|
Tajemnica danych osobowych... Dawno, dawno temu, gdy znikały dane lokatorów wywieszane w blokach, żeby zapominalska gapa (taka jak ja) mogła sprawdzić czy dzwoni domofonem do właściwego mieszkania, zastanawiałem się jak bardzo musi być wpływowe lobby przestępców, by przeszła ustawa chroniąca dane osobowe. Co jest złego w tym, że normalny, przeciętny człowiek ma przytwierdzoną do drzwi tabliczkę z nazwiskiem, a przy wejściu do klatki schodowej wisi lista lokatorów czyli spis mieszkańców danego obiektu? Kiedyś wiadomo było koło kogo mieszkam, mogłem sprawdzić zatem z kim bawi się na podwórku moje dziecko, do kogo w razie nieszczęścia mogę zapukać etc. Dawało to jakie takie poczucie bezpieczeństwa. Nikt się nie wstydził swojego nazwiska, im szerzej było znane tym lepiej, bo kilka pokoleń zazwyczaj pracowało na jego rzetelność i renomę, bardzo przydatną kiedy chciało się prowadzić jakiś interes lub chociażby tylko wziąć pożyczkę. Od 14 lat obowiązuje ustawa, według której każdy ma prawo do ochrony swoich danych osobowych. Co to komu daje? Jedyną korzyść jaką widzę w ustawie, to ochrona dłużników i osób ukrywających się albo przed wymiarem sprawiedliwości, albo przed ludźmi, wobec których mają jakieś zobowiązania. Anonimowość przydaje się przy robieniu szwindli, kombinowaniu, oszukiwaniu i stwarzaniu sobie alternatywnych osobowości przykrywających niecne sprawki. Zresztą, czy trudno jest w naszym kraju zdobyć dane osobowe jakiejś osoby? Postanowiłem sprawdzić. Zabrałem się do tego jak pies do jeża, nigdy bowiem nie przychodziło mi do głowy, żeby namolnie kogoś męczyć o kontakt, jeśli ten wije się niczym piskorz i kontaktu unika. Ale w celach naukowych... Postanowiłem dowiedzieć się, gdzie mieszka fotograf znany mi ze zdjęć wystawianych w galerii fotograficznej. Wszelkie prośby o bezpośrednie spotkanie były ucinane przez niego w zarodku i to w taki sposób, że trzy razy dziennie przeglądałem się w lustrze czy aby trądem nie jestem porośnięty i parę razy odpytałem znajomych, co sądzą o moich walorach towarzyskich i intelektualnych. Nie wyrażali zastrzeżeń, musiałem zatem dojść do jedynego, nieuchronnego wniosku: rządzi facetem fobia przed spotkaniem z kimkolwiek, nie tylko ze mną. Poszedłem do Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Kopniakiem posłali mnie na ulicę. Nie zraziłem się, spróbowałem w Prokuraturze. Panowie radośnie poinformowali mnie, że wiedzą, gdzie ta osoba mieszka, ale nie powiedzą. Mogą najwyżej gruntownie mnie przesłuchać po co i w jakim celu jest mi to potrzebne. Niekoniecznie mi się spodobał ich sposób podejścia do mojej wrażliwej i delikatnej osoby, więc poniechałem nagabywania. Wici rozpuszczone przez znajomych uściśliły jedynie dzielnicę w jakiej mam szukać. Dobre i tyle. Umiejętne poprowadzenie dialogu na forum fotograficznym zaowocowało skąpymi informacjami na temat posiadania żony i dziecka. Nic więcej nie mogłem zrobić. Chyba że... tak, stworzenie fikcyjnej, łzawej historii, znanej dobrze ze wszystkich kryminałów mogło przynieść skutek. Umyśliłem sobie, iż szukam starego kumpla z wojska. Kiedyś uratował mi życie, byliśmy jak dwie papużki, albo raczej jak Batman i Robin, ale życie (ach te kobiety!) rozdzieliło nasze losy. Teraz, jako że dorobiłem się dużych pieniędzy, chciałbym wspomóc kompana. Pamiętam jego opowieści o dzieciństwie spędzonym w jednej z najstarszych dzielnic Warszawy, kiedyś list dostałem z fotografią nowo narodzonej córeczki, wiem co nieco na temat zawodu jakim się zajmuje, pisał też o żonie i (tu już blefowałem na maksa) o kłopotach z teściami. Niestety list zagubiłem podczas przeprowadzki a wraz z nim adres. Była to historia szyta na miarę urzędniczki w Urzędzie Skarbowym. Jeszcze tylko musiałem się z nią umówić (czego nie robi się dla dobra sprawy) i wyszedłem z pełnymi danymi znajomego, począwszy od imienia panieńskiego jego matki a skończywszy na rozmiarze buta i kołnierzyka. No dobrze, żartuję. Imienia panieńskiego matki mi nie podano. Swoją drogą, jak widać, ten kto płaci uczciwie podatki nie może być pewny dnia ani godziny. Wtajemniczyłem w plan kolegę i razem pojechaliśmy jako kurierzy pod wskazany adres. Ja doręczyłem paczkę ze śliwowicą, on zza żywopłotu pstrykał zdjęcia, po czym umknęliśmy, żeby sąsiedzi uprzejmie nie donieśli o naszych zakusach. Chociaż zważywszy na niechęć do zawierania znajomości w przeciętnym warszawskim środowisku, mało to było prawdopodobne. Emocji dużo, cała akcja trwała może kilka minut. Żeby zaś znaleźć potrzebne informacje potrzebowałem około miesiąca. Czyli dla szarego człowieka kompletnie nieopłacalny interes. Jak to wygląda w przypadku przestępcy? Zapytałem znajomego z policji i wiecie co? Podobno przestępca ma każde dane w czasie potrzebnym na wykonanie szybkiej rozmowy telefonicznej. Przypomina mi się sytuacja z kluczami przy drzwiach. Szczególnie uciążliwa, nawiasem mówiąc, gdy chce się do toalety. Pięć zamków, każdy inny, otwieranie tego przez właściciela trwa przynajmniej cztery minuty. Złodziejom sforsowanie pięciu zamków zajmuje około trzydziestu sekund. Jeszcze lepszym przykładem jest system antywirusowy w komputerze; każda wiadomość przesłana mailem to SPAM, wejść na niektóre strony nie można, bo od razu wyje, przyrządzenie dokumentu przez użytkownika jest zabawą w podchody i uniki z własnym zabezpieczeniem, a co parę godzin człowiek podrywa się w popłochu, bo system głośno sygnalizuje, że baza wirusów została zaktualizowana, co wyłącza pracę komputera na przynajmniej minutę. Dla hakerów zaś fakt posiadania systemu zabezpieczającego jest zupełnie nieistotny. I po co to wszystko?
|