę odpowiedź: „Jasne, zgadzam się, bierz”.

 

<< leć do Publicystyki