czyli wesoła a inteligentna rozmowa nie tylko o literaturze między
Janem Siwmirem i Tomaszem Sobierajem
okraszona facecjami tudzież jadem
gadziny podłej i urodziwej
anarchopterokustem
albo dwudupcem
nizinnym
zwanej
Dwaj panowie S cz.1 Krytycy
Tomasz Sobieraj – Dlaczego Jan Siwmir? Od
tego pytania z reguły zaczynają wszyscy. Wyjaśnijmy więc, żeby nam nad
głową nie wisiało.
Jan Siwmir – Jesteśmy duetem, zarówno w
życiu jak i w twórczości. Piszemy wspólnie, czy się to komuś podoba czy
nie. Łatwiej jest posługiwać się pseudonimem niż dwoma nazwiskami. Wielu
mądrali uważa, że twórczość literacka jest przejawem indywidualnej pracy
człowieka. Twierdzą, że potrafią rozpoznać, który kawałek został napisany
przez męską, a który przez żeńską część Siwmira. Akurat! Trafiają jak kulą
w płot. Sami po pewnym czasie nie wiemy co jest czyje. A dlaczego Jan
Siwmir? Skrót od imion i nazwisk. Krótkie, co ma znaczenie przy
autografach, nie ma problemu ze znalezieniem nas w wyszukiwarce
internetowej, pozwala na szybkie zorientowanie się, kto zajrzał na naszą
stronę, gdzie wszystko jest wytłumaczone, a kto tylko ściemnia. Zabójczo
też brzmi kiedy anonsowany na konkursach jest Jan Siwmir, a wychodzi
kobieta. I w dodatku dedykuje swój wiersz mężowi. To taki sprawdzian –
potrafisz zaakceptować czyjąś odmienność, czyjś sposób na życie? Czy będziesz próbował przekonać cały
świat, że wiersz jest zły albo należy Siwmira zdyskwalifikować. Za
cokolwiek. Wielu ludzi sobie nie radzi z wyjściem poza schemat. O czym pewnie jeszcze zdążymy
porozmawiać nie tylko przy tej okazji. A skoro jesteśmy przy nazwiskach.
Pewnie już Ci się znudziło odpowiadać, dlaczego tylko sobie mościsz raj?
Tomasz Sobieraj – Akurat o to nikt się nie
pytał. I dobrze, bo trudno tak od razu udzielić błyskotliwej odpowiedzi, a
jeszcze trudniej udzielić wielu odpowiedzi jednakowo błyskotliwych na
jedno pytanie. One, niestety, zazwyczaj przychodzą do głowy poniewczasie,
wbrew temu co widać na filmach i w programach typu „szoł”, których
bohaterowie zaskakują wyuczonym dowcipem i elokwencją – a to może wpędzić
w kompleksy prawdziwych a nieśmiałych szermierzy słowa. W każdym razie ja
też jestem w komfortowej, chociaż całkowicie odmiennej sytuacji niż Jan
Siwmir. W moim przypadku pierwiastek męski jang i żeński jin siedzą
wygodnie w jednym, urodziwym ciele, na zmianę to walcząc ze sobą to
ulegając erotycznej namiętności, co prowadzi do niezwykłej różnorodności
poczynań artystycznych. Moja twórczość jest więc zrodzona ze sprzeczności,
ale, jak powiedział o sobie Gombrowicz (czy też Sandauer o Gombrowiczu),
„sprzeczności są cechą geniuszu”. Skromność nie pozwala mi polemizować z
takimi autorytetami, więc noszę brzemię z godnością, spokojnie przyjmując
wyrazy uwielbienia zarówno od mężczyzn, jak i od kobiet. Wspomniałeś
jednak o powszechnym poglądzie, że twórczość literacka jest indywidualnym
dziełem człowieka – jednostki. Jak rozumiem, nie zgadzasz się z tym i
przeprowadzasz dowód przeciwny w postaci własnej twórczości. I
rzeczywiście, w czasie lektury chociażby Żabła Trojańskiego nie
miałem pewności, kto z waszej dwójki jest autorem poszczególnych
fragmentów.
