<< leć do Varia

 

BLOG ŻEŃSKIEJ CZĘŚCI SIWMIRA

 

13.12.2011 - Za kulisami Horyzontów Wyobraźni

 

26.11.2011 - Ploteczki z wernisażu (Ukojenie)

 

26.07.2011 - Takie tam...

 

01.01.2011 - P. Państwo

29.11.2010 - Jak się człowiek zabierze za tematy zakazane, to nikt nie chce tego wydrukować :(

Skąd się bierze chuliganeria?

 

01.11.2010 - Pływanie w kisielu.

 

10.06.2010 - Jak Żwirek i Muchomorek... tfu... jak Ratusz i Art Bem mieszkańców zabawiają.

 

15.03.2010 - Paweł Lisicki wydał książkę zatytułowaną

"Przerwa w pracy".

 

01.01.2010 - Trzy pustorożce, lucyferowaty jednorożec, rasowa diablica i spanikowany futrzak przywitali Nowy Rok winem, śpiewem i pszczółkami.

 

15.12.2009 - Sobieraj vs Dehnel

 

28.11.2009 - Przeczytałam niedawno hurraoptymistyczną recenzję twórczości czołowego grafomana naszego kraju i zęby mi się wydłużyły jak u wampira na głodzie.   

czytaj dalej

 

20.10.2009 - Dostaliśmy taki list.

Pisownię i rozmieszczenie zachowałam oryginalne, wykropkowałam jedynie dokładny adres nadawcy.

 

 

 

 

 

SZ.PAN

Jan Siwmir

pisarz. Poezja, proza, publicystyka, bajki i przypowieści

.

Na początku tego listu chciałbym się przedstawić:

nazywam się Andrzej Migdałek i mieszkam na Górnym Śląsku.

Oo 16 lat zajmuje się kolekcjonowaniem autografów osób znanych,

lubianych oraz mających wpływ na życie polityczne, kulturalne,

religijne i artystyczne. Moja kolekcja liczy w tej chwili 8100

oryginalnych autografów. Zwracam się z uprzejmą prośbą w własnoręczny

autograf - o ile jest to możliwe - za który chciałbym to z

góry bardzo podziękować.

Z Wyrazami Głębokiego Szacunku

.

Andrzej Migdałek

......... Bytom

 

 Pogrzebałam w googlu i okazało się, że sprawa z autografami nie jest taka prosta. Jedni są zachwyceni, że ktoś ich o to prosi, inni bacznie przypatrują się każdemu listowi. Ale co może być podejrzanego w prośbie o autograf? Ano, podobno, może. Dobremu fałszerzowi przyda się do bardzo różnych celów, cwaniaczki ponoć sprzedają autografy na e-bay.

Na stronie C.Leigh Purtill można znaleźć taką rozmowę:

 

Dear Leigh,

I´m a writer of novels and live in Austria. May books are availabe in Germany and Austria, and today I got a mail from Andrzej Migdalek from Poland, who would like to have an autograph.
I´m definitely sure, I have no fans in Poland ... so please, stay careful

best wishes,
Andreas Gruber (Vienna, Austria)

 

 

dejiridoo said...

I just received an email from Andrzej Migdalek. I'm an aspiring author, so naturally I was flattered. Thanks to your blog I did not reply.

-Dejiridoo

dabeagle said...

I found your site looking up 'autograph scam'...I've been receiving similar requests - people who at least know my name but who never actually mention my work (I do cartoons for Playboy Magazine). I don't recognize the same names, though. Just got one from Imre Hargitai Jr., from Hungary. I don't have head shots (who wants a picture of a cartoonist?), but I do sell books of my work, signed, so in the beginning I wrote back suggesting that possibility. Or at least that they send a SASE. Never ever hear back. Now the writers seem to make a point that they're poor and house-bound and collecting signatures is the way they get through each miserable day. Another odd point is that these come in waves - a half dozen or so, and then none for a year, and now they're starting up again.
My sketches can fetch some bucks on ebay, but my face? And the signature I use on my cartoons is not my 'legal' signature, anyway.

