<< leć do Publicystyki

 

Jak zgubiłem Czerwone Wierchy cz.2

Na Bani


 

  Podziwiam mojego gospodarza. Na ścianach w świetlicy, schodach i półpiętrach wiszą panoramy gór, praktycznie z każdego dostępnego w okolicy punktu widokowego. Każdy szczyt dokładnie opisany. Dodatkowo na szafce przy telewizorze, turysta ma do dyspozycji trójwymiarową mapę Tatr. Niestety, przez lata wyślizgane palcami gości szczyty, niczym te prawdziwe, odarte z roślinności do gołej skały, tutaj błyszczały białą niczym śnieg masą plastyczną, pozbawioną napisów i poziomic. Legendą był gospodarz. Po każdej mojej wędrówce stawałem do raportu, relacjonując przebytą trasę. Na podstawie zrobionych przeze mnie zdjęć dowiadywałem się wszystkich szczegółów, nazw dolin, stawów, polan, i oczywiście szczytów. Następnego dnia niestety wszystko wyparowywało mi z głowy, razem z wypitym wieczorem piwem. Jednak zawsze mogę być pewien, że przy kolejnej wycieczce gospodarz równie szczegółowo i z pasją omówi każdą skałę na mojej drodze.

- Kamienie pan w góry dźwiga? - sapnął kierowca busika kursującego między Zakopanem a Kuźnicami. Nieopatrznie chwycił za uchwyt plecaka, który targałem przed sobą, chcąc pomóc mi się wskrabać po stopniach do środka. Cóż, standardowy ekwipunek na wyprawę fotograficzną swoją wagę ma. Sam aparat z krótkim, krajobrazowym obiektywem waży około 1,5 kg, do tego jasny teleobiektyw o przekroju lufy małej armatki (2 kg), a jeszcze zabrałem (na wszelki wypadek) rybie oko i pierścienie do fotografii zbliżeniowej tudzież zapas wody, kanapki, czekoladę, latarkę i pelerynę przeciwdeszczową.

- Same niezbędne rzeczy. Dziękuję. - wskakując na siedzenie uwolniłem uprzejmego kierowcę od balastu.

Lekkie niedowierzanie błysnęło mu oczach, gdy jedną ręką umieściłem plecak na kolanach. Jeszcze raz zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Najwyraźniej mój strój wytłumaczył dysonans między moją niezbyt potężną posturą, a łatwością z jaką operowałem ciężkim ekwipunkiem. Zamiast wydawać majątek na drogą odzież turystyczną, kupuję z demobilu elementy polowego umundurowania. Najprawdopodobniej wziął mnie za żołnierza na urlopie. Jak się okazało, nie tylko on. Ledwie ochłonąłem widząc, że do kasy kolejki na Kasprowy stoją jedynie trzy osoby. Cuda się zdarzają. Wakacje w pełni, a tu niespodzianka. Zwykle czas oczekiwania w ogonku do kasy jest najdłuższym etapem podróży na Kasprowy i w sezonie nie schodzi poniżej 1,5 godziny.

- Cześć! Gdzie służysz? Bo my byliśmy w Iraku. Założyłem się z kumplem, że jesteś po Afganistanie, bo ich stare polówki wyglądały jak twoje... Chcemy dzieciakom góry pokazać...

Obaj mężczyźni wydawali się być niemalże klonami. Mocna budowa, szerokie bary, sportowy strój, a z nimi dwie dziewczyny w jeansach i koszulkach z krótkim rękawkiem temperowały emocje progenitury. Szybko i skutecznie, najwyraźniej cała piątka dzieciaków w wieku od 7 do 13 lat była zaprawiona w wojskowej dyscyplinie.

- Nie, nie służę w wojsku, lubię fotografować przyrodę, często przyklękam, kładę się w trawie. Noszę wojskowe ubranie, gdyż jest wygodne, niekrepujące ruchów, posiada mnóstwo przydatnych mi kieszeni, a co najważniejsze, nawet po kilkunastu padach na ziemię w pogoni za motylkiem barwy maskujące idealnie tuszują ślady po trawie czy ziemi i wracając z pleneru nie zwracam niczyjej uwagi. Natomiast zauważyłem, że czynni żołnierze poza służbą jakoś nie przepadają za mundurem. - Panowie popatrzyli na siebie i ryknęli śmiechem.

- Chyba masz rację. Cóż, przegrałem zakład. Dobra, wiszę ci dwa piwa – tu zwrócił się do kolegi – Pierwsze stawiam na Kasprowym. O! To już, tak szybko?

- To dopiero stacja pośrednia. Myślenickie Turnie. Mniej więcej połowa drogi. Dwa kilometry z kawałkiem, a w sumie długość kolejki to około cztery kilometry trzysta metrów. Różnica poziomów to prawie kilometr, dokładnie 936 metrów. - Na górze odrzuciłem propozycję piwka (kierowca) i wspólnej wędrówki na Giewont (notoryczne opóźnianie tempa marszu przy każdym ciekawym widoczku, roślince, czy owadzie na byle badylku) i ruszyłem na szlak. Minęło niespełna pół godziny, gdy trasa znienacka stromo opadła. Z dołu trzymetrową stromiznę atakowały dwie dziewczyny. Podejście z wypchanymi po brzegi plecakami bez wspomagania się rękami okazało się najwyraźniej niemożliwe. Próbowały właśnie wrzucić butelki z wodą na półkę na której się zatrzymałem. Butelka odbiła się od skały i spadła jak bumerang, pod nogi dziewczyny.

