ECHA "ŻABŁA TROJAŃSKIEGO"

  Rok temu, gdy wydawałem powieść, zaprosiłem do dyskusji na forum pewnej szkoły, tych co pracowali w Walii. Jak tylko ogłosiłem zamiar wydania książki, pojawił się komentarz rzekomo tam zatrudnionej dziewczyny wychwalającej jedną z  agencji pośrednictwa pracy. Przez kilka lat nikt tej agencji na forum nie pochwalił, aż tu nagle, hehe...

  Teraz, gdy planuję dodruk powieści, agencje pośrednictwa czują się tak zagrożone, że atakują coraz częściej. Ale cały czas w ten sam sposób. I to atakują nie tyle mnie, ile moją żonę, dla której poezja i teksty piosenek to antidotum na nieuleczalną chorobę. Takie są właśnie brudne metody tych, co poszukują taniej siły roboczej w Polsce, zdanie po zdaniu odsłaniane w mojej powieści. Im po prostu nie pozostaje już nic innego – mogą wyłącznie podszywać się pod swoich pracowników i obrzucać błotem, na zasadzie, że jak sprawnie rzucą, to może chociaż trochę gówna się przylepi.

  Pamiętajcie – jeśli wyjedziecie do Llanelli z agencją, nie będą bezpieczne nawet Wasze rodziny, o Was samych nie wspominając. Świadczą o tym procesy sądowe w jakie od lat agencje są uwikłane.

  Wcale nie dziwię się, że w Llanelli powstała organizacja mająca za cel przepędzenie z miasta Polaków. Sprowadzani przez pośredników ziomkowie –znajomkowie, zagrożeni przeróżnymi wyrokami, nie są na pewno dobrą wizytówką Polski. No, ale oni faktycznie mogą murem stać za pracodawcami i nawet ich chwalić. W to mogę uwierzyć...

  Więcej w... niedługo wznowionej raz jeszcze powieści „Żabeł trojański”, która jest częścią „Krwawych utworów zebranych” Jana Siwmira.

 

  A poniżej garść wiadomości związanych z pracą w Walii:

 

 

Kolejny sposób na oszukanie Polaków. W Walii

 

Brytyjski dziennik, The Guardian, 13 grudnia poinformował o tym, jak emigranci z Polski pracujący w przetwórni, zaopatrującej sklepy Marks&Spencer, są wykorzystywani w przez właściciela placówki i agencję pośrednictwa pracy.

Raport, opublikowany przez związek zawodowy Unite, pokazał, że polscy pracownicy przetwórni mięsa w południowej Walii, zaopatrującej M&S, zatrudniani są na tak zwanych ''zero-godzinowych'' kontraktach, które nie gwarantują czasu pracy. W nocy 12 grudnia, M&S ogłosił, że podjął kroki mające na celu wyjaśnienie sytuacji.

W raporcie, który skoncentrował się na przetwórni Dawn Pac w pobliżu miasta Llanelli, podano, że pracownicy, zatrudniani prze lokalną agencję, skarżyli się, że przetwórnia odwoływała zmiany bez wcześniejszego powiadomienia. Pracownicy dowiadywali się, że nie są potrzebni, dopiero w fabryce, a utrudniona komunikacja powodowała, że często musieli wracać do domów kilkanaście kilometrów pieszo. Niektórym kazano iść do domu po godzinie czy dwóch pracy, informując ich, że nie są tego dnia potrzebni. Na dodatek ci, którcy zrezygnowali z transportu i mieszkania "oferowanych" przez zatrudniającą ich agencję pośrednictwa CSA Recruitment, dowiadywali się, że godziny ich pracy uległy nagle skróceniu. Pracownicy zarabiali 5.52 funta na
godzinę, a za przejazd agencyjnym minibusem płacili 7 funtów dziennie.

Jeff Hopkins, przewodniczący stowarzyszenia polsko-walijskiego w Llanelli powiedział, że kiedy to chcąc zaoszczędzić, Polacy zatrudnieni przez CSA Recruitment, przestawali korzystać z całego oferowanego im pakietu, stawali się oni "mniej wydajnymi ekonomicznie jednostkami... więc firma obcinała im wtedy godziny."