 

 

 

Pan Andrzej pisał  jeszcze do Denisa Hayden:

 

To: ...@dennishayden.com Sent: Sunday, January 12, 2003 10:18 I collect autographs of people famous all over the world. I would like to have a poster signed by you. I have big reguest -if-it-is posible if you comd send to me your autograph post office on my domestic adress to Poland. Thank you in advance. Best regards. Migda³ek Andrzej This is my adress Andrzej Migdalek Bytom Poland.

 

 

Być może przypadek p. Andrzeja jest całkowicie niewinny, ale powiem szczerze, co innego jeśli o autograf poprosi fan, a co innego jeśli tylko kolekcjoner autografów, dla którego osoba autora jest wyłącznie punktem statystycznym w zbiorze. Nie żebym nie lubiła niektórych numerków (hehe), ale jakoś 8101 mi nie podpasował.

 

Moja odpowiedź była taka:

 

Witam!

Autografy wpisuję wyłącznie w swoich książkach.

Nie ma Pan jednak czego żałować, gdyż swój list zaadresował Pan do mnie zapewne przez pomyłkę - nie jestem znany, lubiany (hehe, wręcz przeciwnie), nie mam także wpływu na życie polityczne, kulturalne, religijne czy artystyczne. Gdybym miał, nie byłaby to taka nędza...

 

Pozdrawiam serdecznie,

Jan Siwmir

 

 

17.09.2009 - Wróciłam z Tunezji opalona, zadowolona i szczęśliwa. Nic nie było mi w stanie zepsuć humoru. Chociaż, oczywiście, jakby człowiek zdjął różowe, zachwycone fantastycznym klimatem, okulary, to pewnie co nieco znalazłoby się do opisania... (więcej)

 

11.09.2009 - Ale jaja. Pisałam już, że utopiłam aparat fotograficzny.

 A było to tak, zapisałam się w Tunezji na tzw. wycieczkę fakultatywną pt. Sahara. (Swoją drogą utopić coś na pustyni, to też sztuka). Wszystko było wspaniale, dopóki nie wlazłam do wodospadu w jednej z oaz, żeby zrobić zdjęcia skaczących do wody małolatów. Próba wejścia na kamienistą wysepkę pośrodku bajora skończyła się prawie śmiertelnie. Poleciałam łbem do tyłu i gruchnęłam o kamienie. Życie uratowała mi arafatka mocno na wyżej wymienionym łbie wyturbaniona. Jakaś przytomna kobieta podleciała i szybko złapała za mój aparat, wyciągnęła go, a potem kilku mężczyzn postawiło mnie na nogi. Błyskawicznie opróżniłam sprzęt z baterii i karty pamięci, co uratowało jedno i drugie. Miałam chyba lekki wstrząs mózgu, natomiast zniesmaczony kąpielą aparat ordynarnie zastrajkował i nie odezwał się do mnie ani obrazem aż do końca pobytu na wakacjach. Po powrocie zaniosłam go do naprawy. Dwa tygodnie myśleli, co z nim zrobić i  wymyślili : dostałam ekspertyzę, że jest bardzo uszkodzony i naprawa będzie kosztowała 1500 zł, co przewyższa koszt nowego sprzętu. Męska część Siwmira, wkuropatwiona indolencją tzw. fachowców, dokupiła baterię zasilającą podstawową pamięć i datę (za całe 4 zł.) i co się okazało? Aparat działa jak nowy.

Od dawna mam alergię na słowo fachowiec...

 

 

Ewa z Przemkiem zrobili mi zdjęcie, na którym wprawdzie słabo widać, że jestem przemoczona od stóp do głów, ale zdradza mnie trzymany w foliowej torebce aparat. Drugą torebkę  też miałam, w wiadomym celu, bo kierowca land rovera piracił na pustyni niczym Kubica, a ja mam upośledzony błędnik.

 

 

 

 

06.09.2009 - Urodziny, urodziny...