To w ogóle nie było istotne. Jednak
wasz przypadek – gdy jeden duch osiadł w dwóch ciałach i sprawił, że w
postaci Żabła objawiła się niezwykła książka, łącząca powieść
obyczajową, społeczną satyrę, ironiczny felieton, błyskotliwy komentarz i
kryminał – należy uznać za wyjątkowy. Ta udana synteza gatunków oraz
pierwiastków męskich i żeńskich sprawiła, że czyta się powieść za „jednym
zamachem”, bez znużenia. Jest ona niewątpliwie objawem może nie czystej
osobniczej indywidualności, bo jednak autorów jest dwoje, ale na pewno ich
sumy, oraz oryginalności i – co prawie już niespotykane – porządnego,
literackiego warsztatu. Jednak z punktu widzenia statystyki, rację mają
„mądrale” – dzieło tworzy indywiduum, jakby powiedział Witkacy. Szkoda
tylko, że w swej literackiej erudycji, głębokiej mądrości i umysłowej
otwartości, wspomniani wyżej mądrale nie dostrzegają dzieł rzeczywiście
indywidualnych, zajmując się z upodobaniem epigonami epigonów, czyli
literackimi odpadkami. Cóż, jest to zapewne kwestia smaku. Ja wolę świeże
dania, nawet proste, niż resztki ze śmietnika, choćby najbardziej
wykwintne. Ogólnie jednak jest tak,
że ludzie w większości wolą znane
resztki niż nieznane delikatesy. Jak wspomniałeś, trudno jest wyjść poza
szablon, często jest to niemożliwe, bo zdobyć się na to mogą tylko wolni:
odważni i nieograniczeni, a tych jest niewielu. Reszta, podobnie jak
inżynier Mamoń z Rejsu, czyli klasyczny polski ćwierćinteligent,
lubi to, co już zna, co pasuje do jego prostej, uporządkowanej wizji, jest
swojskie. Dlatego w naszej współczesnej literaturze jest taki zalew
wtórności, nudy, tandety, a w tak zwanej awangardzie dodatkowo jeszcze
wulgarności, nieuctwa i nieporadności. Słowem – grafomanii. Ale właśnie to
się sprzedaje, jest medialne, nie wymaga wysiłku zarówno od czytelnika,
jak i od wydawcy. Jednak
w literaturze jest jak w przyrodzie:
szlachetne kamienie tkwią w jałowej skale, pośród traw wyrastają drzewa.
Więc każdy znajdzie coś dla siebie: jeden jałową skałę i trawę
z chwastami, drugi – diament i cień
dębu.
Jan Siwmir – Poruszyłeś temat, przy
którym orczyk staje na sztorc w mojej dłoni. Grafomania.
Co to takiego jest i czemu, u diabła,
wszyscy wszystkich obrzucają tym epitetem?
Ja uważam, że na każdy rodzaj
literatury znajdzie się odbiorca i każdy może pisać jak chce (i jak umie),
a skoro inni chcą go czytać, to jest to idealny, wręcz partnerski układ.
Może niejednokrotnie przypominający
związek sado-maso, ale nie ukrywajmy, najlepsze są takie związki, w
których partnerzy się uzupełniają, hehe. Inna sprawa czy pewnego rodzaju
literatura powinna być promowana, z naciskiem podstawiana pod nos
czytelnika jako przykład wielkiego geniuszu i (w domyśle) ustawiana jako
podręcznik czy też wzór do naśladowania. Litości, ja nie chcę czytać tego
co spłodziła np. Masłowska czy Świetlicki
a co dopiero pisać jak oni! Zasnąłbym z
nudów już po pierwszym zdaniu. Mam wrażenie,
że wszelkiej maści krytycy albo mają
uprane na sucho mózgi w szkołach, które kończyli, albo z zazdrości, że
sami nie potrafią ciekawie pisać ukręcają bicz na konkurencję. Stworzenie
takiej literatury, która wsysa czytelnika powoli przez dziurkę od klucza,
zamyka za nim drzwi i nie pozwala wyjść łatwe nie jest. A na naszej scenie
literackiej wszystkie grzędy obsiadły kurki-niedomaturki i nud-miernoty.
