|
Noc Muzeów
Od kilku lat na wzór niemiecki stolica Polski przeznacza jedną noc na bezpłatny dostęp do dóbr kultury dla wszystkich, którzy mają ochotę zobaczyć coś więcej niż najnowsze obniżki cen w centrum handlowym. W tym roku ponad dwieście placówek brało udział w Nocy Muzeów. Dołączyły po raz pierwszy: Muzeum TVP, Muzeum Legii, Muzeum Neonów oraz... Muzeum Erotyki. Swoją drogą muszę kiedyś do tego ostatniego zawitać, dręczony pytaniem cóż to za eksponaty mogą tam się znajdować różniące się od tych z seks-shopu? Od godziny 19:00 zaczęło się bezpłatne zwiedzanie. Przyłączyły się do akcji galerie, domy kultury, biblioteki, kościoły, puby, kawiarnie. Zainteresowani mogli wejść także do placówek teoretycznie nie związanych z działalnością artystyczną jak gmach Sejmu (o ironio, ironio!), gabinet Prezydenta Polski oraz Giełda Papierów Wartościowych, Instytut Pamięci Narodowej, czy Dowództwo Garnizonu Warszawa. Wielki sukces imprezy. Tłumy ludzi do trzeciej nad ranem zwiedzały i korzystały z imprez towarzyszących. A ja? Odsypiałem ciężki sobotni dzień. Wiedząc z góry, że nic nam Polakom nie wychodzi tak jak pospolite ruszenie i organizatorzy warszawskiej imprezy są już na wstępie skazani na sukces, postanowiłem sprawdzić wcześniej, jak wygląda DZIEŃ MUZEÓW. Warszawskie instytucje darowałem sobie. Z prostego powodu, dzień powszedni odpada, godziny otwarcia, brzydko mówiąc, pokrywają się z godzinami pracy przeciętnego śmiertelnika, a w soboty i niedziele tłumy turystów przeczą tezom o braku zainteresowania kulturą narodową. Najbliższe znane okolice takie jak Żelazowa Wola, Nieborów i Arkadię także odpuściłem. Czynne od dziesiątej. Oznacza to, że targany przeze mnie sprzęt fotograficzny pozostałby zbędnym balastem. Miękkie, poranne światło, w którym budynki, ruiny, drzewa i zarośla prezentują się najlepiej, w tych przypadkach nie może być wykorzystane. Czy tak trudno udostępnić do zwiedzania same parki od godziny szóstej rano, tak jak to robi Muzeum Romantyzmu w Opinogórze? Na szczęście Arkadia zamyka park dopiero po zmierzchu, można więc wykorzystać do fotografii okres tzw. „złotej godziny”, kiedy to światło znów staje się łagodne, a w dodatku ociepla otrzymywane ujęcia. Nic też dziwnego, że właśnie w tym parku na sesje zdjęciowe przyjeżdżają świeżo upieczeni małżonkowie, namówieni przez znających się na rzeczy fotografów. Jest to także miejsce, jedno z nielicznych, gdzie nikt się nie interesuje czy turysta robi zdjęcia czy nie. Nawiasem mówiąc kompletnie nie rozumiem podjazdowej wojny wypowiedzianej przez muzealników posiadaczom aparatów fotograficznych. Przeciętny „pstrykacz” pokazuje, gdzie był zarówno rodzinie jak i znajomym, bezwiednie stając się agentem reklamowym rozsądnie myślącej placówki. Cóż, w tej chwili wysokie opłaty za możliwość fotografowania, w skrajnych przypadkach przekraczające dziesięciokrotnie wartość biletu wstępu, skutecznie zniechęcają do takiej reklamy... Wróćmy jednak do mojego eksperymentu. Pilaszków, Muzeum Dworu Polskiego oznajmiał drogowskaz. Ucieszyłem się. Rozległy park, brama szeroko i gościnnie otworzona. Zaparkowałem, przeczytałem tablicę informacyjną: godziny zwiedzania dla grup wycieczkowych coś tam, coś tam i, jako że w budce przy wejściu nie było nikogo, raźno wkroczyłem na teren. Wystawiony cennik informował, iż na swoje hobby wydam dychę, czyli dwa razy tyle, co wejście. Mogło