<< leć do Wywiadów

 

projekt i wykonanie okładki - T. Sobieraj

DWAJ PANOWIE S

czyli wesoła a inteligentna rozmowa nie tylko o literaturze między

Janem Siwmirem i Tomaszem Sobierajem

okraszona facecjami tudzież jadem

gadziny podłej i urodziwej

anarchopterokustem

albo dwudupcem

nizinnym

zwanej

 

 

Dwaj panowie S cz.2 Talent

 

 

Tomasz Sobieraj – drogi Siwmirze, po naszych ostrych słowach krytycy i uznane dzisiaj literackie autorytety leżą niczym złociste łany zbóż ścięte ręką najprzedniejszych w gminie żeńców. Nie kopie się leżącego, więc może zajmiemy się trudnym do zdefiniowania zagadnieniem, mianowicie, co to jest talent? Oczywiście, niezawodna pamięć podsuwa mi zaraz obraz Jerzego Stuhra, z którego trzewi wydobyły się słowa, stanowiące dziś motto wielu piszących      (i nie tylko), w które głęboko wierzą: „Ja się wcale nie chwalę, ja po prostu, niestety, mam talent”. I mimo że wiara czyni cuda, nie robi tego w każdym przypadku. Głównie nie robi. Cuda natomiast robią wszelkiej maści media. Pracujący w nich wzięli sobie do serca powiedzenie doktora Goebbelsa, że kłamstwo powtórzone sto razy, staje się prawdą. Mając teraz większe niż on możliwości dotarcia do mas, udało się te sto razy zredukować do dziesięciu – tyle pewnie wystarczy, aby wykreować gwiazdkę literatury. Co więcej, widziałem niedawno w reżimowej telewizji pisarkę, nazwiska nie pamiętam, która powiedziała, że każdy może pisać dobre powieści, bo każdy pisał w szkole wypracowania. Mimo powszechnego ogłupienia, do którego przywykłem, takich pierdół dawno nie słyszałem. Stosując logikę tej pani, każdy może być chirurgiem, ostatecznie weterynarzem, bo przecież każdy jadł kurczaka. Każdy też uczył się w szkole hymnu, więc może zostać piosenkarzem. I wmawia się ludziom takie głupoty, w które zwykle wierzą, bo są bezmyślni. Jeśli kandydaci na artystów akurat mają pieniądze i/lub towarzyskie układy oraz chęć, rzeczywiście mogą zrobić karierkę, zabłysnąć niczym rozżarzony węgielek w popielniku, czasem nawet na dłużej – to już kwestia ilości pieniędzy i mocy układu. Po jakimś czasie, w zbiorowej świadomości pojawia się przekonanie, że to osoba z talentem. Wtedy, cokolwiek z siebie wykrzesze, jest okrzyknięte za nowatorskie, cudowne, genialne. Media ponownie tępo to mielą. A kto podskoczy mediom? Kto zresztą dostanie do nich dopuszczony? A niektóre ponoć są publiczne. Więc utrwala się obraz wielkiego talentu takich Pilchów, Masłowskich, Tokarczuków, Kayahów, Feelów, Rynkowskich, Opałków, Sasnalów i innych przeciętniaków lub miernot. Ale to jest tylko obraz, projekcja na móżdżki bezkrytycznych mas ćwierćinteligentów, tej najbardziej szkodliwej grupy społecznej, która uważa, że kończąc studia i czytając gazety, posiada monopol na wszechwiedzę. Intelektualiści, te zaszczute reliktowe zwierzęta ukryte głęboko w swoich puszczach i borach, zajmują się własnymi sprawami, więc ich głos się nie liczy, zaś ludzie pracy nie mają czasu ani siły na głęboką refleksję. Rządzą pozory, o czym ciągle pisał Witkacy (chociażby słynne „pozorni ludzie, pozorna praca, pozorny kraj”) i Schulz w Ulicy Krokodyli, gdzie opisał miejsce