Może i oni piszą według jakiegoś wzorca, ale przypomina to sytuację w
pierwszym lepszym urzędzie. Rasowa blondynka (mówię o kolorze mózgu, nie
włosów), przyuczona do jednego rodzaju druczka, przykłada szablon do
podania i jeśli nasz przypadek wystaje za szablon, to ona już tego nie
rozumie
i każe poprawiać. Takie umoszczenie się
na wygodnych redaktorskich i recenzenckich stołkach daje niewątpliwie duże
profity, ale jak wpływa na ogólny obraz literatury?
Z jednej strony silnie promowane,
wykręcające na wierzch flaki dziadostwo, z drugiej zalew harlequinów. Z
dwojga złego, jak Boga kocham, wolę harlequiny. Że też żadne wydawnictwo
nie chce postawić na coś co choćby odrobinę przypominałoby książki
Chmielewskiej. Nie tylko rozrywka, ale mądre refleksje o otaczającym nas
życiu. Wychowałem się na takich książkach, dlatego teraz żal dupę ściska,
że nie ma na rynku nikogo, kto by o rzeczach ważnych, o zmieniającym się
otoczeniu i kategoriach moralnych pisał z humorem i niejako przy okazji
rozgrywania się wartkiej akcji. Uważam, że to najwyższa sztuka pisać tak,
aby wartości były odbierane przez czytelnika podprogowo. Smęcić i pitolić
potrafi byle menelik po paru piwach.
Tomasz Sobieraj – Jak powiedział klasyk –
bodajże Jan Sztaudynger – „krytyk i eunuch z jednej są parafii – obaj
wiedzą jak, lecz żaden nie potrafi”. Ale to było w dawnych, dobrych
czasach, gdy krytycy kończyli dzienne studia i czytali książki.
Współcześnie jest gorzej: krytyk już nie czyta książek, rzadko ma maturę,
studia – nawet zaoczne i na prywatnej uczelni – są raczej poza zasięgiem
jego intelektualnych możliwości. Do tego najczęściej to gówniarz i autor
trzeciorzędnych kurzromanów lub wierszydeł. Czytać nie musi, bo wydawca
lub zaprzyjaźniony autor dają mu gotowe recenzje lub wytyczne do nich,
wraz z finansową nawiązką lub półlitrówką. A jeśli już coś przeczyta, to
bez zrozumienia, jak na niedouka przystało. Owszem, zdarzają się krytycy,
których można zaliczyć do znawców, ci jednak raczej należą do starszego
pokolenia, i przytłoczeni ciężarem autorytetów, którymi się zajmują, nie
dostrzegają talentów innych niż uznane i wyniesione na piedestał. Zresztą
oni też często nie mają aparatu pojęciowego, spójnego i logicznego, do
tego powielają poglądy wcześniej już ustalone; tak np. jest z
Gombrowiczem, którego pewnie mało kto czytał, a wszyscy się nim zachwycają, bo taki
kierunek myślenia nadał sam Gombrowicz, Kot-Jeleński, Giedroyć a nawet
Sandauer. Jedyna poważna praca dotycząca autora Ferdydurke to książka Tadeusza Kępińskiego, którą
niewielu zna, i artykuły Sandauera, nie zawsze zresztą pochlebne. A
Gombrowicz, mistrz autokreacji, kawalarz i kabotyn, ignorant i autor dwóch
świetnych rzeczy – Ferdydurke i Dziennika, śmieje się w
kułak z czołobitności klęczącej przed nim krytyki, która nie jest w stanie
odpowiedzieć na jego fundamentalne pytanie, dlaczego wielkim był. O
krytyce można gadać godzinami i nabijać się z niej, bowiem historia
literatury to też historia pomyłek krytyki i wynoszenia przez nią
tymczasowych, nadmuchanych jak jarmarczno-odpustowe balony, autorytetów.
