|
Śluby na Nowy Rok Dostałem zaproszenie na ślub i wesele. Znienacka. Okres Świąt Bożego Narodzenia jest jednym z najbardziej pożądanych terminów dla tego rodzaju fety, ale co roku jakoś udawało mi się uniknąć podobnych atrakcji, więc straciłem czujność, co wykorzystała koleżanka z pracy i ni stąd ni zowąd wręczyła mi we wrześniu robione ręcznie przez siebie zaproszenie, w dodatku z prośbą, bym ją literacko wspomógł podczas organizowania uroczystości. Co to miało oznaczać, nie doprecyzowała, tylko z tajemniczym uśmiechem powiedziała: „ Aaa, to później, jak już wszystko z moim chłopakiem obmyślimy”. W pierwszej chwili spanikowałem, bo od czasu, gdy sam stałem przed ołtarzem nie byłem na żadnym takim widowisku. Dawniej to igrzyska mieli, wojny plemienne, emocje na nielegalnych walkach bokserskich, walki kogutów czy rewolucje. Wygląda na to, że w obecnych czasach z masowo uprawianych sportów ekstremalnych pozostało wyłącznie zawarcie związku małżeńskiego. W każdym razie w strefie jako tako unormowanej cywilizacją. Potem pomyślałem sobie, że może to będzie niezła okazja do zaobserwowania różnic w zwyczajach ślubnych jakie zaszły po ponad 20 latach w Polsce i zaproszenie przyjąłem. Miesiąc przed planowaną imprezą uległem pierwszemu zdziwieniu. Za moich czasów (fuj, jak to brzmi, jakbym już zdziadział kompletnie, brrr) nie było czegoś takiego jak podziękowania dla rodziców. A przynajmniej ja nic o tym nie wiedziałem. Dziś jest to jeden z głównych punktów programu weselnego. Państwo młodzi prozą, lub jeszcze lepiej wierszem, układają przemowy dziękczynne na cześć swoich rodziców, potem wstawiają ich do kółeczka i tańczą naokoło razem z gośćmi śpiewając : „Cudownych rooooodziców mam, cuuudownych rodziców mam...”. Postanowiłem urozmaicić ten zwyczaj, dodałem wiersz o tym, jak to rodzice są z dziećmi w każdej chwili, połączyłem to z pokazem zdjęć z dzieciństwa Państwa Młodych, a co za tym idzie z młodości ich rodziców i dołożyłem prezent dla nich w postaci dyplomu wdzięczności. Całość spokojnie wystarczała na 40 minut, wliczając w to sceny z płaczem. Wcześniej pomogłem zaprojektować zaproszenia dla stu osób, bo jednak ręczny wyrób, choć ma swoje zalety jest bardzo pracochłonny. Shrek i Fiona jako główni bohaterowie wprawdzie nie przeszli, ale za to wiersz zachęcający do przyniesienia wina zamiast kwiatów jak najbardziej. Ufff, myślałem, że to wszystko... Jednak nie. Zadaniem głównym było wymyślenie takich zabaw i konkursów, żeby gościom się nie nudziło. W pocie czoła wydusiłem z siebie 40 zabaw, zaakceptowanych zostało 14. Może dobrze, bo faktycznie wprowadzenie konia na sale balową i ujeżdżanie go przez Pana Młodego czy cięcie sukni ślubnej na kawałki, po to, żeby obdarować nimi gości, nie należały do najszczęśliwszych pomysłów. W każdym razie z zadania się wywiązałem na tyle sprawnie, że posadzono mnie w nagrodę przy stoliku z głównymi bohaterami całego zamieszania. Był to najlepiej zaopatrzony w trunki stolik, Pan Młody bowiem za koszulę nie lubi wylewać. Dlatego jeśli będą teraz nieścisłości w sprawozdaniu, proszę mnie nie winić, starałem się zapamiętać wszystko jak należy, dziury w życiorysie jednak pozostaną do końca życia. Zebraliśmy się wszyscy, łącznie z gośćmi w domu Panny Młodej i po błogosławieństwie rodziców wyruszyliśmy karawaną samochodów do Kościoła. Było niedaleko, więc cały czas mogły być włączone klaksony, a mimo to nikt nie ogłuchł. Nie wiem kto wprowadził ten hałaśliwy obyczaj, dawniej go nie było. Po 5 przystankach, tzw. bramach, gdzie Młody musiał wykupić się butelką gorzałki, dotarliśmy na miejsce. Młodego do Kościoła wprowadziła matka, Pannę Młodą wprowadził ojciec. Normalnie jak na amerykańskich filmach. Ja razem z drugą połówką sami pędziliśmy do ołtarza, nikt nas za rękę nie trzymał, w końcu oboje byliśmy pełnosprawni, pełnoletni, odpowiedzialni etc. Ale co nowa tradycja, to nowa. W trakcie składania przysięgi małżeńskiej nikt się nie pomylił, chociaż prosiłem, żeby się trochę powygłupiali, nie ma zatem o czym pisać. Dopiero przy obrzucaniu monetami zaczęły się harce, bo bezstresowo chowane dzieciaki, przyprowadzone na uroczystość nie wiadomo po co, próbowały pozabierać ile się da z rozrzuconych pieniędzy. Dostały wprawdzie po łapach, ale za to ukradły balony z samochodu Młodej Pary i zarysowały limuzynę. Zachwiało to nieco postanowieniem mojej koleżanki, która wychodziła za mąż tylko i wyłącznie w celu posiadania dzieci. Na salę balową dotarliśmy z opóźnieniem związanym z pozbyciem się uciążliwych szczeniaków. Pan Młody przygiął się nieco podczas przenoszenia żony przez próg i coś niebezpiecznie chrupnęło mu w kościach, ale przeżył i nawet, z tego co pamiętam, dziarsko wywijał w tańcu z każdą zaproszoną na wesele kobietą, a po kilkunastu kolejkach to i mężczyznami nie pogardził. Trochę zamieszania było podczas tradycyjnego witania Młodych chlebem i solą, rodzice nie uzgodnili wcześniej, kto i co ma mówić, w związku z tym o chlebie mówiła osoba trzymająca sól i na odwrót. Kieliszki przewiązane wstążką, też nie chciały się stłuc, musiałem więc dyskretnie pomóc butem. Następne pamiętam oczepiny i fakt, że zarówno wianek jak i muszkę złapały kobiety. Jak głosi fama miałem dłuższy monolog zwany toastem, zachachmęciłem 4 porcje weselnego tortu i ponoć wygrałem świniaka w jakimś konkursie, ale nijak sobie tego nie mogę przypomnieć. Ocknąłem się tuż po Sylwestrze, co niechybnie oznacza, że wesele wraz z poprawinami trwało równy tydzień. Świniak zniknął, ja leczę wątrobę po dziś dzień, a jedynym noworocznym życzeniem, które powtarzam rok w rok jest: nigdy więcej ślubów i wesela! Czyli wszystko w normie...
|