imitacji, prowincjonalnego nadęcia, cynicznego gestu, pretensjonalności i tandety. Takim miejscem jest Polska – nie tylko ta dzisiejsza, wystarczy sięgnąć do Słowackiego, Norwida, Prusa, by się przekonać, że to stałe cechy tego miejsca i ludzi. Oczywiście można uznać, że to krzywdzący stereotyp, ale stereotyp to statystyczna dominanta, czyli charakteryzuje zbiór i ma wartośc poznawczą. Ale to temat na inną rozmowę, wracam do talentu. Wiemy już, że kupić go ani załatwić się nie da, chyba, że jego imitację, która zresztą większość zadowoli, jak noszona z dumą podróba marynarki od Armaniego i tajwański Rolex. Prawdziwy talent, jest darem Boga. Często rozrzutnie lub przypadkowo ofiarowanym. Bije powoli niczym źródło, albo wybucha jak gejzer – to nieistotne, bo nie ma znaczenia, czy ktoś tworzy powoli i z namysłem, jak Puszkin, Schulz, Penderecki, czy gwałtownie, jak Mickiewicz, Rimbaud albo Mozart, czy też raz tak, a raz tak. Liczy się dzieło, którego nie pokona czas, mody, konwencje, pogarda współczesnych. I można tylko przypuszczać, kto z dzisiaj żyjących twórców pracuje na swoją nieśmiertelność, a kto jest zwykłym gówniarzem, którego pragnieniem jest poklask, pieniądze i zachwycone gęby idiotów. Talent więc, w przypadku artysty, to dar tworzenia rzeczy wielkich, przez które rozumiem albo prace poważne, ponadczasowe i uniwersalne, jak chociażby Ekdota Poiemata Kawafisa czy IX symfonia Beethovena, albo prace również ponadczasowe i uniwersalne, ale lżejszego kalibru, powstałe z radosną swobodą, jednak zmuszające do myślenia, np. Rewizor Gogola czy Błękitna rapsodia Gershwina. Nie mogę uznać za przejaw talentu twórczości banalnej, chropawej, nudziarskiej czy wulgarnej, którą rzeczywiście może uprawiać każdy, kto skończył podstawówkę. A taka jest w większości cała współczesna sztuka – nie tylko literatura. Jest jednak światło w usyfionym tunelu polskiej literatury – takie światło to my, drogi Siwmirze. Ja, jako przykład pierwszego typu talentu, ty jako drugi. Ja Beethoven, ty Gershwin literatury. Nawet charaktery chyba pasują. Oczywiście, są też pomniejsze talenty, jest to kwestia przyjętej skali – nie można przecież odmówić zdolności Stasiukowi, Rubikowi, braciom Golec czy Gretkowskiej, ale to już nie wyżyny, a mnie tylko te naprawdę interesują. Stasiuk może nawet dostanie kiedyś Nobla, bo w tłumaczeniu wypada lepiej, niż po polsku – tłumacz często poprawia kiepski warsztat pisarza. Podsumowując: jakikolwiek talent jest darem czynienia pewnych rzeczy z łatwoscią, przydzielanym losowo i z nonszalancją; waha się od geniuszu na górze skali, do ponadprzeciętnych możliwości na jej dole; można go rozwijać albo zaprzepaścić – to drugie zdarza się głupcom; jest pożądany przez miernoty, które zrobią różne rzeczy, by móc udawać, że go mają, i wzbudza szacunek ludzi mądrych, którzy wiedzą o jego boskiej naturze ale go nie zazdroszczą, pielęgnując i rozwijając inne cechy, nawet ważniejsze, jak np. przyzwoitość, pracowitość czy otwartość umysłu. Widzę, Siwmirze, że już wiercisz się nerwowo, pewnie porównanie do Gershwina ci nie pasuje, albo moja megalomania wprawia cię w zachwyt, który chciałbyś wyrazić...

