To dzień specyficzny. Niby święto, ale
niezupełnie. Dzień przed hipotetycznym narodzeniem Jezusa Chrystusa.
Kończy okres adwentu, a więc w jakiś sposób jest ważny, nareszcie bowiem
można najeść się do syta. Do mnie, jako miłośnika dobrego jedzenia, takie
uzasadnienie szczególnie trafia. Jednak czy ten dzień zasługuje na większe
wyróżnienie niż następujące po nim Święta? Powoli tak się staje, nie
jestem przekonany czy słusznie.
Korzystając z okazji przypatrzmy się,
co działo się w Wigilię na przestrzeni dziejów, nie tylko w Polsce.
640 rok. Jan IV zostaje papieżem.
Jeżeli są dla kogoś interesujące rozważania na temat
monoteletyzmu, może się bliżej zainteresować jego postacią, ja uważam, że
nie zapisał się zbytnio w annałach historii. Ufundował kaplicę, przeniósł
do niej niektóre szczątki świętych, nieśmiało krytykował pelagianizm.
Biorąc pod uwagę patynę czasu, jaką porasta każde wydarzenie, są to
drobiazgi, takie na przykład jak nasze potyczki pomiędzy liberałami a
konserwatystami i kontrowersje wokół krzyża przed Pałacem Prezydenckim
1223 rok. Ooo, to
data znacznie ciekawsza z naszego punktu widzenia. Święty Franciszek z
Asyżu, kojarzony przede wszystkim z trzema cnotami: posłuszeństwa, ubóstwa
i czystości, organizuje w kościele pierwszą na świecie szopkę
bożonarodzeniową w Greccio. Jak nie lubię Franciszka, tak tu muszę mu
oddać sprawiedliwość: szopka jest jednym z najładniejszych i najbardziej
przyciągających do Kościoła elementów. W Polsce od długiego czasu
organizuje się konkursy na najciekawszą szopkę, dlatego są coraz
ładniejsze, coraz bardziej pomysłowe i budowane z wielkim rozmachem. Sama
przyjemność oglądania. A przy tym jest okazja do odświeżenia sobie
informacji, „co to za święto, to całe Boże Narodzenie”, jak zapytała mnie
jedna z sześcioletnich dziewczynek w przedszkolu.
1287 rok. W Niderlandach zmagają się ze
skutkami wielkiej powodzi, która przerwała tamy, tymczasem nasze wioski po
raz kolejny łupią Mongołowie, zabijając, gwałcąc, biorąc w jasyr i siejąc
zniszczenie, gdzie tylko się da. Ogień, krzyk i wołanie zmiłowania
przeszywa całą ziemię sandomierską i idzie jak pożar w kierunku Mazowsza.
Najeźdźcy, częściowo w odwecie, częściowo z wyrachowania, nie zostawiają
śladu życia na podbitym obszarze. Na terenach wiejskich udaje się to im
bez problemu, jednak miasta bronią się dzielnie, pokazując, że mieszczuch
nie jest znowu taki ciamajdowaty jakby się wydawało. 24 grudnia wojska
mongolskie podeszły pod Kraków. Jeśli komuś źle i smutno w wigilię Bożego
Narodzenia, niech sobie pomyśli co czuli jego przodkowie w oblężonym
Krakowie. Zamiast śpiewać kolędy, przygotowywali się na najgorsze,
deliberując jak tu cwaniackim sposobem rozluźnić szeregi najeźdźcy, tak by
książę krakowski, Leszek Czarny, mógł wymknąć się po pomoc do króla
Węgier. Polak, Węgier dwa bratanki, zatem wspólnymi siłami przegoniono
Mongołów... do czasu.
1529 rok. Po latach rozbicia
dzielnicowego Mazowsze wróciło do Polski. Dokładnie w Wigilię Świąt Bożego
Narodzenia sejm walny w Piotrkowie ogłosił inkorporację Mazowsza do
Królestwa Polskiego. Odzyskaliśmy zatem (choć lepiej byłoby powiedzieć:
scaliliśmy z powrotem) ziemię rawską, płocką i warszawsko - czerską. Dla
mnie, pochodzącego z Kutna Warszawiaka, fakt ten przedstawia kolosalne
znaczenie. Żeby nie te zabiegi, byłbym może mieszkał w innym kraju. A tak,
przepadło.
1777 rok. James Cook odkrywa wyspę
Bożego Narodzenia, jedną z 33 wysp na Pacyfiku, będącą atolem – wyspą
koralową. Nazwana tak, jak sądzę, od daty zawitania do niej przez tego
wybitnego angielskiego żeglarza, jest miejscem, o którym każdy przypomina
sobie w okolicach Sylwestra. Nie żeby organizowano tam najlepsze bale
noworoczne czy karnawałowe, po prostu tuż obok przebiega linia zmiany
daty. Co oznacza, że jeśli chcemy pierwsi przywitać Nowy Rok, musimy się
wybrać na Kiritimati, czyli Wyspę Bożego Narodzenia. Osobiście nie miałbym
nic przeciwko temu, żeby się tam wybrać na stałe. Może i trochę szybciej
bym się zestarzał (parę godzin, bo parę godzin, ale zawsze), lecz klimat,
plenery fotograficzne i obfitość nieznanego u nas ptactwa czy innych
zwierząt na pewno zrekompensowałyby poczucie straty. I co najważniejsze,
nic mi nie wiadomo, by istniały tam takie instytucje jak Zakład
Ubezpieczeń Społecznych czy Urząd Skarbowy.
