Nie potrzebuję dopalaczy. Uzależniłem
się od czytania. Kryminał, fantastyka, sensacja. Szczególnie przy
jedzeniu. Bez sporej porcji czarnych znaczków rozpląsanych przed oczami,
najlepsze frykasy smakują mdło. Zaczęło się, kiedy jako czterolatek, nie
mogąc doprosić się kolejnej pozycji z serii „Poczytaj mi mamo”, sięgnąłem
sam po ulubioną książeczkę. I zorientowałem się, że sam mogę czytać.
Pierwsze spotkanie z fantastyką –
nie, nie Verne. Rodzice otrzymali mieszkanie służbowe w pomieszczeniach, w
których wcześniej była biblioteka. „Podróże Guliwera” wciśnięte między
ścianę, a wiszącą półkę w kuchni pełniły rolę stabilizatora. Miałem
dopiero sześć lat i nie poruszał mnie opis przemarszu wojsk Liliputu pod
stojącym w rozkroku Guliwerem. Zafascynowany, z pasją zgłębiałem opis
sposobu poruszania się latającej wyspy Laputy. Dopiero potem odkryłem
Verne'a, Lema, Tolkiena, Żelaznego, Norton. Czekałem też z
niecierpliwością na nowe czasopisma: „Przegląd Techniczny i „Młodego
Technika”. Na opowiadania nieznanych, młodych autorów. Zaskakujące
pomysły. Niesamowite zwroty akcji. Do tej pory klnę na przeprowadzkę, nie
wiem już którą z kolei, ale pamiętną z tego powodu, że zaginął mi numer
„Młodego Technika” z opowiadaniem Andrzeja Ziemiańskiego i Andrzeja
Drzewieckiego „Ghost”. Tyle poczucia humoru i pysznej groteski nie
zakosztowałem do tej pory.
Lata dziewięćdziesiąte i zmiana
profilu Nowej Fantastyki sprawiły, że na dłuższy czas wziąłem rozwód z
niegdyś ulubionym gatunkiem i zwróciłem w stronę kryminału. Fantazy nie
bardzo do mnie przemawia, zaś pozostałe próby powędrowały w kierunku
totalnego chaosu. Nieudolni naśladowcy Żwikiewicza najwyraźniej nie
potrafili, jak on, z feerii scen, opisów sytuacji, skojarzeń, zbudować
spójnego obrazu. Niestety, gdy ta sztuka się nie udaje i nie ma w dodatku
pointy, utwór staje się bezładnym zlepkiem oderwanych scen; to nie
opowiadanie, lecz bełkot. Dobrze przynajmniej, że przy załamaniu się rynku
czasopism, debiutanci z lat osiemdziesiątych zdążyli okrzepnąć i pojawiły
się doskonałe powieści, a nawet cykle, jak „Wiedźmin”, czy „Achaja”.
Od połowy lat dziewięćdziesiątych
zaglądałem do księgarń, kartkowałem jedno, drugie czy trzecie pismo z
gatunku SF i... odkładałem na półkę. Dopiero niedawno znów poczułem powiew
świeżości. Moja ulubiona forma – opowiadanie, wraca w antologii „Horyzonty
Wyobraźni”. Pozycja jest podzielona na dwie części. W pierwszej znajduje
się sześć opowiadań debiutantów – laureatów konkursu zorganizowanego przez
kwartalnik „QFANT”. W drugiej swoją wizję SF przedstawiają już uznani
autorzy.
Otwiera Marcin Rusnak, zdobywca Grand
Prix, opowiadaniem „Kołysanki dla umarłych”. Akcja rozgrywa się w scenerii
Mad Maxa, po ogólnoświatowej katastrofie, jednak klimat jest bardziej
swojski. Zaskoczona faktem, że jednak nie jest ostatnią osobą, która
przeżyła kataklizm, bohaterka opowiadania przemierza drogę z
nieokreślonego miejsca w górach do Wrocławia. Tam właśnie znajduje się
rozgłośnia, z której nieznany radiowiec nadaje audycję, czyli właśnie
tytułowe „Kołysanki dla umarłych”. Wbrew przekonaniu autora przekaz nie
trafia jednak w próżnię...
Klimat zbliżony do wspomnianego „Mad
Maksa” przenika również ostatnie z wyróżnionych opowiadań. Autor
„Sprzedawcy marzeń” Maciej Musialik świadomie odwołuje się do głośnego
filmu. To jedna z pozycji, którą Kiniarz, tytułowy „sprzedawca marzeń”
oferuje mieszkańcom zamkniętych osad – enklaw. Objazdowe kino przebija się
przez odludzia, gdzie grasują motocyklowe gangi. Dochodzi do konfrontacji.
Okazuje się jednak, że wśród szpul z filmami ukryta jest... tajna broń.
Maciej Musialik jest również autorem opowiadania „Książka w pustym
mieszkaniu”, które zajęło trzecie miejsce. Złodziej otrzymuje zlecenie. Ma
ukraść książkę, niby prosta sprawa, ale... zleceniodawca zastrzega „Nie
czytaj księgi”. Cóż, ludzka przekora, ech...
