|
Chory, chorszy, trup W kanadyjskiej prowincji Manitoba władze zwolniły z podatku dochodowego wszystkie małe firmy, czyli większość przedsiębiorstw. Twierdzą, że straty z tego powodu nie będą duże, natomiast zdecydowanie zmniejszy się bezrobocie. Do tej pory i tak można powiedzieć, że mieli tam raj, podatek bowiem wynosił 8 %. W Polsce płacimy 23% podatku obrotowego, podatek dochodowy w wysokości minimum 18 % i haracz na Zakład Ubezpieczeń Społecznych (ZUS) dochodzący u większości ludzi do ponad 40%. Dla porównania i przestrogi, za Gierka, kiedy to Państwo zabierało ponad połowę pensji, ludzie zaczęli wychodzić na ulicę. To był początek załamania się socjalizmu. Z kolei jeśli sięgniemy pamięcią wstecz, to z nostalgią i niedowierzaniem zaczniemy kontemplować czasy, w których chłopi utyskiwali na dziesięcinę, czyli dziesiątą część tego, co wypracowali, którą raczył zabierać władca. Jak zwykle idziemy drogą pod górkę, inną niż cywilizowane państwa. Jest to droga łupienia, bezwzględności i drenażu na zasadzie: ściągnąć jak najwięcej i nie patrzeć jakie tego będą konsekwencje. Taka już zbójecka mentalność Polaków. Totalizator Sportowy podniósł cenę za jeden los i zacierał ręce, licząc przewidywane zyski. Tymczasem podwyżka spowodowała wycofanie się dużej ilości ludzi z opłacania tego „podatku od głupoty”, jak ja to nazywam, czy „podatku od marzeń”, jak nazywają go zawzięci gracze. Wynik? Wielomilionowe straty w dochodach Totalizatora. Urząd Skarbowy przeprowadził zakrojone na szeroką skalę działania kontrolne. Za byle uchybienie, nie tak wypełnioną rubryczkę, błąd w rachunku, wlepiano surowe kary. Jednak przedobrzyli. Przeliczono ileż to pieniędzy wpłynie do budżetu z tytułu tych kar nałożonych na firmy. I co? I nic. Firmy ogłosiły upadłość. Ani wyegzekwować zaległych sum, ani ściągnąć kar się nie dało. Znów Państwo zostało z ręką w nocniku. ZUS, czyli instytucja, która teoretycznie ma zapewnić nam emerytury, nie może doliczyć się kilku bilionów złotych. Księgi się ponoć zgadzają, rozliczenia też, z banku nikt nic nie ukradł, a pieniędzy nie ma! Pomijam fakt, jak to jest możliwe; nie takie cuda urzędasy wyprawiają ze swoimi nienasyconymi kieszeniami. Jakie są jednak tego konsekwencje? Co robi ZUS? Myślicie, że stara się dociec skąd ten brak? Skądże! Nagina prawo jak może i ściąga dodatkowe opłaty od przedsiębiorców. Że bezprawnie? Nie miejmy złudzeń, u nas prawo stoi wyłącznie po stronie silnych i bogatych, jest orężem wykorzystywanym do niszczenia. Ktoś naiwny powie, że powinno być regulatorem stosunków społecznych. No, na pewno nie w kraju nad Wisłą! Gnębieni coraz wyższym podatkiem obywatele masowo uciekają w szarą i czarną strefę, pracownicy i pracodawcy solidarnie nie wykazują dochodów, Państwo na tym traci, a system ubezpieczeń, oparty na tym, że kolejne pokolenia pracuję na ludzi starszych, dostaje zapaści. I skoro jesteśmy przy ZUS-ie; ostatnie doniesienia mówią, że emerytury owszem będą, ale nie dla wszystkich. Bo dla wszystkich nie wystarczy. A składki płacić trzeba. Obowiązkowo. Także te na służbę zdrowia. Leczę się w dużej mierze prywatnie, gdyż jako pacjent ubezpieczony traktowany jestem jak śmieć i nie mam szans ani na prawidłową diagnozę ani na leczenie, że o profilaktyce nie wspomnę. Płacę zatem i daninę na coś z czego skorzystać nie mogę i na leczenie prywatne. Gdzie podziewają się nasze pieniądze? - gromko pytam. W przepastnych gardłach urzędników i polityków, których armia wciąż rośnie i rośnie. Rośnie też dług publiczny, jak balon o cieniutkich ściankach. Wystarczy mała szpileczka i ... buuum. Pójdziemy w ślady Grecji, Argentyny i Hiszpanii. Nie wszyscy rzecz jasna. Decydenci zabezpieczają się jak mogą, zarówno materialnie jak i znajomościowo, w kraju i za granicą, za wszelką ceną, nie kryjąc się z tym specjalnie. Wiadomo, jesteśmy takim