<< leć do Varia

 

Poezja infradźwięków

 

  Coraz częściej słyszę, że wiersze nie muszą mieć logicznej spójności, sensu, ani pointy. Wystarczy kilka dobrych metafor i obraz wytworzony przez słowa, złożone z większym lub mniejszym skutkiem, broni się sam jako Poezja.

  Jest to bardzo dobra wiadomość dla Siwmira, ponieważ samo obrazowanie nie sprawia mi najmniejszych problemów.

  Zapraszam do lektury wszystkich zwolenników abstrakcjonizmu.

 

 

Część I

 

***

 

rój os rozdziewiczył moje palce

oplotłeś sobą ul

odganiając deszcz

pilnowałeś mojego oddechu

 

z żądła skapywał jad

gęsty i gorzki

jak słowo

skroplone z chmur

 

***        

 

klatką nakryłeś moje ja

położyłeś na zapadni

marchewkę

i koraliki

odłożony na chwilę nóż

zawisł w powietrzu

oczekiwaniem rozkoszy

 

***           

 

połamane skrzydła

jak słowa wyroczni

jedne kołem

inne jak zapałki

draska faluje w zagubieniu

potrzymaj przez chwilę

pióro w mojej dłoni

 

 

***        

 

bociany odlatują

za chmurę lęku

dzioby kładą długie cienie

wspinamy się po górze

pożegnania

 

 

***

 

wśród kryształów soli

szukam tego jednego

zasłoniętego

rzędami słodkich mundurków

klęcząc próbuję smakować jutro

 

***  

 

biegnę przez las

 

uciekam

przed narastającym grzmotem

 

burza przyszpiliła

liście łopianu na wzgórzu

 

teraz ucieka las

 

berek

 

***

 

zsypuję hałdę ziemi

do głębokiego dołu

 

opiera się na mnie

szpadel obietnic

 

nie czekaj na moja wiarę

nic z niej nie wyrośnie

 

 

***

 

piołun może być słodki

 

zawieszam go pośród

porwanych sieci

 

oplecione wokół domu

mają oczy

w których nie chcesz zamieszkać

 

***

 

siedzieliśmy na łące

ciesząc się niedomkniętym dniem

dotyk twoich palców

zapowiadał

poranną rosę

 

 

*** 

 

spletliśmy nasze ręce

 

wróg stał na przełęczy

obca artyleria

ostrzelała jabłoń

rodzącą motyle snów

 

brodzę w atramencie

 

***

 

ziemniaki ogórki i miód

a pod tym wilczy dół

 

nienawiści

 

nie patrz w kierunku świata

obejdźmy z daleka

cień nie zapłaconych pocałunków

 

***

 

dostał mi się do oka wiatr

próbuję na nim zbudować

ruchomy most

 

pszczelarzem

na rydwanie pszczół

przejechałeś przez niego

 

tkwiąc zadrą

 

***

 

splecione w huśtawkę dwa bukiety

kłujących jeżyn

 

rozdzieleni

zapomnieliśmy o podniebnych lotach

 

bez bujania

też widać niebo

 

 

***

 

jaskółce zrosły się skrzydła

ze starą topolą

 

otworzyłam przed nią rękę

 

widać było pęknięcie

pomiędzy łopotem skrzydeł

a nadzieją

minionych obłoków

 

 

***

 

skórka jabłka umyta rosą

błyszczy o zmroku

 

nad ranem

trawy zaszumią

szeptem obojętności

 

odlecą świerszcze

dym będzie słał się nisko

nad ogniskiem

 

 

***

 

kościste wargi zamku

wystrzeliły w górę

nasza podróż

skończyła się

dwoma słowami

które stały się początkiem

uwolnienia księżniczki

 

 

***

 

jaki może być

nektar z nenufara

spijany przez

pasikonika

skoro jeden i drugi

nie spotkają się nigdy

na naszym moście oddalenia

 

 

***

 

z chłodu strumienia się zrodziłam

 

ogrzewasz dłońmi

drogę księżyca

 

na ceracie kładziesz

polny kamień

jak graniczny słup

 

spiralą szliśmy do siebie

zrośnięci

deltą morza

 

 

***

 

namalowałeś mnie w kolorze szarej strugi

odtrąciłam kamienne ręce

 

wylane na ekran barwy lata

zastygły odmienione

usłysz jak puka motyl do twojego serca

 

wciśnij enter

 

 

***

 

dozbierałam malin

po brzegi twoich ust

kolorowa biedronka

udaje oczko w pierścionku

srebrzą się cyrkonie świetlików

zamiast twoich obietnic

 

 

 

 

"autoportret 1"

 

 

 

Część II

 

 

***

wodzę po skórze twojej dłoni

cisza gęstnieje

dźwięk czajnika spłoszył

pisklę naszego pożądania

idzie zima

 

***

pomarańczowy stół

zielone krzesło

kształty zapożyczone

nie tylko od kubistów

 

niedopasowani wieszcze

przyszłych ruin

 

nie chcę wierzyć

przepowiedniom zagłady

 

***

świat śliwką zamknął nas

w pestce słowa

robak potoczył ją

od ściany do ściany

niebo się kołysze

rozpadłe

na jedno my

 

*** 

w bukłaku nie ma już wody

spuchł wielbłąd

lecz nie z pożądania

 

odbieram piasek od słońca

zmęczoną ręką

 

tęsknię do bicia dzwonów

w minarecie

*** 

 

liście mięty wpycham do portfela

żeby nie spadły z łoskotem na podłogę

 

wielki saksofon połknął nutę

wyrosła skórzaną zieloną trąbą

bez gryfu i wyobraźni

 

ominę żelazne pułapki

idź za mną na melodię sprzed lat

 

***  

 

na chmurę kruków

rozpadłeś się po latach

 

jak nuklearny grzyb

osiadasz na ścianach i suficie

 

nie jesteś moim bogiem

 

bogów nie zbiera się do kubła na śmieci

 

***  

 

niski kontuar nie odgradza

rozpalonych twarzy

przez siatkę widać

że niesiesz ciężki dzień

podam ci klucz do innego pokoju

żebyś nie musiał wchodzić

na ostatnie piętro

 

***  

 

wystarczy jedną cegłę

usunąć z diabelskiego młyna

 

rozpadną się gwiazdki kalejdoskopu

rozsuną kolory tęczy

 

w twojej głowie

 

wyrasta mur

skażony siarką

 

***

 

wczoraj spotkałam mężczyznę

uchylił kapelusza

 

jak grypa uchyla drzwi

do swojej stajni

 

oczy pod kapeluszem

hipnotyzowały

 

szłam somnambulicznie

śniąc o niebie zmieszanym z miodem

 

choruję po nim do dziś

 

(psia kosteczka, ten ostatni wiersz jest chyba za dobry, czytaj "za logiczny" jak na infradźwięki - sorki, wypadek przy pracy)

 

 

"autoportret 2"

 

 

<< leć do Varia