„Do ostatniego słowa” napisał Szymon
Maksymow. Desperacka walka ludzkości o przetrwanie. Przeciwnik jak u H.G.
Wells'a nie do pokonania. W akcji komandosi, wyposażeni w jedyną skuteczną
wobec wroga broń, odkrytą przypadkowo i w najmniej spodziewanym momencie.
Tak, należy poznać moc słowa...
Świat się kończy, ale cóż z tego,
jeśli zaawansowanie technologiczne pozwala na stworzenie nowego. Główny
konstruktor napotyka niespodziewane przeszkody: władca wkracza w
najbardziej bliskie i intymne sfery specjalisty. Notoryczny błąd
zadufanych w sobie imperatorów. Razem z konstruktorem Kornel Mikołajczyk
postanawia „Zbudować świat”, ale już pozbawiony tyranii.
Muszę przyznać, że jurorzy konkursu
mieli rzeczywiście duży problem. Wszystkie wyróżnione opowiadania są
ciekawe i dobrze skonstruowane, a co najważniejsze, zawierają świeże
pomysły, niejednokrotnie zaskakując nagłym zwrotem akcji, czy kończąc się
w niespodziewany sposób. Mnie osobiście najwięcej frajdy sprawił Michał
Stonawski, autor opowiadania „Wyrok” i zdobywca drugiego miejsca. Jego
główny bohater zostaje skazany na zesłanie w czasie w odległe
średniowiecze. Spodziewałem się, że podobnie jak kolejni kierownicy i
dyrektorzy uczestniczący w optymalizacji historii świata i zsyłani przez
nadzorującego projekt Ijona Tichego, niezapomnianej postaci z „Dzienników
gwiazdowych” St. Lema, oskarżony Adam Podolski będzie co najmniej jednym
ze słynnych rycerzy z bitwy pod Grunwaldem, a tu... Ląduje w prehistorii,
a wnet zaczyna się galimatias, w dodatku z odniesieniami biblijnymi!
Gratuluję poczucia humoru.
Tegoż samego nigdy nie brakowało w
utworach Jacka Skowrońskiego. Właśnie dlatego pozwolę sobie rozpocząć
omawianie drugiej części antologii od jego opowiadania „Eksperyment XXI”.
Tak, kolejne siedem opowiadań napisali autorzy znani już z publikacji w „QFANT”
i nie tyko. Jacek Skowroński eksperymentuje, jego bohater podróżuje przez
Galaktykę. Może nie autostopem, lecz służbowym kosmolotem z drugiej ręki.
Tym razem macierzysta planeta nie wylatuje w powietrze na samym początku,
za to autor kryminału „Był sobie złodziej” zmusza do gimnastyki nasze
szare komórki, byśmy zastanowili się, dlaczego Ziemia, kolebka
galaktycznej cywilizacji, za każdym razem ulega samodestrukcji?
„Eksperyment XXI” trwa, a autor nie szczędząc groteski, skojarzeń i
historycznych odniesień rozlicza się z przeszłością i teraźniejszością
gatunku homo (czyżby?) sapiens.
Za chwile dreszcz przenika. Młody dziennikarz rutynowo „odbębnia” swoją
audycję. Tym razem program jest poświęcony depresji. „To choroba” - do
tego stwierdzenia ogranicza się cała wiedza prowadzącego program, lecz
znajomość dziennikarskiego fachu sprawia, że jak zwykle telefony do studia
się urywają. Nagle kolejna rozmówczyni... popełnia samobójstwo.
Dziennikarz ma okazje boleśnie odczuć, czym naprawdę jest depresja. Prócz
tego Stefan Darda, autor znanych horrorów, nie omieszka w opowiadaniu
„Ostatni telefon” postraszyć nas tym, co znajduje się poza poznaniem.
Zuzanna Lenska, Piotr Michalik, Anna
Porębska i Krzysztof Bugajski stworzyli światy, które na pewno znajdą
swoich amatorów chociażby ze względu na niezwykle wyraziste pointy.
Tom kończy opowiadanie Tomka Orlicza
„Dotknij mnie”. „Animator boskości” - to urządzenie, którego lepiej byłoby
nie dotykać. Przynajmniej moim zdaniem. Warto więc sprawdzić, jak
wykorzystał „szczęśliwy” posiadacz wszechmocne urządzenie w opowiadaniu
Tomka. Mogę tylko stwierdzić, że wypadki potoczyły się zupełnie inaczej,
niż w opowiadaniu Marka Oramusa z roku 1984 „Tlatocetl”, które to jest
jednym z moich ulubionych.
Podsumowując, antologia „Horyzonty
Wyobraźni” to nareszcie zbiór opowiadań świeżych, pomysłowych i
wciągających. Mam nadzieję, że po pierwszej edycji nastąpią kolejne,
równie dobre, czego redakcji QFANT i autorom szczerze życzę. Może znów
będziemy mieli szansę na cykl co najmniej równy „Spotkaniom w
przestworzach”.