1799 rok. Adam Mickiewicz zdmuchiwał
jedną świeczkę z urodzinowego tortu, a mój ulubieniec, Napoleon Bonaparte,
po dokonanym zamachu wojskowym, został Pierwszym Konsulem. I zaczął
reformować. Po raz pierwszy na świecie pojawił się obowiązek nieodpłatnej
nauki w szkołach publicznych dla ludzi obu płci i wszystkich stanów.
Konkordat unormował sprawy państwa i Kościoła, zreformowana została
administracja państwowa, że nie wspomnę o Kodeksie Cywilnym Napoleona,
który na trwałe zapisał się w historii, i to dobrze zapisał. Ale przede
wszystkim Napoleon wypowiedział wojnę wszelkiej maści rozbójnikom, zarówno
tym, którzy napadali w ciemnych zaułkach, jak i tym, którzy uprawiali swój
proceder za urzędniczymi biurkami. Nie dziwcie się więc, że tęsknię do
podobnego władcy. Mieszkając w takim kraju jak Polska, brakuje mi poczucia
bezpieczeństwa, rozpaczliwie brakuje.
1851 rok. Spłonęła część zbiorów
największej w Stanach Zjednoczonych Biblioteki Kongresu (obecnie 3 budynki
na 29 hektarach!). Jakbym mieszkał w Stanach musiałbym właśnie tutaj
oddawać jeden obowiązkowy egzemplarz swoich książek. W końcu jakoś trzeba
odbudowywać jej zasoby po kolejnym pożarze.
1865 rok. Dokładnie 100 lat przed
rokiem moich narodzin, w miejscowości Pulaski w Stanach Zjednoczonych,
powstała niechlubna organizacja Ku - Klux – Klan. Już nie mieli się kiedy
zebrać, tylko w Wigilię, dzień pojednania, wybaczenia i łamania opłatkiem.
A podobno uważali się za organizację chrześcijańską! Pewnie spotkało się
paru kumpli od kieliszka, mocno zdenerwowanych, że im konkurencja,
zdrowsza i niekiedy inteligentniejsza, pod bokiem wyrasta i... tak to
poszło. No dobrze, może jestem niesprawiedliwy, przecież na początku ci
ludzie mieli inne cele niż gnębienie afroamerykanów, katolików czy Żydów.
Nieśli pomoc wdowom i sierotom po zabitych żołnierzach Konfederacji. Co
zatem przekształciło ich w organizację rasistowską? Bóg jeden wie.
1906 rok. Reginald Aubrey Fessenden
nadał pierwszą audycję radiową. Jak to zmieniło świat, nie muszę chyba
mówić. Dla mnie, humanisty, do tej pory przesyłanie dźwięków i obrazów za
pomocą fal radiowych jest zjawiskiem z kategorii cudów. I może niech tak
zostanie.
1966 rok. Miałem wtedy jakiś roczek,
stawiałem dopiero pierwsze kroki, usiłując się dostać do smakowitej kutii
zostawionej przez babcię w sieni, a na powierzchni Księżyca lądowała
właśnie Łuna 13, druga rosyjska sonda kosmiczna, która miała za zadanie
sfotografować powierzchnię Księżyca. Udało się uzyskać kilka, podobno
całkiem niezłych, zdjęć. Ludzie zaangażowani w ten projekt mieli osobliwe
Święta, i doniosłe, i smutne, bo bez rodziny u boku. Jak mówią: ktoś nie
śpi, by spać mógł ktoś.
2009 rok. Podczas pasterki, w Rzymie,
psychicznie chora kobieta rzuciła się na obecnie panującego papieża
Benedykta XVI, czyli Josepha Ratzingera. Niby nic, niby fakt bez
znaczenia, nikomu się przecież nie stała krzywda, ale czytając to
uświadomiłem sobie, że wybierając daty i fakty, co chwila natykałem się
(starając się pomijać te najbardziej drastyczne) na katastrofy, awarie
skutkujące olbrzymią śmiertelnością, rzezie, egzekucje, zbrodnie i tym
podobne. Wigilia, powtarzam, ma być dniem miłości, mimo to nie ma
gwarancji, że w tym dniu nic tragicznego czy tylko przykrego się nie
wydarzy. Nawet w rzymskiej bazylice, nawet najbardziej świętemu ze
świętych, czyli papieżowi. Nie dokładajmy zatem z premedytacją swojej
cegiełki do ciemnej strony księżyca, chociaż tego jednego, jedynego dnia.
2010 rok. Planowany jest koncert Vitasa
w St. Petersburgu. Piosenkarz dysponujący 5 oktawowym kontrtenorem podbija
serca słuchaczy na całym świecie. Ma dopiero 31 lat i wszelkie znaki na
niebie i ziemi wskazują na to, że jest utalentowany ponad miarę. Może czas
przerzucić się w badaniu historii na wydarzenia wyłącznie kulturalne i
takie z gatunku optymistycznych?