być gorzej. Widziałem już zaporową cenę 120 złotych, a zdarzyło mi się, że gdy nieopatrznie przyznałem się do chęci napisania artykułu o zwiedzanej placówce, kazano mi za każde wykorzystane w publikacji zdjęcie uiścić opłatę. Niemałą. Oczywiście o takich placówkach nie mam chęci ani pisać, ani broń Boże tam wracać. - Halo, co tu robi? W Stanach to już byś z kulą w głowie leżał, wynoś się z terenu. Na chwilę bramę zostawisz uchyloną a już ci w tym kraju bydło wlezie. No co tak patrzysz? Nie wdawałem się w dyskusję. Pan nie raczył nawet się przedstawić. Myślę że w życiu Stanów nie oglądał. Jeśli był ochroniarzem, to pozostawienie otwartej bramy i pustej stróżówki byłoby jego ostatnim popisem w zawodowej karierze. Jeśli zarządcą Muzeum – dowodem, że nie nadaje się na to stanowisko. To miejsce dla pasjonatów, którzy od rana do nocy są w stanie opowiadać o każdym eksponacie. Tak właśnie miałem okazję zwiedzić rekonstruowaną wieżę zamku w Liwiu a z Twierdzy Modlin trafiły do albumu zdjęcia żony dzierżącej pocisk moździerzowy ubranej w szynel i hełm z okresu II Wojny Światowej. Natomiast, jeśli był właścicielem... cóż jak najszybciej powinien utracić prawo do umieszczenia szyldu „Muzeum” nad bramą, wraz z przysługującą mu subwencją. Postanowiłem opuścić Mazowsze, gdzie tak staniała staropolska gościnność i ruszyłem na wschód. Zdałem się na przewodnik „Polska na weekend” firmowany przez Erę i Pascala. Minąłem wspomniany Liw. Zachwyciłem się widokiem nadbużańskiej skarpy w Drohiczynie. Pałaszując kanapki na postoju nad brzegiem rzeki podjąłem decyzję: Palpin. Drewniany dwór z murowanym gankiem i park krajobrazowy, dwa jeziorka, szpalery wiązów i dębów szypułkowych.... Pascal brzmiał zachęcająco. Wyliczyłem, że dotrę na miejsce idealnie w złotą godzinę. - Nie, dziś nie wpuszczamy. Trzeba się umówić przynajmniej dzień wcześniej. - Ale wczoraj nawet nie przypuszczałem, że zdecyduję się na zwiedzanie, jestem w podróży. Podjąłem decyzję spontanicznie, tablica informacyjna przy drodze głównej... - Słyszy, tylko umówionych! - rozległ się skrzyp zamykanych zasuw.
Pałac Radziwiłłów. Zaledwie sześć kilometrów dalej. Huraaa!!! „Wytworna rezydencja o jasnych elewacjach wydaje się żywcem przeniesiona z XIX wiecznej Anglii. Jest to typowy dla swoich czasów, romantyczny angielski zamek z ośmioboczną basztą i krenelażem, stylizowany na średniowieczną budowlę obronną” - zachwalał Pascal. - Ja nic nie wiem, ja tylko pilnuję. Też uważam, że dziwne. Jest tabliczka, że zabytek, ale turystów wpuszczać nie wolno – usłyszałem. „Ośrodek Szkoleniowo – Wypoczynkowy ZUS” przeczytałem na słupku przy furcie. Postanowiłem przewodnik przeznaczyć na makulaturę.
Muzeum, zamknięte dla zwiedzających w soboty i niedziele, prywatny właściciel wyrzucający zainteresowanego turystę, bo „nieumówiony”, potężna państwowa instytucja anektująca zabytek. Nieważne jaka bariera, konstytucyjny „dostęp do dóbr kultury” (art.6 ust.1) okazał się d... nie dostępem. Wróciłem. Zaczynała się Noc Muzeów. Zwiedzający witani byli z otwartymi ramionami, uśmiechem na ustach, w ukłonach i lansadach. A ja od zawsze powtarzam, że najpierw mentalność ludzi trzeba ukształtować, tak by na co dzień wszystko funkcjonowało jak należy a nie tylko w świetle jupiterów. Jednorazowe akcje niczego nie zmienią, bo jak to pisał Stanisław Jerzy Lec: Chociaż krowie dasz kakao, nie wydoisz czekolady.
|