Agnieszka Zielkowska, która tak jak ja przyszła na świat 04 września, zaprosiła mnie na przyjęcie z tej okazji w Alternatywa Cafe. Połowa gości przyszła przebrana, druga połowa nie wiedziała, że ma być bal przebierańców, więc tylko oklaskiwała co ładniejsze kreacje. Było interesująco. Zwłaszcza dla mnie, bo utopiwszy swój aparat w tunezyjskim wodospadzie musiałam wypróbować nowy sprzęt. Rezultaty można obejrzeć klikając na poniższe zdjęcie zrobione przez Jurka Dołżyka.

 

 

 

 

 

 

 24.08.2009 - To była szybka akcja. Wyliczyłam, że czternastodniowy pobyt nad naszym wyziębionym morzem będzie kosztował około 1500 zł. Wobec czego z ciekawości zajrzałam do biura podróży i sprawdziłam ceny czegoś cieplejszego. Okazało się, że za tę cenę mogę pojechać na 2 tygodnie do Tunezji. I akurat przede mną jakaś dziewczyna też szukała możliwości pobytu w ciepłych krajach dla jednej osoby. Trzy krótkie pytania, dogadałyśmy się i tak oto wraz ze studentką prawa, Sonią, wylądowałam w miejscowości Hammamet, w Tunezji. Wybrałyśmy 3-gwiazdkowy hotel typu TRAF, ale miałyśmy farta, przez pierwszy tydzień urzędowałyśmy w hotelu posiadającym jedną gwiazdkę więcej i w dodatku z opcją all inclusive. Po tygodniu przenieśli nas do innego hotelu, co okazało się z korzyścią dla nas. Więcej zwiedziłyśmy, więcej przeżyłyśmy.

Właśnie, co do przeżyć. Sonia poznała w pierwszym hotelu barmana, który zaprosił ją, mnie i jeszcze trzy znajome babeczki na kolację do swojej matki. Wyszykowałyśmy się jak stado szczurów na otwarcie kanału: loki usztywnione morską wodą, chusty na łby (bo Ramadan), wyjściowe sukienki, biżuteria, perfumy. Facet przyszedł po nas do hotelu, przeprosił, że nie ma samochodu, zapakował nas do autobusu jadącego w przeciwną stronę niż mieliśmy jechać (jeszcze bilet za niego musiałyśmy zapłacić), wpakował nas do taksówki-busa, gdzie siedziało już kilku mężczyzn i pojechaliśmy. Miało być 7 kilometrów od Hammametu. Tymczasem po 10 minutach (jechaliśmy jakieś 80 km/h) nadal twierdził, że jeszcze zostało 5 kilometrów. A tu same pola i ugory, bez żadnej chałupy na horyzoncie.

Zaczęłam symulować chorobę lokomocyjną, dziewczyny w panice krzyczały, żeby zatrzymać busa. Wyskoczyłyśmy w popłochu, ja od razu złapałam się za ostry kamień, tak na wszelki wypadek, no i wszystkie chodu.

W ten sposób 5 durnych blondynek (mówię o kolorze mózgu nie włosów) znalazło się jakieś 12 kilometrów od Hammametu, w zapadłej głuszy, tuż przed zmierzchem. Żeby nie przyzwoity taksówkarz, który nas podwiózł, licho wie jak zakończyłaby się ta przygoda. W każdym razie kolacja z tubylcami nas ominęła. No i teraz nie wiadomo, czy żałować, czy się cieszyć, hehe.

Przed porwaniem

 

fot. Sonia

 

Po porwaniu, wraz z wybawcą.