 

Jan Siwmir – Oj, ja się wiercę, bo mi się przypomniało, że nasz wspólny rower, na który niedawno wsiadłem nie posiada siodełka. I nie mogę się zdecydować, czy mi się to podoba czy nie...

    Ale poważnie. Nie mam nic przeciwko nazywaniu Cię – Tomasz Beethoven Sobieraj, ja niestety muszę jeszcze trochę popracować i oszlifować to coś, co dostało mi się przy powszechnym podziale zdolności (stałem wprawdzie w innej kolejce, po urodę, ale się wzięło i zaklopsowało przy ladzie, przepchnęli się i, cóż... żyć trzeba z tym co się dostało).

    Może za rok, dwa osiągnę poziom, który pozwoli spojrzeć w lustro, poprawić apaszkę... tfu... krawat i powiedzieć „No Gershwinie literatury, gratuluję Oskara!”, hehehehe.

    Co do talentu zaś, to moim zdaniem, jest to unikalna zdolność do stworzenia takiego dzieła (artystycznego, muzycznego, literackiego), które niewiele osób mogłoby powielić, skopiować. Ilu ludzi potrafi namalować obraz jak Caravaggio? Kilka osób, może kilkanaście. A zorganizować własny pogrzeb, czy wejść do pustej sali i obierać ziemniaki może każdy, kilka milionów ludzi na całym świecie. I możliwe, że zrobią to lepiej. Zawsze przy takiej okazji mam wrażenie, że cierpię na „syndrom stolarza”. Otóż w swojej przypowieści opisałem kiedyś, jak zaprowadzono stolarza do Galerii. A tam w paru wnękach pyszniły się pompatycznymi tytułami rozsypane dębowe wióry. Stolarz stwierdził krótko: „To ma być sztuka? W takim razie ja ją od lat uprawiam, przy okazji produkowania mebli. Podrzucić wam kilka worków?”

    Natomiast nie zgadzam się z wrzucaniem do jednego wora wszystkich nazwisk, które wymieniłeś. Niektórzy mają talent – przecież, żeby porwać swoim pisaniem czy muzyką kilkaset  tysięcy ludzi, talent mieć trzeba. Bieda w tym, że wśród nich wymieniłeś nazwiska takich, którymi zainteresowane jest wąskie grono znajomych i kilkadziesiąt owiec. Owiec ze zmielonymi przez media szarymi komórkami. Chociaż może niektórym taka twórczość naprawdę się podoba? Dopuszczam taką możliwość, co więcej, daję im prawo (jak szczodrze, nie?) do gustowania w nudzie i miernocie. Ich problem. Powtórzę tylko raz jeszcze, nie dajmy się zwariować i nie stawiajmy ich na pomniku, wyłącznie dlatego, że mają dobrze „ustawioną” klakę.

 