państwem, gdzie nieważne czy coś potrafisz, nieważne czy coś masz, nieważne czy coś wiesz. Najistotniejszym kryterium są znajomości. Chociaż, żeby być uczciwym, od jakiegoś czasu nabrały znaczenia pewne umiejętności. Mówię o samopromocji, czyli jak to u nas na wsi kolokwialnie powiadają „wciskania kitu prostemu ludowi”. Mogłem to zaobserwować na przykładzie niektórych swoich znajomych. Starsi ludzie, nie korzystają z takich zdobyczy cywilizacji jak internet albo samochód czy choćby metro. Przyznali się, że głosowali na tego samego burmistrza, który do tej pory sprawował rządy, bo... tyle zrobił: fontannę mamy, bezpłatny internet, autostradę... przynajmniej tak było napisane w wyborczym biuletynie. Świetnie, mówię, fontanna kosztowała miliony (za nasze wspólne pieniądze!), internet nie działa i nie ma szans, żeby działał, a jeśli chodzi o autostradę, to została źle wykonana i jeszcze nie oddana, a już kontrole alarmują, że nie przetrwa więcej niż pół roku. A oddana będzie, bez wątpienia. Wykonawca zapłaci komu trzeba i uroczyście przywitamy nowy bubel, z których słynie dzielnica... Ale ja, jak zwykle, nie o tym chciałem. W normalnym państwie, takim, które wypracowało sensowny konsensus pomiędzy obowiązkami a prawami obywateli, człowiek może bać się co najwyżej klęski żywiołowej, nieszczęśliwego wypadku albo bandyty. Ja klęski żywiołowej nie przewiduję, mieszkam bowiem w takim miejscu, w którym jedynie spadający meteoryt ma szansę mnie uszkodzić. Na wypadek nie ma mocnych, więc uważam jak mogę, ale specjalnie mnie to nie absorbuje, statystyka mówi, że mam duże szanse przeżycia bez uszczerbku na zdrowiu z powodu wypadku. Bandytyzm w Polsce istnieje, a jakże, ale gdzie mu tam do tego prezentowanego przez władze. Właśnie, władza, ta dopiero daje popis arogancji, bezczelności i bezwzględności. W dodatku od żywiołów, wypadków i bandytyzmu można się ubezpieczyć, od Urzędu Skarbowego, ZUS-u czy rządu niestety nie. Każde towarzystwo ubezpieczeniowe traktuje te instytucje jak zarazę, trąd, mór i wojnę razem wzięte, stąd też, jak mi tłumaczono, stawki polis musiałyby sięgać sum astronomicznych, a i tak towarzystwo nie wyszłoby na swoje. Dlatego nie śpię po nocy, mam zrujnowane zdrowie i, jako człowiek niezależny, nienależący do żadnego Towarzystwa Wzajemnej Adoracji na Wysokich Stolcach, mam zero perspektyw na zabezpieczenie przyszłości. Przecież nie ma się co spodziewać, że będzie lepiej. Emerytury nie dostanę, leczyć się nie będę miał za co, haracze na marmury dla decydentów trzeba będzie płacić coraz większe. Przy okazji przypomniała mi się anegdota z okresu szkoły podstawowej. Uczyliśmy się odmiany przymiotników. Przynajmniej połowa klasy nie mogła zapamiętać, że niektóre przymiotniki stopniuje się w sposób opisowy, np. „osłabiony, bardziej osłabiony, najbardziej osłabiony”, co uaktywniało pokłady wściekłości w naszej polonistce i mawiała: Pewnie powiesz jeszcze „chory, chorszy, trup”? Z czasem okazało się, że to ciemny tłum miał rację, dziś gramatyka, a więc i odmiana przymiotników, ortografia i interpunkcja w dużej mierze dostosowują się do wymogów ogółu, sporo osób z klasy (tak, tak, m.in. tych co mieli największe problemy!) zostało decydentami, a Polska? Polska jest w stadium „chorszy” I od stycznia tego roku przechodzi jedną nogą o stopień wyżej. Zadłużenie rośnie lawinowo, jakoś trzeba je więc łatać. Politycy poszli po rozum do głowy i wykombinowali. Z premedytacją. Zamęt jaki spowodowały zmiany w prawie, brak interpretacji do tych zmian, brak czasu na ich wprowadzenie ma zapewne służyć kolejnemu zaciąganiu przez Państwo kredytu u podatników. Czymże bowiem jest mącenie w podatkach i należnościach, a potem egzekwowanie ich po kilku latach wraz z grzywną i odsetkami w wysokości kilkudziesięciu procent rocznie? Żaden bank nie da takiego oprocentowania. To jest biznes!
|