 

fot. Sonia

 

 

 

 

 

14.07.2009 - Nie cierpię politycznej poprawności! Wyjechaliśmy z Żabłem na tzw. objazdówkę (nie mylić z tirówką) do Turcji. Trzy tysiące kilometrów w ciągu tygodnia! Można było kota dostać w autobusie. I co? Wszyscy do bólu kulturalni; proszę, dziękuje, przepraszam... Nikt nikomu nie przyłożył, ale i nikt z nikim nie miał ochoty dłużej rozmawiać. Większość zadowalała się własnym towarzystwem, poznając kraj przez szybę autobusu i obiektyw aparatu fotograficznego, a kompletnie ignorując ludzi, zarówno tubylczych jaki i rodaków. Doszło do tego, że jak kogoś zagadnęłam po raz kolejny, to następnym razem już uciekał ode mnie jak od zadżumionego stworzenia. No dobrze, nie twierdzę, że jestem normalna, ale jeść nożem i widelcem przecież potrafię:-) W końcu, nabawiwszy się nerwicy, prawie przestałam się odzywać, żeby mnie nie związano i nie zakneblowano. Albo, co gorsza, nie posądzono o niecne zamiary, morderstwo albo co...

Szczytem wszystkiego była zielona noc. Wysmarowałam kilkanaście klamek, a wszyscy udawali, że nic się nie stało, dyskretnie myjąc ręce i pozostawiając sprawę bez komentarza. Sami rozumiecie, że w tych okolicznościach nie było mowy o żadnych psich figlach typu oskubanie wielbłąda czy jakieś przebieranki. Pod koniec niby udało mi się namówić niektóre osoby do zachowań, hmmm, powiedzmy nieco frywolniejszych: jakieś przytapianie w basenie, albo jazda na barana. Ale to kropla w morzu potrzeb!

Chyba przysnęłam na chwilę i przez ten czas świat stał się bezpłciowy, nudny, szary, drętwy i ześlimaczały. Nic dziwnego, że moja imienniczka chciała wracać do Polski już po objazdówce, desperacko rezygnując z tygodnia pobytu. Brakowało jej ludzi, rozmów, zabawy. I, chociaż nigdy bym nie wyjechała przed czasem, to rozumiem ją bardzo dobrze.

Jedyna nadzieja w następnym pokoleniu. Mikołaj, ja Cię proszę, ratuj ludzkość jak tylko potrafisz !!!!

 

 

 

 

 

 

01.06.2009 - Moja druga połówka, studiując przez pewien czas farmację, opowiadała jak to podczas przerabiania parazytologii już na I roku wszyscy znajdowali u siebie objawy zarażenia obleńcami i innym dziadostwem. Ponoć ok. III roku zaczyna się prawdziwy Syndrom Studenta Akademii Medycznej, polegający na odczuwaniu wszystkich symptomów analizowanych na zajęciach chorób, od schizofrenii po AIDS. Co gorsza, taki student podświadomie doszukuje się tych objawów w swoim otoczeniu, a gorliwością w diagnozowaniu przewyższa częstotliwość transformatora. W mniejszym lub większym stopniu dotyczy takie zjawisko także psychologów, socjologów i pedagogów.

No i proszę, jak na zawołanie, napisała do mnie studentka III roku psychologii na UW (nazwisko miłosiernie przemilczę), która na podstawie mojej strony internetowej (sic!) usiłowała zrobić analizę charakteru Siwmira. Czytając ten pseudonaukowy bełkot miałam przednią, a momentami nawet tylną, zabawę. Wydawało mi się, że to wyłącznie potwierdzenie w/w syndromu. I nawet chciałam się twórczo włączyć w ten proces, dokładając nieco pieprzyku pewnym sformułowaniom i uzupełniając wiedzę z zakresu literatury przedmiotu tej niedorobionej pani psycholog, ale za pomocą paru hakerskich sztuczek udało mi się ustalić, że tak naprawdę dziewczę zostało nasłane przez jednego z wrogów. Doprawdy, czy oprócz posiadania parszywego charakteru moi wrogowie muszą być także tchórzliwi?? Chować się za fartuszkiem, dających się łatwo podpuścić infantylnych psiapsiółek? A fe...