Na szczęście prawdziwe wielkie dzieła przetrwają ataki czy obojętność
współczesnych. Najbardziej znane przykłady artystów pogardzanych przez
sobie współczesnych i „odkrytych” po śmierci to Hölderlin czy – z innej
branży – van Gogh. Może już tak musi być, że twórca nieprzeciętny może
liczyć na zrozumienie dopiero przez przyszłe pokolenia lub – w najlepszym
wypadku – tworzy dla współczesnych sobie
autentycznych elit? Oczywiście są też krytycy poważni, odpowiedzialni za
słowo literaccy erudyci, jak np. profesor Jerzy Poradecki, wybitny znawca
współczesnej poezji, ale to są wyjątki. Co do grafomanii, która ruszyła
Cię niczym podwójna dawka Laxigenu: pojmowana jako lekkość tworzenia, nie
jest zjawiskiem złym. Jeśli jest dodatkowo sprawna warsztatowo, jest w
niej duch i myśl, to otrzymujemy takich pozytywnych grafomanów jak
Szekspir, Mickiewicz, Słowacki, Witkacy, Tuwim, Gałczyński, w prozie Prus,
Nabokov, Chmielewska; w muzyce, którą też się pisze, np. Bach, Mozart,
Lennon. Pięknie pomieszałem. Ale są też inne rodzaje grafomanii, np.
rynsztokowa, uprawiana przez ludzi pozbawionych zdolności, wykształcenia,
smaku, porywów ducha, którzy jednak inne niż pisanie rzeczy robią pewnie
jeszcze gorzej, więc piszą, a posiadając towarzyskie umocowanie, zasrywają
świat literatury nieudolnymi, wulgarnymi odchodami dla ćwierćinteligentów
– no bo dla kogo innego? Przykładem Masłowska, Podgórnik.
Są jeszcze formy pośrednie, i całe
mnóstwo przeciętnego, pseudointelektualnego bełkotu
i nudziarstwa aspirującego do wielkiej
sztuki, typu Świetlicki, Dehnel, Gretkowska, Tokarczuk, Huelle, którzy
odczuwają wewnętrzny przymus pisania nieistotnych pierdół.
A pisarz, tym bardziej zaś poeta,
powinien wartościować to, co napisał, czyli uruchomić intelekt, a nie
tylko popuszczać zwieracze tzw. twórczości i dawać wiarę tanim pochlebcom.
Gdyby Joyce, Proust, Miłosz, Zagajewski byli łaskawi pomyśleć nad tym co
robią, dokonać wyboru i usunąć balast, ich dzieło byłoby wielokrotnie
mniejsze objętościowo, ale zyskałoby prawdziwą wielkość artystyczną, jak
chociażby dzieło Schulza. Artysta, nie tylko ten piszący, musi umieć
milczeć, i odzywać się wtedy, gdy dojrzeje. Tak robił Staff, Kawafis.
Dlatego są wielcy, bo zostawili dzieło czyste. Co więcej, widać w ich
twórczości rozwój
z apogeum zdecydowanie w wieku
andropauzalnym i później; podobnie, wydaje mi się,
jest z Różewiczem. Trzeba też
wiedzieć, kiedy przestać – tak jak Mickiewicz. Inaczej było
z Miłoszem, który im starszy, tym
gorszy – zapewne z powodu słabości charakteru
i zagłuszającego zdrowy rozsądek chóru
pochlebców, którzy nie dostrzegli gadulstwa, infantylizmów, banalności,
złej ortografii, nielogiczności, czyli typowych dla jego późnej twórczości
skażeń. Jak zawsze odbiegłem od tematu – widać potrzebuję wędzidła (uwaga
dla młodych krytyków: nie mylić z wędzonką). Kończąc powiem raz jeszcze:
grafomania pozytywna i radosna to zjawisko korzystne niczym rozwój komórek
w zdrowym ciele, trzeba jednak uważać na te zdegenerowane, które
niekontrolowane rozrastają się i powodują raka. Problem w tym, że rak to
choroba naszej cywilizacji i trudno z nim walczyć, szczególnie gdy lekarzy
nie ma. A na rozweselenie zacytuję Słowackiego, tak żle ocenianego przez
współczesną mu krytykę i uznane piszące wtenczas wielkości: „Więc nie
mieszajcie mi się tu, harfiarze/Którym dziś klaska tłum! – precz, mowo
smętna”. Znam jeszcze wiele świetnych i a propo cytatów z wieszcza.
