To nie prawda, że ważne jest
tylko to, co autor napisał. Najlepsze są takie książki, gdzie równie ważne
jest to, co autor przemilczał, albo co pojawia się pomiędzy wersami.
Dlatego tak lubię powieści z tajemnicą, niedopowiedzeniami, w których do
swoich własnych prawd dochodzi się poprzez układanie informacyjnych
puzzli, wydzielanych przez autora w dawkach homeopatycznych, najczęściej
w najmniej oczekiwanych momentach.
Kazuo Ishiguro właśnie w taki
sposób opowiada historię Etsuko – japońskiej kobiety zmuszonej przez życie
do opuszczenia Japonii i osiedlenia się w Anglii. Równolegle przedstawia
też historię drugiej kobiety. Drugiej? A może pierwszej? Powieść, jak
nostalgiczny poemat, splata i rozplata wątek ich przyjaźni, dziwnej,
pokrętnej, wyłaniającej się z pamięci narratorki (Etsuko) jako coś, co
zaistniało naprawdę. Ale ta powieść nie jest obrazkiem wspomnień z
młodości. To studium umysłu działającego jak bomba zegarowa, która
uaktywnia się przez katalizator zwykłych zdarzeń. Umysłu, który spychając
do podświadomości wydarzenia stawiające bohaterkę w niekorzystnym świetle
funduje jej alternatywny, wirtualny świat. Tak działa mechanizm wyparcia,
racjonalizacji czy projekcji. Mądro brzmiące terminy ukrywają w sobie
bardzo prostą prawdę o zachowaniach ludzi.
Co dzieje się, kiedy wychodzi na jaw
czyjeś naganne zachowanie? Czy winowajca myśli
o sobie: tak, jestem draniem, podłym,
zakłamanym egoistą? Nic podobnego! Ktoś taki jest przekonany, że to świat
zawinił, wobec czego on musiał tak postąpić, lub stwarza sobie kogoś, kogo
może obarczyć swoim własnym zachowaniem. A najczęściej, po prostu, wypiera
ze swojej świadomości niekorzystne fakty, zapomina.
W kryminale chcę mieć wyjaśnioną
niemal każdą przesłankę, w powieści psychologicznej wręcz przeciwnie. Z
tego co napisał Ishiguro wysnułem więc własną opowieść
o bezwzględnej matce miotającej się
pomiędzy uwarunkowaną biologicznie miłością macierzyńską a chęcią ułożenia
sobie za wszelką cenę wygodnego życia. Po latach Etsuko znajdzie się w
bardzo niekorzystnej sytuacji. Jej córka popełnia samobójstwo. Tak bardzo
dokucza jej problem winy, że musi sama przed sobą usprawiedliwiać swoje
poczynania. Rozpaczliwie szuka dróg wyjścia z pułapki, którą sama swoim
postępowaniem skonstruowała, a jej wyobraźnia tka na tej kanwie własny
obraz.
„Pejzaż w kolorze sepii” jest
jednym, długim, mrocznym wierszem. Delikatnie namalowanym pędzlem mrozu na
spękanej, nadtłuczonej pięścią wojny szybie wspomnień. Po cienkiej,
wisielczej linie prowadzi nas poprzez pozory do przerażających wniosków.
Chłód, dystans i ceremonialność, żeby nie powiedzieć, sztuczność narracji
i dialogów sprawia, że przez długi czas nie orientujemy się jak bardzo
autor zakręcił naszą wyobraźnią. Kiedy to odkrywamy, jest już za późno –
siedzimy pośród śniegu na kawałku kry dryfującej w kierunku pełnego morza.
Przy tym, najbardziej upiorne w
tej opowieści są pozory normalności: zwykła rutyna dnia, banalne tematy
poruszane w dialogach, codzienne czynności wykonywane mechanicznie
i odruchowo. A wszystko to jakby
przychodzące z trudem, sztuczne i na siłę.
Dla mnie jednak ta powieść jest
czymś więcej. Jest jedną wielką alegorią stosunków międzyludzkich,
wpiętych w określone schematy, pustosłowie i fałsz. Każdy z nas bowiem
żyje we własnym wyobrażeniu swojej osoby i świata, a te nasze wyobrażenia
nie tylko się nie przenikają, ale nawet nie przystają do siebie. Czasami
bańka mydlana pęka i potłuczone ego człowieka próbuje pozbierać się,
wyleczyć czymkolwiek z obrażeń i jak najszybciej zbudować kolejny
substytut kokonu, najlepiej kolorowy i bez luster. Rzeczywistość
oddzielana jest hermetyczną szybą od złudzeń, które zdają się być o wiele
istotniejsze. Wszyscy poruszamy się jak somnambuliczne marionetki,
odgrywając przed innymi narzucone i oczekiwane role. A prawdziwy (czytaj:
urojony) świat jest w nas. Niektórzy zdają sobie z tego sprawę i w
proteście piszą książki.