 

 

 

 

17.01.2009 Mam taki cudny, działający na wyobraźnię portret (autorstwa Vroloka), że podkusiło mnie napisać do niego wiersz. Dla kontrastu miał być łagodny i może nawet z lekka erotyczny. Machnęłam coś w starym stylu, delikatnego, znaczy bez powszechnie obowiązujących wyrazów typu: ślina, sperma, upławy czy rzygowiny.

 

pierwszy raz

 

napisz dla mnie wiersz

o dziewczynce tulącej misia

za oknem zapal słońce

 

chociaż plaża odległa o kilka rozgadanych godzin w samochodzie

może zakręcić się w głowie od zapachu nocy

 

pod warunkiem że lubisz noc, plażę i szum

żywiołu którego nie da się okiełznać

 

płyniemy razem

miś trzyma w łapkach czerwoną kokardę

gdzieś krzyczą mewy

ty piszesz i piszesz

 

a spod twoich dłoni wysuwa się powoli

rozwiązana wstążka mojego dzieciństwa

sprawiając że staję się kobietą

 

Rozesłałam ten wiersz po ludziach. Zobaczcie co napisali, hehe.

 

Hmm skoro napisałaś, że ma ocenić młoda osoba, czyli pewnie do takich odbiorców ów wiersz trafi. Powiem tak, dla mnie to przesłanie jest ogólnie zrozumiałe, wiadomo pierwszy raz, przeistoczenie w kobietę, czerwona kokardka i chłopiec który "napisał", ale erotyk? Nie wiem :P może to głupie, ale skoro już piszesz o pierwszym razie, to może bez plaży, morza, piasku, bo to jest takie oklepane...ja wiem, ze w wierszu to jest jedynie w wyobraźni, więc może warto dodać gdzie rzeczywiście znajduje się "rozdziewiczana"? (jakaś obskurna piwnica i jej wzrok skierowany w górę na wielkiego pająka połączony z wysiłkiem wyobrażenia sobie że to słodki motylek) Poza tym, pierwszy raz to ból, niesmak, trzęsące się ręce, prezerwatywa, niewygoda i wstydliwa nagość, to razem daje erotycznie niezgrabną pierwszą intymną sytuację dwojga ludzi, szczególnie nagość- nie porównana do kwiatu róży, czy innego oklepanego symbolu piękna, ale dajmy na to nagość zestawiona z pozbawioną wełny owcą, której jest zimno. Mówiąc szczerze zaintrygowałaś mnie swoim wierszem, bo i ja jestem daleka od erotyzmu. Jedyne co mogę Ci podpowiedzieć, to to, że młodzież tego nie zrozumie, bo młodzież już nie jest romantyczna, młodzi ludzi teraz są tak obrzydliwie realni, że dla nich erotycznym symbolem jest prostytutka pod latarnią, kto wie, może poetycki opis jej striptizu byłby idealnym erotykiem? Ale mogę się mylić, trochę odstaję od swoich rówieśników, więc jak trafisz na normalną publikę to pewnie pierwsze miejsce murowane :)

 

                                                              Karolina Wnuk, l.19

 

Mój komentarz: Rany Boskie!!!!!!!!!! Wszystko rozumiem, ale żeby oskubana owca?!

 

***

Jeśli ma być szczerze, to będę szczera - zdarzało Ci się pisać lepsze wiersze. Ale ten jest okej. Jest... ładny. :) Wiadomo, o co chodzi i jest na ten temat w liryczny sposób.
Ładne. :)

 

 Vrolok, też młoda

 

Mój komentarz: Że nie rewelacja, to ja wiem... Na konkurs nie idzie:)

 

***

Ta Karolina to chyba jakaś zboczona?