Konia z rzędem temu kto wie, z którego utworu ten cytat.
Jan Siwmir-
Beniowski, V, w. 157-158. Konia poproszę, rząd niekoniecznie:-)
Żeby
(chwilowo, bo to temat-rzeka) skończyć temat krytyków też przytoczę
przykład. Kilka miesięcy temu otrzymałem mailem wiersz wraz z recenzją.
Nie wiem kto jest autorem obu tworów, ale zrobił przecudną ilustrację do
tego w jaki sposób lansuje się dziś (a pewnie
i w
poprzednich latach) nazwiska, które później tworzą obraz naszej
literatury. Wiersz
i notkę
odtwarzam z pamięci, czyli po mocno skołtunionych łebkach:
słońce z
chmurą się łomocze
a na
trawie siedzi leń
żaba łapę
trzyma w błocie
kurwa jaki
piękny dzień
Wiersz
rymowany, logicznie spójny, z lekkością świadczącą o dużej sprawności
warsztatowej. Rymy nie nachalne, ale ładnie zaznaczone, o tradycyjnej
budowie abab nadają śpiewności utworowi. Wyraźnie widać, że autor
czerpie z bogatej tradycji (o czym świadczy chociażby równa ilość sylab w
wersach a, oraz równa w wersach b) jednakże na tej tradycji
nie poprzestaje. Należy zwrócić uwagę na piękne, niestandardowe połączenie
banalnego słońca i chmury z bardzo ekspresyjnym słowem łomocze,
oraz kompatybilnym do tego wizerunku obrazem żaby, ale nie takiej jakiej
do tej pory mieliśmy przykłady w literaturze. Otóż ta żaba, w subtelnie
zarysowany sposób oddaje marność naszej egzystencji, błoto jakiego dotyka
jest alegorią naszego życia. A przecież potrafi się cieszyć, potrafi
wznieść się ponad brud i mizerię. Wiersz niezwykły, egzystencjalny, ale,
paradoksalnie, pogodny. I to jest to novum, ta rzadka u twórców
umiejętność kreowania własnego świata tak innego od światów już
wybudowanych. Wypada tylko pozazdrościć autorowi talentu, możliwości
twórczych, a także pogodnego spojrzenia na rzeczywistość, co w powodzi
traumatycznych, smętnych i nostalgicznych wierszy jest ewenementem godnym,
jak sądzę, naśladowania. Jeśli twórczość autora pójdzie dalej w tym
kierunku, już niedługo będziemy mogli powiedzieć – oto objawiła się
rewelacja poetycka!
Natomiast co do nazwisk, którymi sypnąłeś jak z rękawa. Nie ze wszystkim
się zgadzam,
a
przede wszystkim uważam, że psi los pisarzy pisać i nawet niech piszą co
chcą. Może nawet te infantylizmy Miłosza kogoś zauroczą, albo jędrny
język Gretkowskiej, który mnie na przykład bardzo się podoba. Ale wciąż
wracam do starożytnej maksymy „de gustibus non est disputandum”. Nie
dyskutujmy więc o gustach, bo każdemu ma prawo podobać się co innego.
Jeśli chce, może sobie powiesić jelenia na rykowisku wraz z zachodem
słońca
i
w złoconej ramie. Ja protestuję przeciwko wartościowaniu sztuki i
literatury przez ludzi, którzy na dobrą sprawę tyle mogą powiedzieć o
utworze, że podoba im się albo nie.
Jedyną miarą, moim zdaniem, powinien być talent. Ale to kolejny temat –
rzeka i chyba od niego zaczniemy drugą część WYWIADU.
Copyright
by Tomasz Sobieraj i Jan Siwmir, 2009. Kopiowanie całości lub części w
jakiejkolwiek formie, bez pisemnej zgody autorów zabronione.