|
Perła Beskidów
Kiedy na początku
wakacji siedziałem w Internecie i zastanawiałem się,
gdzie wyjechać, wpadło mi w oczy określenie: „Adam
Małysz – dobrem narodowym Polaków”. Przerwałem
rozmyślania na temat urlopu, bo wyobraźnia rozhulała
się na całego i zacząłem wyobrażać sobie wydobycie w
kopalniach małych kawałków Małysza, które
transportowano w wielkich kadziach do hal, tam
składano w całość, polerowano, malowano i
sprzedawano z powodzeniem w Domach Twórczości
Ludowej, cepeliach, ośrodkach turystycznych i
sportowych, a najlepsze egzemplarze wysyłano na
eksport. Lalka Barbie w swoich rolach przestała być
przedmiotem marzeń polskich dzieci, teraz mamy
Małysza narciarza, Małysza rajdowca, Małysza skoczka
samochodowego, Małysza showmana...
Otrząsnąłem się.
Facet z tak nieprawdopodobną charyzmą, z pomysłem na
życie jest wykorzystywany w sposób wręcz
niewiarygodny do podnoszenia sobie samopoczucia
przez różnej maści politykierów, do nabijania kasy i
napędzania turystyki. Co gorsza, chociaż raz jeden
nie mam do nich o to pretensji. Pozytywnych
bohaterów w Polsce jak na lekarstwo, trzeba zatem
każdy taki dar nagłaśniać, żeby był powód do dumy. Odsunąłem się od Mr.
Googla i zdecydowałem metodą skojarzeń, że skoro ta
legenda miała swój początek w Wiśle, mieście
rodzinnym Małysza, pojadę właśnie tam i może uda mi
się pokazać Państwu kolejny uroczy kawałek Polski.
Spytacie skąd wiedziałem, iż musi być „uroczy”?
Przecież bez kozery nikt nie nazwałby tego miasta
„Perłą Beskidów”, prawda?
Podróż zaczęła się
fatalnie, jechałem w deszczu, miałem tylko cztery
dni na zwiedzanie, z czego może dwie i pół godziny
jako tako słoneczne, a po wjechaniu na wysokość
ponad 400 metrów od poziomu miasta, na Stożek Mały,
do domu, gdzie miałem zamieszkać, zorientowałem się,
że nie da się stamtąd zjechać kiedy pada. No trudno,
pomyślałem sobie, samochód miasto zwiedzi innym
razem, zapakowałem plecak i ruszyłem zobaczyć na
własne oczy jak wyglądają te cuda, które wyczytałem
w folderach i przewodnikach. Sądząc bowiem z
informacji turystycznych pół życia nie wystarczy na
obejrzenie wszystkiego, o zrozumieniu nie
wspominając. Zacząłem od Ścieżki
Dydaktyczno-Przyrodniczej. Fuj, tak nazwać szlak
przez piękne, lesiste tereny. Na miejscu dzieci i
młodzieży wolałbym usmażyć się w autokarze, niż dać
się zaciągnąć w wakacje na spacer po czymś, co tak
się nazywa. I byłby to koszmarny błąd, spacer
tamtędy należy do bardzo relaksujących, nawet pomimo
kropel uporczywie lecących z nieba. Na Baranią Górę,
wzdłuż Czarnej Wisełki szedłem kilka godzin. Nie
dlatego bym się obawiał grasujących tam zbójników
(choć podobno, za czasów feudalnych, mieli na
Baraniej Górze swoją siedzibę) ale musiałem pochylić
się nad każdym kwiatkiem, każdą roślinką i
badylkiem, uwieczniając je na zdjęciach. Zachwyciłem
się purpurowymi kielichami naparstnicy i kwiatami
trującego tojadu. Podobno najbardziej niebezpieczne
są korzenie i nasiona, ale całej rośliny też nikt
nie poleca na sałatkę. Niestety tojad jest pod
ścisłą ochroną gatunkową, dlatego nie założyłem
rękawic, nie wykopałem go, nie zafoliowałem i nie
wpakowałem do plecaka, żeby wypróbować na kilku
najbardziej doskwierających mi osobach. W każdym
razie tej wersji będę się trzymał.
Po godzinie
robienia zdjęć, postanowiłem zajrzeć do folderu
opisującego Ścieżkę. O kurczę, okazało się że
minąłem już kilka „stacji” i nawet ich nie
zauważyłem. Stanowisko daglezji (pierwszy raz słyszę
o drzewie nazywającym się daglezja, chociaż jak się
okazuje widziałem je niejednokrotnie), Źródełko
czyli naturalny wykap, gdzie woda wypływa spomiędzy
warstw skalnych, Bujakowa Kolnia - miejsce, w którym
stała kiedyś szopa (kolnia), Cyganka - wiata przy
źródełku, zawdzięczająca swą nazwę mieszkającej tu
przed wojną Cygance... Zauważyłem za to żółte kwiaty
pępawy błotnej i nie omieszkałem sfotografować.