Partnerstwo romantyczne polegające na dialogu. Słuchaniu tego co mówi do nas druga osoba. Rozmawianiu o wspólnych potrzebach i zaskakiwaniu się oryginalnością. No i przede wszystkim pozbyciu się lub ograniczeniu tego wszystkiego co nam przeszkadza w byciu romantycznym. Otworzyć się na bodźce mające wpływ na nasze zachowanie. Dla jednych jest to nocna plaża z gwieździstym niebem. Dla innych urocza knajpa w ciekawym stylu z ulubioną muzyką w tle, a potem chata z dalszym rozwojem sytuacji. Partnerstwo romantyczne potrzebuje piękna i mówienia o tym co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi. Wzajemne wspieranie się i docieranie. Odkrywanie siebie i partnera. Nabraniu dystansu do wad. Nikt nie jest doskonały, ale może być zakochany z wzajemnością. Wtedy można myśleć o przejściu między dziewczyną, a kobietą i między chłopcem, a mężczyzną. I oczywiście wzięcie odpowiedzialności za partnera z całym bagażem doświadczeń.

 

Mirek Mularski, rocznik 6(na)9

 

***

Dobra, złamałam się. Współczesna wersja (napisana, jak widać, wspólnie z Karoliną):

 

pierwszy raz

 

pierwszy raz
piwnica taka jak inne
fetor moczu i zapach po rozbitych ogórkach
pod kocem resztki szkła

mały pająk tka swoje pułapki
a chciałam żeby miał skrzydła motyla

trzęsę się jak pozbawiona futra
nieśmiała owca idąca na rzeź

potem opowiem córce jak bardzo
poobgryzałam paznokcie
żeby nie zwymiotować z bólu

 

***

Takie duże łóżko w domu, a Ty znów chcesz w piwnicy pająki oglądać??!

Męska Część Siwmira, wiek pomijamy

 

***

Ten drugi tekst to dziki seks, bez żadnych ograniczeń, na pograniczu zboczenia. No cóż, różnorodność sprawia, że nie jesteśmy nudni.

Przez to obrzydliwie wykręceni.

Mirek Mularski

 

***

ta naiwna w środku jest zbędna - samo zdanie o pająku ze skrzydłami motyla świadczy o naiwności

"miałam obgryzione paznokcie" to zbyt statyczny obraz i nie sugeruje że obgryzane były w trakcie

to co zmieniłam to dlatego, ze piszesz niby w 1 osobie a kruca czyta się to jak relacje osoby trzeciej, za mało osobistego w tym ;) widać ze nie taki był Twój 1 raz ;)

 

ATA, jeszcze młoda

 

Mój komentarz: Wszystkie uwagi słuszne. Już poprawiłam :-)

***

Haha! Ano, obrzydliwość. XD
Fajne. Trza przyznać, że nieco inaczej, niż zwykle. :D
Piwnica, pająki i smród uryny. Bomba po prostu.
Ja chyba jednak pozostanę sobie przy romantyzmie i poczekam, aż ewentualni rodzice wybędą, a chłopiec postawi przede mną kieliszek z czerwonym napojem, który dla lepszego efektu podkreśli nikłym, żółtawym blaskiem świecy.

 

Vrolok

 

***

Na resztę wypowiedzi czekam: siwmirzaste@wp.pl

 

 

 

 

 

 

10.01.2009 - Teraz będą zeznania, których w sądzie by nie dopuścili. Bo z drugiej ręki, a momentami nawet z trzeciej. Męska część Siwmira (czyli Żabeł), pojechała wczoraj do Piastowa na Turniej Jednego Wiersza. Od progu został złapany przez prowadzącego imprezę i przyparty do ściany z okrzykiem „Aaaa, to ty napisałeś tę recenzję Kariny?!!”

  Nogi się pod nim ugięły. Rozejrzał się spłoszony, ale że ratunku znikąd, to zaczął się bidak bronić. Wyłuszczył swoje poglądy na literaturę i na jej obecny zastój. Dołożył diagnozę – dlaczego tak się dzieje (ano właśnie min. przez pisanie recenzji typu: kolega-koledze krzywdy nie zrobi) i ocierając pot z czoła ucieszył się, że zdołał umknąć niechybnej śmierci. Skończyło się to III miejscem Siwmira w konkursie i dyskusją w bardzo miłym towarzystwie. Żabeł twierdzi, że właśnie tak powinny przebiegać spotkania literackie. Spory, różnice zdań, różnice gustów, polemiki i branie się za łby. A potem wspólnie na piwo...

