<< leć do Przypowieści

 

Dywany

 

 

Dawno, dawno temu żył sobie Człowiek.

Chatkę miał lichą, w niej dobytku niewiele, a w sercu nitki złote, srebrne, kolorowe.

 Z tych nitek tkał dywany.

Jedne dziwne, postrzępione, rogate. Kilka gładkich, miłych w dotyku, jakby polukrowanych. Były też takie, co nazwać nie dało ich rady.

Czarnobiałe, wielobarwne, pstrokate. Zaplątał się nawet taki, który wyglądał jak kosmita, sinozielony, błyszczący.

Przeplecione promykami marzeń, z kawałkami bursztynu, zapachem pereł, dziurawe, bez formy. Jakby niedorobione, sękate.

Stos wielki ich się piętrzył, wysuwał swe macki przez okna, chybotał zalotnie.

Na wolność pragnął się wyrwać, przytupując.

Człowiek poprosił Znawców, by wycenili jego dzieła.

I przyszli, w togach czarnych, z miną marsową, poważną.

Zajrzeli do pracowni...

Kazali wyrzucić wszystko: rdzą nadpęknięte osnowy, zmurszałe drewno i nici.

Nie można stworzyć Piękna na takim warsztacie.

A dywany?

Dywanom polecili ogień i stos.

Człowiek spojrzał w ich pyszne twarze, w oczy pełne dumy i wyższości. Wiedział, że nic ich nie przekona.

Poczekał aż wyszli i uśmiechnął się smutno. Złapał wystające nitki swoich dywanów, przeplótł je przez dziury, przenicował na drugą stronę i ... odleciał.

Niewielu żyło ludzi na świecie, którzy potrafili tkać takie dywany.

Bo one latały.

Pięły się po niebie żaglami znaczeń, turlały wiatrem niespełnienia. Przez dziury niebieszczyły się gwiazdy, słońce grało na bębenkach bursztynów, a kształty -

cienie rzucały na ziemię. Jaguar, węże, biedronka. Cały świat galopujący w przestworzach.

Jednego ze Znawców musnęła trąba słonia.

Wzdrygnął się ogarnięty nagłym zimnem.

Gdyby mógł, zakazałby chmurom występów na niebie.

Były takie... nieprzystające!

 

<< leć do Przypowieści