Westchnąłem z rezygnacją, bo właśnie zdałem sobie
sprawę, że za nic w świecie nie dostrzegę tego,
czego nie mam przed oczami, a mianowicie nazw
nadanych przez tutejszych ludzi każdemu kamieniowi,
każdemu rozwidleniu, polance, czy miejscu gdzie
kiedyś coś było, stało, żyło. Zatem dydaktyczne
spacery po okolicy polecam albo z przewodnikiem,
albo z folderem w zębach. Innej możliwości nie ma.
Schowałem słowo pisane i zacząłem podziwiać
roślinność. Moim sercem zawładnął mech, płonnik
pospolity.
Taki niepozorny, niedostrzegalny a taki fotogeniczny! Miałem też nadzieję na obejrzenie Kaskady Rodła, ale tu się nieco rozczarowałem, może dlatego, że wyobrażałem sobie te wodospady jako bardziej imponujące. Ze szczytu Baraniej Góry podobno można podziwiać Tatry. Jednak tylko wtedy, gdy w ogóle coś widać. Ja niestety musiałem wracać doliną Białej Wisełki w przyspieszonym tempie, ignorując skały grzybowe i całą resztę, bo rozpadało się jakby stado diabłów nabroiło i trzeba było zmyć wszystkie ich grzechy. À propos diabła, a właściwie jego przeciwieństwa. Wisła jest ewenementem na skalę kraju jeśli chodzi o liczbę praktykowanych religii. Najwięcej osób wyznaje luteranizm, zaraz potem plasuje się katolicyzm, mamy też kościoły zielonoświątkowe, Adwentystów Dnia Siódmego, Wolnych Chrześcijan, Świadków Jehowy oraz zbory Chrześcijan baptystów i Stanowczych Chrześcijan. Podobno wszyscy żyją zgodnie, a jeśli zdarzają się spory, to nie na tle religijnym, ale z powodów niedoskonałości ludzkiego charakteru. Ktoś komu drogę rozjedzie traktorem, inny wspólnej studni budować nie chce, albo wody pożałuje podczas suszy, ukradnie garnek z zupą, co to do ostygnięcia ją gospodyni wystawiła, psa nie przypilnuje, czy krowy, która wejdzie w szkodę. Generalnie jednak ludzie są przyjaźni, mocno związani z ziemią, rodziną, obyczajami, tradycją. Zachowała się tu lokalna gwara, podczas świąt używane są stroje ludowe, w wielu rodzinach kultywowane jest rzemiosło artystyczne. Powstają Stowarzyszenia integrujące artystów, których twórczość można obejrzeć w galerii „U Niedźwiedzia”, przy czym większość dzieł oczywiście można kupić. Każdemu, kto chciałby zapoznać się z kulturalną stroną Wisły polecam Tydzień Kultury Beskidzkiej, odbywający się w sierpniu, wtedy można tu usłyszeć także góralską muzykę, obejrzeć występy zespołów czy koncertujących rodzin. Dla wielbicieli historii atrakcją będzie na pewno Muzeum Beskidzkie, gdzie wystawiono eksponaty ilustrujące jak wyglądało życie wieki temu. Tuż obok postawiono Enklawę Budownictwa Drewnianego, z kuźnią, pasieką, zielnikiem. I żelazny punkt programu zwiedzania: Izba Pracy Twórczej Jana Kocyana, uznanego regionalnego rzeźbiarza i malarza.
Przyznam się, że
wolałem obejrzeć Zamek Prezydenta RP podarowany
Ignacemu Mościckiemu jako „dar ludu śląskiego”.
Najwyraźniej na wyobraźnię podziałał fakt, iż
Mościcki osobiście akceptował projekt mebli, w które
miał być Zamek wyposażony. Tak się przyzwyczaiłem
do ważkich decyzji przywódców, że wybór mebli
wydawał mi się czymś niezwykle abstrakcyjnym,
kuriozalnym i nie na miejscu w przypadku głowy
państwa. W latach osiemdziesiątych jedna z kopalń
miała tu swój dom wczasowy, dopiero od 2002 roku, za
czasów Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego
nastąpiło przywrócenie Zamkowi dawnej funkcji. Jedynie Zamek Dolny funkcjonuje jako hotel i restauracja. Rezydencja wpisana jest w rejestr obiektów zabytkowych, ale żeby mnie zachwyciła? Niekoniecznie. Jedyne co mnie urzekło w Wiśle, to duża ilość tras spacerowych i rowerowych, szlaki turystyczne i tematyczne (Szlak Habsburgów, Szlak Architektury Drewnianej), tereny rekreacyjne, łąki, malownicze krajobrazy. Mieszkając na Stożku Małym, niedaleko szczytu Cieślar, w pobliżu granicy polsko-czeskiej (nagadałem się po czesku, aż mnie ręce bolały), miałem możliwość spenetrowania najdalszego zakątka naszego kraju. Pozostał niedosyt. Toteż z pewnością tu wrócę, tym bardziej, że nie zdążyłem obejrzeć ogromnego posągu Adama Małysza, zrobionego z białej czekolady. Od czasu, gdy ktoś mu nadgryzł ucho, stoi w szklanej gablocie w Domu Zdrojowym. 180 kilogramów wagi, wysokość dwa i pół metra... aż chciałoby się schrupać po wyczerpującym spacerze!
|