Paweł Kubiak, pełniący honory pana domu w konfraternii też był tego zdania.

Z ugrzecznienia i lizusostwa nigdy nic dobrego nie powstało. Noooo, to ostrzę pióro :-)

 

 

 

 

 

 

04.01.2009 - Wypominacie mi, że dawno nie blogowałam. Ale o czym, na litość boską, mam pisać. Przecież każdy dzień przeżyty w Polsce, to wyłącznie kronika „skarg i wniosków”. Ciosy spadają ze wszystkich kierunków. Jak nie ze strony urzędników, czy usługodawców (kolejny dostawca Internetu – Aster -  usiłuje mnie obciążyć kosztami za usługi, których na oczy nie widziałam), to ze strony redaktorków różnej maści, dopisujących do moich tekstów różne porąbane rzeczy i podpisujących całość moim nazwiskiem. O czym jeszcze napiszę. Tymczasem czekałam aż zdarzy się coś miłego. Wernisaż Vroloka i Weroniki Bronowskiej (Demonki). Obie młode dziewczyny pokazały swoje prace w anińskiej bibliotece. I aż szkoda, że ich nie mogliście obejrzeć (znaczy i prac, i autorek). Full kolor, duże rozmiary, pięknie oświetlone. A autorki odpowiadały na każde pytanie. Czasami dziwne to były odpowiedzi, ale pytania  (głównie ze strony Siwmira) też do normalnych nie należały, hehe. Wernisaż połączony był z wieczorkiem poetyckim Pawła Łęczuka i Tomka Ososińskiego. Tego ostatniego nie było. Wyłgał się i wrobił w czytanie swoich wierszy Vroloka. A że Vrolok zrobił to pięknie, pewnie Tomek będzie ją wykorzystywał (hihi) za każdym razem...

 

 

więcej

 

 

 

 

 

09.11.2008 -  Szwagier jest żołnierzem i wyjechał na misję. Przysyła tylko zdjęcia. Nie wiem czy nie wolno im pisać, nie wiem czy mogę ujawnić gdzie jest, nie wiem czy jakieś zdjęcie stamtąd mogę opublikować. Szlag może człowieka trafić. Wszystko utajnione! Ale napisać piosenki nikt mi nie zabroni. I napiszę! A potem zamieszczę na You Tube! Żeby odczarować, żeby wrócił cały i zdrowy. Moja australijska przyjaciółka napisała pod utworem „Dezerter” :  „Gdyby wszyscy ludzie byli Dezerterami, nie byłoby wojen”. Święte słowa, Elu!!!

 

 

 

 

 

07.11.2008 - 90 rocznica odzyskania niepodległości.

Wszyscy mi zarzucają, że za mało patriotyczna jestem. No, ale jak tu bronić obszaru teoretycznie w centrum Europy, lecz mentalnie egzystującego w okolicach przedśredniowiecznych? Raz za razem mam możliwość porównania zasad współżycia społecznego w Polsce i za granicą.

Japoński koncern fotograficzny Canon wypuścił 3 lata temu aparat S1 IS. Okazało się, że ma on wadliwą matrycę. Firma wie jednak co oznacza słowo odpowiedzialność. Wymieniają sukcesywnie aparaty ze złą matrycą na najnowsze aparaty i to o wyższych parametrach (bo S1 IS nie jest już produkowany). Osobiście dostałam SX10 IS, z 20-krotnym zoomem! Będę sobie mogła jajkom do ptaszków zaglądać.

A w Polsce? Urzędniczka w ZUS-ie myli się w obliczeniach. A ja muszę nie tylko wpłacić sumę, o którą ona się pomyliła (co jest ze wszech miar zrozumiałe), ale także odsetki za cały rok. I jeszcze pannica drze na mnie pysk.

