Chatkę miał
lichą, w niej dobytku niewiele, a w sercu nitki złote, srebrne, kolorowe.
Z tych nitek
tkał dywany.
Jedne dziwne,
postrzępione, rogate. Kilka gładkich, miłych w dotyku, jakby
polukrowanych. Były też takie, co nazwać nie dało ich rady.
Czarnobiałe,
wielobarwne, pstrokate. Zaplątał się nawet taki, który wyglądał jak
kosmita, sinozielony, błyszczący.
Przeplecione
promykami marzeń, z kawałkami bursztynu, zapachem pereł, dziurawe, bez
formy. Jakby niedorobione, sękate.
Stos wielki ich
się piętrzył, wysuwał swe macki przez okna, chybotał zalotnie.
Na wolność
pragnął się wyrwać, przytupując.
Człowiek
poprosił Znawców, by wycenili jego dzieła.
I przyszli, w
togach czarnych, z miną marsową, poważną.
Zajrzeli do
pracowni...
Kazali wyrzucić
wszystko: rdzą nadpęknięte osnowy, zmurszałe drewno i nici.
Nie można
stworzyć Piękna na takim warsztacie.
A dywany?
Dywanom polecili
ogień i stos.
Człowiek
spojrzał w ich pyszne twarze, w oczy pełne dumy i wyższości. Wiedział, że
nic ich nie przekona.
Poczekał aż
wyszli i uśmiechnął się smutno. Złapał wystające nitki swoich dywanów,
przeplótł je przez dziury, przenicował na drugą stronę i ... odleciał.
Niewielu żyło
ludzi na świecie, którzy potrafili tkać takie dywany.
Bo one latały.
Pięły się po
niebie żaglami znaczeń, turlały wiatrem niespełnienia. Przez dziury
niebieszczyły się gwiazdy, słońce grało na bębenkach bursztynów, a
kształty -
cienie rzucały
na ziemię. Jaguar, węże,
biedronka. Cały świat galopujący w
przestworzach.