- Rzućcie jeszcze raz. - Udało się. Postawiłem wodę na ścieżce i odczekałem, aż turystki wdrapią się pod górę. Wybrałem zejście przy samej ścianie, lecz w połowie drogę zagrodził mi niewielki występ skalny. Spróbowałem przemknąć obok lekkim balansem ciała. Palcami lewej ręki wpijałem się już w szczelinę po drugiej stronie nawisu. Szarpnąłem ciałem, lecz zwisający z szyi aparat przeważył. Prawa ręka o milimetry minęła upatrzony gzymsik, a stopy miast na półeczkę trafiły w próżnię. Leciałem w dół. Już w powietrzu wykonałem pól obrotu, aparat trzasnął o ścianę, spojrzałem w dół, między stopy. Miałem szczęście. Wiedziałem, że uda mi się wylądować na ścieżce. Impet lądowania wbił mi kolana niemalże pod brodę, aparat boleśnie walnął po żebrach, siedzeniem prawie dotknąłem ziemi. Wybiło mnie w górę i zmusiło do zrobienia jeszcze trzech drobnych kroczków. Zabalansowałem na krawędzi ścieżki jak kulomiot w kole by nie spalić rzutu i udało się. Stałem. Stabilnie, cały, nie licząc siniaka na żebrach i rys na obudowie aparatu. Z lekka półprzytomny dotarłem do miejsca, gdzie rozchodziły się szlaki, wyciągnąłem kanapkę i stres minął. Znalazłem wygodny głaz, rozsiadłem okrakiem, zrobiłem parę ujęć, zmieniłem na teleobiektyw, by ustawić szczyty po słowackiej stronie w równym szeregu i właśnie zmieniałem tele na rybie oko...

- Proszę pana, a dlaczego ten obiektyw jest taki dziwny a ten taki wielki?

- O, nasz fotograf, dzieciaki, zostawcie pana w spokoju...

- Idzie pan jednak z nami na Giewont? - tak, znajomi z kolejki dogonili mnie.

- Nie - zerknąłem na strzałki - do Doliny Kościeliskiej.

Zapełniłem zdjęciami całą, ośmiogigową kartę. Straciłem rachubę, ile razy robiłem postoje, by uwiecznić widoki. Ale teraz po każdej sesji aparat wędrował do plecaka, a plecak na klatkę piersiową, starannie przypięty z wykorzystaniem pasa biodrowego i uprzęży. Kiedy schodziłem Doliną Kościeliską, na szczyty zaczynały nadciągać ciemnogranatowe, burzowe chmurzyska. Pomyślałem, że nie chciałbym teraz znaleźć się na szlaku, który przemierzyłem. Z Kir wróciłem do Zakopanego busikiem. Wytoczyłem się z samochodu na lekko uginających się kolanach. „Pozytywny ból ” jak mawiał mój trener samoobrony czułem w każdym mięśniu. Ból wzmocniony suchym radiowym komunikatem, że właśnie z trasy, którą szedłem wiatr zdmuchnął turystę. Biedny Anglik, przyjechał po wrażenia do Polski i były to jego ostatnie wrażenia w życiu. Podobno nie przeżył.

  Na ławeczce przed wejściem do domu siedział gospodarz i popijał piwo.

- Zaliczyłeś Czerwone Wierchy? - powitał mnie.

- Nie, tylko wjechałem na Kasprowy i zszedłem do Doliny Kościeliskiej. Padnięty jestem, bo Kościeliską przeszedłem w ekspresowym tempie. Nad szczytami już szaleją burze.

- Hmmm, z Kasprowego do Kościeliskiej, mówisz, no. A wiesz, że w Białce otworzyli nową termę? Kąpielisko wykorzystuje źródło o temperaturze 80 stopni. Jutro byś spróbował, wieczorem pokażesz zdjęcia. My z żoną dziś pomagaliśmy sąsiadom zebrać siano.

Park wodny Na Bani Białczańskiej usytuowano u podnóża stoku o tej nazwie. Na powierzchni ok 3,5 ha położony jest zespół basenów kąpielowych, połączony z kompleksem saun i ośrodkiem SPA. Na dzień dzisiejszy nie zostały jeszcze ukończone sezonowe baseny otwarte. Może i pozostał lekki niedosyt, że nie mogłem popływać swobodnie na dłuższym odcinku, ale i tak w pełni odświeżony wróciłem pod wieczór na kwaterę, by zaprezentować gospodarzowi zdjęcia.

- Kłopoty widzę, miałeś pod Goryczkową Czubą, z wojskowymi rozstałeś się na Przełęczy pod Kopą Kondracką. To jest Małołączniak, minąłeś Kopę i zatrzymałeś się na Przełęczy Małołąckiej. Teraz Krzesanica, znów w dół, Przełęcz Mułowa i Ciemniak, ostatni z Czerwonych Wierchów. Toż się wczoraj zdziwiłem, jakżeś mi powiedział, że schodziłeś z Kasprowego do Kościeliskiej i nie zaliczyłeś Czerwonych Wierchów. To chyba wczoraj, a nie dzisiaj byłeś na bani...


 

<< leć do Publicystyki