Tak, odpowiedzialność to cholernie trudne słowo. Zaginione w akcji. Dla Polaka mieści się gdzieś w nieokreślonej rzeczywistości, pomiędzy słowami frajer a szambo.

 

 

 

 

 

02.11.2008 – Mój przyjaciel, Mirek Mularski, w odpowiedzi na przesłany mu tekst wiersza, wygłosił słowo na niedzielę. Pozwólcie że przytoczę w całości:

 

Iwono!
Nie wiem czego uczą Ciebie na warsztatach literackich, ale musi być naprawdę stresująco, ponieważ co jakiś czas masz wątpliwości, czy przypadkiem nie grafomania.
Jak się wkurzę to przyjadę do Warszawy na wasze warsztaty i skopię dupę temu, który molestuje was pisarsko.
Wiersz mi się podoba i pewnie jak go oprawię muzycznie będzie można przedstawić go jeszcze paru osobom. Niech się wypowiadają. :)
Definicja grafomanii po mojemu:
Nie da się wszystkich zadowolić, dlatego zawsze znajdzie się ktoś, kto nie potrafiąc wyrazić konstruktywnej krytyki zbyje nas jednym słowem grafomania. I tylko od nas zależy, czy potrafimy zrozumieć jego intencje. Nie chodzi o to, żeby na naszą poezję wiwatowali, ale żeby został ślad w ich pamięci. Czy będzie negatywny, czy też pozytywny jest ważne, ale życie to emocje i nastrój jest zmienny, więc czasami potrzeba czasu, aby dojrzeć do niektórych tekstów. I jeszcze jedno, każdy z odbiorców jest niepowtarzalny i na różne bodźce się otwiera, właśnie to jest piękne.

Słowo na niedzielę wygłosił
Mirek, który serdecznie pozdrawia

 

 

Iwono!

Rekolekcji ciąg dalszy...

Chciałbym jeszcze dokończyć wątek.

Wkurzyłem się ostatnio jak Karolina powiedziała, że po konkursie 1 wiersza ktoś powiedział, że nie pisze się teraz o wojnie...
Moda na pisanie??? Ciekawe kto to wymyśla?

 

 I jak tu nie kochać takiego stworzenia?

 

 

 

 

 

 

01.11.2008 – to taka ładna data na rozpoczęcie czegoś nowego. Grzebiemy szczątki przeszłości a na ruinach już coś tam kiełkuje i domaga się uwagi. Mówiąc brutalnie chce żreć.

Zakładam wobec tego bloga. Jak wszyscy, to wszyscy, babcia też.

 Od razu podzielę się z wami radosną wiadomością: wczoraj przyszła na skargę 20 (!) w mojej nauczycielskiej karierze osoba, z pretensjami,

że jej trzyletnie dziecko po 5 zajęciach (tylko na tylu było) nauki języka w przedszkolu nie konwersuje z nią po angielsku. I w ogóle chyba nic się na tym angielskim nie dzieje, bo na takich tańcach, to widać że dziecko pracuje, dostaje bowiem kolorowe nalepki. W domyśle – ja też powinnam rozdawać gadżety i tresować dzieci metodą Pawłowa. A potomek tej kobiety, rzecz jasna genialny – przecież telewizor już potrafi włączyć. Tylko skąd, kruca, biorą się te dorosłe osobniki, co to przychodzą całe w pretensjach świadczących o niedorozwoju mózgowym? Chyba genialność zostaje im w dzieciństwie na poziomie włączonego telewizora.

 

 

Za to dziś otrzymałam uroczego maila od sekretarza pewnej redakcji. Ma pretensje, że odrzucony przez niego felieton wydrukowało inne pismo (rzekomo konkurencyjne). Mignęło mi coś o psach ogrodnika, ale się powstrzymałam.

Co u diabła ludzie widzą w konkurowaniu ze sobą?? Ja zdecydowanie wolę współpracować. Widać nienormalna jestem. No, ale jeśli ogół jest normą, to i chwała Bogu, że jestem nienormalna.

 

 

 

 

 

<< leć do Varia