Jak twierdzi związek zawodowy Unite, CSA Recruitment pobierała 250 funtów od przetwórni za każdego sprowadzonego to Wielkiej Brytanii Polaka. "Zero-godzinowe" umowy podpisywali dopiero na miejscu, po 36-godzinnej podróży autokarem z Polski. Marks&Spencer (M&S), uważany w jest Wielkiej Brytanii za najbardziej etycznego detalistę.

Wiadomości 24.pl         

 

 

Anglia, dobre miejsce dla naiwnych

Poniedziałek, 24 października 2005r.

Sytuacją Polaków wysyłanych do pracy w Wielkiej Brytanii zainteresował się Parlament Europejski

Pan Dominik w walijskim Llanelli jest od kwietnia tego roku. Jak wielu innych, przyjechał tu do pracy. Trafił do piekła.
Dwudziestosześcioletni wrocławian informację o legalnej pracy w Wielkiej Brytanii znalazł w internecie. Od roku był bezrobotny, namówił więc kolegę i razem w kwietniu tego roku pojechali do Kutna, do siedziby firmy Lider, która pośredniczy w wysyłaniu Polaków do pracy za granicę. W piątek przed wyjazdem dowiedział się, że robota będzie legalna. Pracodawca zapewnia mieszkanie, które trzeba będzie cokolwiek odświeżyć. W sobotę siedział już w busie do Walii. Razem z nim do pracy jechało 18 osób. Wszystkie wpłaciły na konto firmy Lider po 650 zł.
– Jechaliśmy 30 godzin. W Lanelli przyjechaliśmy do siedziby CSA Recruitment Agency. Tutaj dostaliśmy kontrakty do podpisania, po angielsku i szczerze przyznam, że nie mam pojęcia, co było w tej umowie. Z tego co wiem, teraz Polacy dostają papiery przygotowane po polsku, ale zrzekają się w nich np. prawa do wynagrodzenia za nadgodziny – opowiada pan Dominik (nazwisko ze względu na rodzinę zastrzeżone do wiadomości redakcji).
CSA Recruitment Agency skierowało go do pracy w przetwórni mięsa. Kontrakt gwarantował 48-godzinny tydzień pracy. Do końca września pracował na hali, przy obróbce tusz, bywało, że po 16 godzin na dobę, czasem również w weekendy. Dwutygodniowa pensja nie dochodziła nawet do 450 funtów, a z wypłaty potrącano mu 70 funtów za miejsce w dwuosobowym pokoju (zastał tam wojskowe łóżko, w domu, w którym oprócz niego mieszka jeszcze 10 osób, jest też kuchnia i łazienka) i 50 funtów za transport.
– We wrześniu okazało się, że na moim wydziale zmniejszają produkcję, bo skończył się sezon na grillowanie. Przez ostatnie dwa tygodnie pracowałem tylko w soboty i niedziele i nie zarobiłem nawet na opłaty – opowiada pan Dominik.
Zaczęło się rok temu
Rodakom zatrudnionym w walijskim Llanelli i Swansea pomaga Halina Ashley, Polka mieszkająca od lat na wyspie i pracująca w Social Rente Price w Llanelli.
– Wszystko zaczęło się ponad rok temu. W okolicach Swansea zaczęło przybywać Polaków. Nie znali języka, nie mieli pojęcia, jakie są ich prawa jako legalnych pracowników. Nie wiedzieli nawet, jaka jest płaca minimalna w Wielkiej Brytanii. W ostatnią sobotę lokalna gazeta w Swansea opisała historię dwóch Polek, które zostały wyrzucone na ulicę bez środków do życia, bez pomocy. To jest tak, jakbyśmy cofnęli się do XIX wieku! – denerwuje się pani Halina.
Sprawą łamania praw pracowniczych Polaków próbowano zainteresować już rok temu walijskiego deputowanego do Izby Gmin, ale bez efektu. Dopiero po ostatnich wyborach, kiedy nową deputowaną została Nia Griffit, sprawa nabrała przyspieszenia. To ona interweniowała u brytyjskiej eurodeputowanej Eluned Morgan, a ta zainteresowała sprawą polskiego europosła Józefa Piniora. Razem już 12 października tego roku, podczas obrad Parlamentu Europejskiego zgłosili dwa pytania do Komisji Europejskiej. Pierwsze dotyczy zobowiązania pracodawców zatrudniających pracowników z Europy Wschodniej do przedstawiania kontraktów ze sprecyzowaną liczbą godzin i przestrzeganiem płacy minimalnej (czego nie gwarantują obecnie proponowane kontrakty).
Drugie pytanie dotyczyło ujednolicenia przepisów odnośnie podstawowej ochrony socjalnej i zagwarantowania, np. 24 godzin na zapoznanie się z treścią kontraktu.
Sprawą zajmują się też brytyjskie związki zawodowe The Transport and General Workers Union, które chcą takiej zmiany prawa unijnego, aby chroniło ono pokrzywdzonych pracowników.
To nie nasza wina
Po wykręceniu walijskiego numeru CSA Recruitment w słuchawce odzywa się automatyczna sekretarka. Najpierw po angielsku, potem... w najczystszej polszczyźnie. „Jeśli chcesz rozmawiać z Tomkiem, wciśnij jeden, jeśli chcesz rozmawiać z Justyną, wciśnij dwa”.
Wybieram Justynę. Wyjaśniam, w jakiej sprawie dzwonię. Słucha spokojnie. Gdy wspominam o pośredniku z Kutna – nagle wybucha: – Ja na temat tego pana nie mogę się wypowiadać. W przyszłym tygodniu wraca szef, proszę rozmawiać z szefem.
