<< leć do Recenzji

 

Gwiazdy dla nielicznych 

 

 

 

                                                 „Boję się ludzi głoszących swoje racje w sposób                                     absolutnie nie podlegający dyskusji”

 (P.S. Król)

 

    Istnieje w pedagogice i psychologii taki pogląd, według którego im bardziej i dłużej dziecko jest chronione i rozpieszczane tym bardziej ma potrzebę unurzania się w błocie, wyłupienia oczu zwierzątku domowemu czy podstawienia nogi przypadkowemu przechodniowi. Sporo w tym racji i zdrowego rozsądku. Wyobraźmy sobie bowiem nas samych otoczonych permanentną chęcią zaspokajania naszych nawet najdzikszych zachcianek, zasypywanych bez przerwy pocałunkami albo wysłuchujących ciągłego szczebiotania jacy jesteśmy wspaniali. W pierwszej chwili wydaje się nam, że jest to wizja cudownej wymarzonej szczęśliwości. Nic z tego. Ja już wiem – zagłaskać można na śmierć. Taka już jest natura ludzka: sens swego człowieczeństwa realizuje poprzez gonienie króliczka, a nie złapanie go i zachowanie na wieki.

    Piotr Stanisław Król też dobrze o tym wie. Nie poucza nas, nie moralizuje i nie pragnie zbawić świata za wszelką cenę. Zabiera nas po prostu na swoje małe wysepki szczęśliwości, pokazuje jak w szarym świecie ludzie znajdują królicze nory oddechu od codziennej rutyny

i walki o przetrwanie. Ucieczki w muzykę, literaturę, malarstwo, marzenia. Ale nie tylko, także ucieczki do... innego człowieka. Bardzo poruszył mnie „Mały kącik literata”.

Może dlatego, że tyle w dzisiejszych czasach zawiści, podłości, krytykanctwa, intryg.

A przecież kontakt z innym człowiekiem, jak to zaznacza Autor, to nie zawsze przytulenie się do niego, ale niejednokrotnie długie i namiętne spory, kłótnie, dyskusje po świt,

z których bardzo często wyrasta coś co potrafi przetrwać lata – przyjaźń i dzieła mogące wnieść w nasz świat dużo dobrego.

    Innym obrazem, który silnie do mnie przemówił jest „Krzyś”. Poruszająca opowieść

o miłości... rujnującej życie. Tak, właśnie – rujnującej. Płaczemy nad oddaniem jakie prezentuje bohater, nad jego poświęceniem się, aż do samounicestwienia. Dla kogo,

albo czego? Dla idei. Marek wymyślił sobie ideę brata, a kiedy ten umarł nie potrafił niczym i nikim go zastąpić. Wielkość, bohaterstwo? Czyżby? Zraniona żona, odepchnięci przyjaciele, ból jaki zadawał całemu swemu otoczeniu. Jego wybór, można powiedzieć. No cóż , samobójstwo też jest wyborem. Tylko czy bohaterstwem? Mam wątpliwości.

Autor chyba też. Odnoszę  wrażenie, że obu nas łączy umiłowanie złotego Arystotelesowskiego środka. Wszelkie ekstrema wiodą na manowce. A takie przymioty jak poświęcenie, empatia, miłość i współczucie mogą niejednokrotnie zawieść dokładnie tam, gdzie ich zaprzeczenie. Wybory, przed którymi stawia nas życie nie zawsze są łatwe,

ale czasem warto zastanowić się co się dla czego poświęca. Tak jak ks. Jan Twardowski. Poszedł świadomie drogą, którą każdy z nas pewnie uznałby za trudniejszą, ale on swoją decyzją nikogo nie skrzywdził.

      Kolejnym fascynującym wątkiem w tej książce jest pokonywanie własnych słabości,

a nawet czynienie z nich atutu wspierającego geniusz. Ileż zawdzięczamy takim ludziom!

To oni, borykając się z własną ułomnością, szaleństwem dają światu najwięcej. Nie poddają się, bo to jest pójście na łatwiznę, dezercja. Podobnie jak Autor chętnie przeczytałbym wiersze, których Sylvia Plath nie zdążyła przenieść na papier. Też bowiem opowiadam się za życiem, nie za śmiercią.

    Na koniec chcę powiedzieć o tym, co mało kto docenia w dzisiejszej literaturze –

o niezwykłym ciepłym humorze Autora, przejawiającym się nie w zjadliwości,

ale w zgrabnych pointach, barwnym języku skojarzeń czy uwrażliwieniu na słowo,

z całym jego bagażem dwuznaczności i osadzeniem w kontekście innych słów, wywołującym ciąg oryginalnych skojarzeń. Forma i treść nie zgrzyta, ale tańczy argentyńskie tango, a czytelnik przez chwilę może poczuć woń pąsowej róży, trzymanej przez Autora w zębach.

   „Czy tędy na wyspy szczęśliwe...” to nie drogowskaz, ani, zaryzykuję stwierdzenie,

nie filozoficzne pytanie, lecz raczej nakreślony ręką Mistrza obraz, którym powtarza

za O. Wilde’m: „Wszyscy leżymy w rynsztoku, ale niektórzy z nas sięgają po gwiazdy”. Istotnie, nieliczni sięgają. Tacy jak Piotr Stanisław Król.

 

                                                                  Jan Siwmir

                                                                 www.jansiwmir.com

 

 

 

 

„Czy tędy na wyspy szczęśliwe... „   Piotr Stanisław Król  

Warszawa 2008

Wydawnictwo Komograf

115 stron

okładka miękka ze skrzydełkami

dostępna komograf@komograf.com

               pskrol@post.pl

wstęp – Andrzej Zaniewski

 

         

<< leć do Recenzji