<< leć do Publicystyki

 

Połowa 22 lipca

 

  

  Urodziłem się w PRL-u. Nie miałem innego wyjścia, więc proszę mnie palcem nie wytykać. Moja matka miała o niebo gorzej, bo jej urodziny przypadły na 22 lipca, a przecież jak wiadomo przez długi czas świętowaliśmy niepodległość właśnie w tym dniu. Paskudnie się dla niej złożyło; a to czyn partyjny, a to akademia „ku czci”. Na prywatne święto zostawało niewiele czasu. Jako nauczycielka języka ojczystego przez ponad 20 lat nie uległa naciskom i namowom, przetrwała trudny okres stanu wojennego i – ku zdumieniu wszystkich - na trzy miesiące przed ostatnim odśpiewaniem Międzynarodówki wstąpiła do PZPR. Osobiście podejrzewam, że zrobiła to z radości, że odzyskała upragnione urodziny, wtedy bowiem przeniesiono Święto Niepodległości na 11 listopada. Wszyscy się śmiali, że to takie połowiczne święto, bo połowa z 22.

  Zaczął się czas przekazywania prawdziwej, odfałszowanej historii. 22 lipca 1944 roku obchodzony był w okresie Polski Ludowej jako święto państwowe  ustanowione na pamiątkę podpisania Manifestu PKWN, co miało symbolizować odrodzenie Polski po II wojnie światowej. Narodowe Święto Niepodległości zaś zostało przywrócone w 1989 roku, Sejm IX kadencji zadecydował bowiem,  że  przekazanie władzy wojskowej Piłsudskiemu bardziej odpowiada pojęciu „odzyskanie niepodległości” niż mizerna państwowość Polski uzależnionej od Związku Radzieckiego. Podczas stanu wojennego naród śpiewał za Pietrzakiem : „Żeby Polska, żeby Polska, żeby Polska była Polską”, po „Okrągłym Stole” zmieniliśmy tekst na: „Teraz Polska, teraz Polska, teraz Polska jest już polska”. Śpiewałem to w warszawskim klubie studenckim, na baczność, dumny, że tak można było zmienić słowa. Na początku rzeczywiście wszystko ruszyło do przodu niczym koń wyścigowy, ludzie zachłysnęli się kapitalizmem, chociaż wielu „kapitał” starczał zaledwie od wypłaty do wypłaty. Piekarz robił mi sufit podwieszany, bo potrafił i nikt mu za to krzywdy nie czynił,  ktoś tam składał w piwnicy komputery, widząc się w przyszłości polskim Billem Gatesem, inny sprzedając pietruszkę budował w marzeniach mały sklepik za rogiem. 7% podatku można było odnieść w zębach do Urzędu Skarbowego bez poczucia, że jest się okradanym. Szczęście miało jednak krótkie nóżki. Zaczęto nas przekonywać, ze mamy dług do spłacenia, musimy zacisnąć pasa więc coś zamrożono (progi podatkowe), coś podniesiono (stawki podatków) i kabaret OTTO zaczął śpiewać „Pierwszy Rząd wyciąga ręce, drugi Rząd wyciąga ręce...” wywołując salwy śmiechu na widowni. Gorzkiego śmiechu. Ludziom zaczęło brakować pieniędzy na opłacenie obowiązkowych ubezpieczeń społecznych, czynszu, prądu, gazu, opłat za szkołę czy przedszkole dla dziecka. Powstała „szara strefa”;  zostaliśmy zmuszeni do ukrywania swoich dochodów przez coraz bardziej pazerne państwo. Raz po raz, w podziękowaniu za kolejne reformy, wyborcy „dziękowali” poszczególnym ekipom. Ledwo przeżyliśmy reformę emerytalną, wepchnięto nas, niczym opierającego się cielaka, do Unii Europejskiej. Jakbym przeżywał déjà vu . Znów jesteśmy jedną z „republik” wielkiego molocha. Z tym, że ten moloch jest bardziej wymagający. „Panie – rozpaczał znajomy właściciel warsztatu samochodowego – to nawet za komuny podatek nie był taki wysoki!” Politycy tymczasem robili projekty zmian i reform, projekty projektów reform, projekty – poprawki reform i składali nie kończące się obietnice. Składali przed wyborami, po wyborach zamieniając je na papier toaletowy. Podobno w cywilizowanych krajach za politykę bierze się ten, kogo na to stać, u nas niestety ten kto chce się wzbogacić. Przyzwyczailiśmy się do wyborów mniejszego zła. Co wybory spada frekwencja, ale jak ma nie spadać, skoro nie ma żadnego, naprawdę żadnego kandydata, który nie byłby skompromitowany wcześniejszymi niedotrzymanymi obietnicami, nadużyciami czy nepotyzmem lub nie byłby uwikłany w polityczno – ekonomiczne  zależności. A przede wszystkim nikogo z tych ludzi nie stać na to, by być reprezentantem kraju, regionu czy tylko dzielnicy. Wszyscy myślą, że dopiero na tym stanowisku dorobią się, pozałatwiają sobie i rodzinie co tylko można, nawiążą korzystne układy. Przyłączyłem się kiedyś do akcji; świadomie przekreśliłem wszystkie nazwiska na karcie do głosowania, żeby wyrazić swą dezaprobatę dla widniejących na niej nazwisk. Czytałem potem analizę wyników, wskazującą na duży odsetek osób, które nie zrozumiały zasad wypełniania formularzy... Opadło mi wszystko: ręce, nogi, ogon. Oddanie nieważnego głosu, to przecież też sposób wyrażenia swojego (w domyśle: nieparlamentarnego) zdania.

  - Czy ci, których dziś wylosujemy, pozwolą nam w końcu normalnie żyć i prowadzić interes? - zapytał smutno i raczej retorycznie sąsiad.

  - Ha, ha – odpowiedziałem jakbym doceniał ekstraordynaryjny dowcip.

Przejrzałem dokładnie listy wyborcze, starannie ominąłem każde nazwisko, które kojarzyło mi się z rządzącą obecnie w Ratuszu ekipą. Następnie zacząłem losowanie, wybierając ludzi, którzy nie przekroczyli 30 lat i mając nadzieję, że trafię na kogoś, kto jeszcze ma ręce nie ufajdane układami. Przynajmniej zanadto. Na samym dole zobaczyłem nazwę komitetu wyborczego „Gamonie i Krasnoludki”. Jakoś wcale mnie to nie zdziwiło.

 

<< leć do Publicystyki