– Czyli ten problem jest państwu znany? – To nie nasza wina, że pośrednik oszukuje ludzi. Podaje informacje rozbieżne z rzeczywistością, a potem to się odbija na dobrym imieniu naszej firmy. Ale ja nie mogę na ten temat mówić. Proszę zadzwonić, kiedy wróci szef.
Jak nam powiedział pan Dominik, tydzień temu do Llanelli przyjechała kolejna kilkudziesięcioosobowa grupa Polaków. Tym razem między innymi z okolic Przemyśla. Firmie Lider zapłacili już po 1500 zł za pośrednictwo. Pracy nie mają. Rozlokowano ich po domach, w których mieszkają inni Polacy i w suterenach. – Jeśli dostaną w końcu robotę, to wyjdzie na to, że pracują za darmo. Odliczą im za mieszkanie, za transport. Na życie i dla rodzin w Polsce nie zostanie nic – mówi z goryczą w głosie pan Dominik.
Gorzkie truskawki
We wtorek skontaktowała się ze mną Magdalena Bojanowska z Bydgoszczy. Tydzień temu jej mama Ewa przyjechała do szkockiego miasteczka Arbrouth.
– Ogłoszenie firmy Lider było w naszej prasie. Praca w Szkocji miała być legalna, warunki dobre. Razem z mamą w jednym busie wyjechało 15 osób. Wszyscy wpłacili po 650 zł na konto firmy Lider. Już na miejscu musieli zapłacić kierowcy po 800 zł. Pojawił się też menedżer, Polak, który od każdego wziął po 115 funtów. Te dobre warunki bytowe to baraki na farmie, bez ogrzewania, bez prądu i wody. Ludzie mieli pracować po 5,30 funta za godzinę. Okazuje się, że pracują nielegalnie, na akord. Płaci im się za czterokilogramową skrzynkę truskawek od 1,5 do 1,7 funta.
Menedżer, z którym próbowali się skontaktować, wyłączył telefon – opowiada zdenerwowana Magda Bojanowska. W sobotę do firmy Lider do Kutna zadzwonił jej ojciec. Powiedział, że szuka pracy w Wielkiej Brytanii, a wie, że oni załatwiają legalną. Pracownica biura przedstawiła mu bardzo przyzwoitą ofertę.
– Kiedy tato powiedział jej, że kłamie, bo od tygodnia jest tam jego żona i warunki są zupełnie inne, zaczęła na niego krzyczeć i rozłączyła się – mówi córka Ewy Bojanowskiej.
Pani Magda zdążyła już interweniować w Ministerstwie Gospodarki i Pracy, skąd odesłano ją do Skierniewic, do referatu Kontroli Legalności Zatrudnienia przy delegaturze WUP. Tam dowiedziała się, że w firmie Lider była rok temu kontrola.
– Przeprowadziliśmy ją w związku z licznymi sygnałami prasowymi i niepokojącymi informacjami – wyjaśnia Jerzy Strączyński, kierownik referatu. – Mamy ustalenia, które przesłaliśmy do dalszej analizy policji i do sądu.
Sprawa w sądzie
Przed sądem w Kutnie toczy się sprawa przeciwko właścicielowi firmy Lider, Tomaszowi K. Akt oskarżenia to wynik zgłoszeń kilkudziesięciu osób, które twierdzą, że zostały oszukane.
– Zapłaciłam 1850 zł za koszty podróży i gwarancję pracy – opowiada jedna z mieszkanek Kutna. – Dodatkowe 400 funtów poszło na tzw. opłaty manipulacyjne i kurs języka angielskiego. Na miejscu okazało się, że nie ma ani pracy, ani kwatery. Tam, gdzie pojechałam, byli Polacy, którzy skorzystali z usług tej firmy i dostali pracę w... prosektorium. Wszyscy zrezygnowali. Gdy zwróciliśmy się do pośrednika, powiedział, że on nie jest za to odpowiedzialny, bo umowy zostały już podpisane. Poczuliśmy się oszukani, a część osób zgłosiła to na policję.
– Nie zgadzam się z opiniami, które posądzają nas o nieuczciwe traktowanie klientów – zapewnia Tomasz K. – Mamy certyfikat ministerstwa na prowadzenie działalności, a liczba osób wysłanych przez nas za granicę pokazuje, że działamy zgodnie z prawem. Moja firma zajmuje się głównie znajdowaniem pracy za granicą i zorganizowaniem zakwaterowania.
To za te usługi Lider pobiera od poszukujących pracy 650 zł. I jak przyznaje Tomasz K., jego firma w ciągu dwóch lat wysłała do Wielkiej Brytanii około tysiąca osób z całego kraju. To tzw. najtrudniejsze przypadki – osoby w średnim wieku, nieznające angielskiego. – Z tej dużej grupy znajdzie się zawsze część niezadowolonych, którym nie podoba się ciężka praca lub warunki mieszkaniowe. My jednak na początku zawsze informujemy, jakie są warunki zatrudnienia – podkreśla Tomasz K.
Mimo prowadzonego właśnie postępowania sądowego jego firma ma prawo działać bez żadnych ograniczeń. – Tylko prawomocny wyrok sądu może spowodować cofnięcie certyfikatu – przyznaje Ewa Flaszyńska, naczelnik wydziału instytucji rynku pracy w Ministerstwie Gospodarki i Pracy. – Takie zezwolenie na zagraniczne pośrednictwo jest bowiem wydawane na czas nieokreślony – dodaje.

