<< leć do Przypowieści

 

Na torach

 

 

Było to dawno. Niektórzy mówią nawet, że nieprawda. Łatwiej jest bowiem wierzyć w rozstąpienie morza niż w zwykłe, ludzkie historie. A może nie wierzą, bo wszystko działo się w zajezdni kolejowej? Kolej ma teraz niedobrą prasę... Nieistotne. Posłuchajcie jak było.

Stara, zardzewiała lokomotywa miała odejść do lamusa. Nawet pewne muzeum (nazwy Wam nie zdradzę, bo kojarzy się z minioną, nie najlepszą  epoką) zaoferowało możliwość odnowienia jej i postawienia w ogromnej hali, jako eksponat. Perspektywa renowacji bardzo ucieszyła staruszkę (też bym nie protestował, hehe). Mycie, pachnące perfumy, czesanie, strzyżenie. Do tego koronki, falbanki i róż na policzki. Sama przed sobą czuła się jakby o 10 lat młodsza. W pracy zaś zastąpić miał ją syn-jedynak. Już elektryczny. Kiedy ona wdzięczyła się przed lustrem, syn wyjechał w swoją pierwszą trasę. W szczerym polu, gdzieś na trasie pomiędzy Sercowem a Zawistowem, ku swojemu zdumieniu stwierdził, że nie jedzie sam. Obok, na sąsiednim torze, noga w nogę, koło w koło, równiutko po szynach kołysała biodrami ponętna wagonokuszetka, raz za razem łypiąc na niego okiem.     Elektrowóz zaświstał, wagonokuszetka prychnęła i tak, w rytm i do taktu wydawało im się, że będą sunąć obok siebie przez całe życie. Naiwni. Kto by się przejmował ich zaglądaniem sobie w szyby, zalotnym posapywaniem, mruczeniem takim samym od wieków, a jednak przecież innym. Ani dróżnik, ani zawiadowca, ani pasażerowie. Najmniej zaś obeszło to matkę. Po prostu, któregoś razu przesunęła odpowiednią wajchę i ... słodka wybranka jej syna wykoleiła się. Nawet nie jakoś spektakularnie. Cicho, bez jęku, lecz definitywnie.

Ci co w muzeum nie pozwolą żyć po swojemu następnym pokoleniom.

 

<< leć do Przypowieści