O ochronę miejsc pracy
Ponad dwustu pracowników belgijskich zakładów spożywczych Struik Foods rozpoczęło w czwartek bezterminowy strajk. Protestują przeciw nielegalnemu – ich zdaniem – zastępowaniu pracowników belgijskich przez Polaków. Konflikt rozpoczął się 3 października, kiedy dyrekcja firmy w Schoten (na północy Belgii), ogłosiła tymczasowe zatrudnienie 10 Polaków. Zbiegło się to w czasie ze zwolnieniem pięciu Belgów, którzy mieli stałe kontrakty. Socjalistyczny związek FGTB jest zdania, że Polacy zostali zatrudnieni nielegalnie i dlatego zorganizował strajk. Podkreśla jednocześnie, że „nie chodzi o kwestię obywatelstwa, ale o ochronę miejsc pracy pracowników ze stałymi kontraktami”. Dyrekcja firmy przyznaje, że zatrudniła Polaków, bo są tańsi. Do zakładu trafili za pośrednictwem holenderskiej agencji.
Belgijski minister pracy Peter Vanvelthoven powiedział, że jeśli w zakładach Struik Foods dochodzi do łamania prawa, sytuacja zasługuje na najwyższe potępienie. Zaznaczył, że samo zwalnianie pracowników i zastępowanie ich innymi nie jest nielegalne, o ile przestrzega się przepisów o zatrudnianiu obcokrajowców i pracowników tymczasowych oraz o minimalnym wynagrodzeniu. Sprawą zajmie się belgijska inspekcja pracy. Wczoraj zaś polscy robotnicy zostali zwolnieni. (PAP)

Katarzyna Kaczorowska wsp. Katarzyna Tuzin

"Nasze Miasto"

 

 

leć do WROGOWIE