Tomasz Sobieraj – rozumiem Siwmirze, że robisz przytyk do mojego braku skromności i wiary, że tworzę literaturę istotną. Lecz gdybym w to nie wierzył, dalej zajmowałbym się rachunkiem prawdopodobieństwa, hodując hemoroidy. Moja wiara jednak jest zupełnie inna niż wiara rumianych parobków zachwyconych wydawaniem dźwięków z własnoręcznie wystruganej fujarki. Oni wierzą w swoją wielkość, bo cała wioska o niej zaświadcza, przytupując raźno na klepisku. Cokolwiek z siebie wydala taki parobek czy hoża dziewoja, zachwyca ich samych i tłum, dlatego oni wątpliwości nie mają. Ja mam. Wątpię i waham się, zastanawiam, weryfikuję i skreślam. Moja wiara w siebie jest niczym sosna na wietrze: trwa, ale musi walczyć, jednak to daje siłę i rozwija. Wagi tego co robię, tłum nigdy nie potwierdzi, ale też nie tworzę dla tłumu. Nie chciałbym przez to powiedzieć za Horacym, że „gardzę tłumem nieczystym i nędzną ulicę odpycham precz od siebie”, czy za Nietzschem powtarzać, że „tłum śmierdzi”, to po prostu nie jest mój, jak to się teraz mówi, target, ani moje marzenie, by trafić pod przysłowiowe strzechy z głową strojną w laury. Jak słusznie zauważył Augustyn, laury szybko więdną, a z historii wiemy, że pamięć ludzka jest krótka, i przetrwać mogą tylko rzeczy zbudowane na solidnych podstawach. Uznanie krytyki, tłumu i najgłośniejsza nawet „ustawiona klaka” takimi podstawami nie są, są nimi natomiast myśl, wiedza, refleksja, warsztat, indywidualność, talent. A gdzież je znaleźć pośród tych, których jak zauważyłeś, wrzuciłem do jednego worka? Być może to krzywdzące, że wpakowałem tam ludzi niewątpliwie zdolnych, potrafiących tworzyć popularną rozrywkę, i miernoty, które niczego nie potrafią, więc usiłują zadziwić, jak ten artysta od wiórów z twojej przypowieści. Jednak ci przeze mnie skrzywdzeni, to jeszcze nie talent, nie myśl, nie wiedza w moim rozumieniu. Oni nie tworzą sztuki, tylko rozrywkę. Sam przytoczyłeś przykład Caravaggia a nie jednego z setek działających wtedy w Italii malarzy-rzemieślników, którzy niewątpliwie mieli zdolności – wystarczy jechać do Włoch, by się o tym przekonać i stwierdzić, że na talent i jego pochodną, czyli wielkość, to jeszcze za mało, że to co zrobili to tylko przejaw zdolności i umiejętności, ale nie wielkość. A Caravaggio i owszem, wielki. Żeby była jasność: jestem pełen uznania dla ludzi, którzy tworzą wyrafinowaną rozrywkę, bo sam tego nie potrafię. Zachwyca mnie chociażby Twain, Gałczyński, Kabaret Starszych Panów czy Kabaret Moralnego Niepokoju – to również są dla mnie przykłady talentów, nie tylko Prus, Staff, Witkacy czy Schulz. Nie umiałbym też napisać takiej książki jak Latawce mojej żony, wspaniała powieść satyryczna, do tego naprawdę łamiąca obyczajowe tabu, obnażająca pustkę tzw. autorytetów, i niezwykle sprawna warsztatowo. Pytanie tylko, ilu odbiorców ma taka, tzn. wyrafinowana twórczość? Odpowiedź: niewielu. Jak przekonać do niej zindoktrynowane, słabo wykształcone, bezmózgie masy? Odpowiedź: kształcić, poprzez prawdziwą pracę prawdziwych nauczycieli i media, głównie telewizję. Czy to jest realne? Odpowiedź: nie. A masy dałyby się przekonać do dobrego, trzeba im tylko zaproponować coś więcej niż głupotę i przeciętność. Wiesz, jak ktoś całe życie je mortadelę, kartofle i popija czystą wódą, to na wykwintną kuchnię i wytrawne Bordeaux spojrzy nieufnie. Ale niech ma przynajmniej szansę spróbowania! Najwyżej nie zagustuje. Tylko że świat mediów, krytyki, i co najgorsze, samych twórców, nie chce tej szansy dać, ze strachu, że trzeba będzie już tak zawsze dokarmiać, a to wymaga nakładów, wysiłku, pracy, wiedzy, czasu. To za trudne, łatwiej promować durnowatą rozrywkę z jednej strony, i debilny bełkot pod szyldem awangardy z drugiej, gdzieniegdzie pomiędzy umieściwszy nudziarstwo. A produkcja tych odchodów idzie pełną parą, normy jak w czasach stalinowskich przekraczane są wielokrotnie. Rzygać mi się chce gdy słyszę, jak ci wielcy tworzą trzy powieści rocznie, dwa wiersze dziennie, reżyserują jedno przedstawienie teatralne na miesiąc. Do tego robią w tym czasie jeszcze inne rzeczy: piszą felietony, uczą w szkołach, tańczą na lodzie, rzężą szansony itd. Jaka tego jakość? To widać, słychać, a nawet, niestety, czuć. Wystarczy. Wchodzę teraz do własnego ogrodu: mój zbiór poezji Gra uzyskał doskonałe recenzje w akademickim środowisku znawców współczesnej literatury, jak chociażby u profesora Poradeckiego; został doceniony i zrozumiany przez wiele osób zajmujących się kulturą, ale znaleźli się też tacy, których obraził, i tacy, którzy znaleźli w nim tylko dwa – trzy wiersze. Krytyka nabrała wody w usta – nie wiem, czy czekają na prezenty, czy na kolejną książkę, a może po prostu nie zrozumieli, bo to jednak poezja wymagająca erudycji, nie tylko literackiej, do tego poprawna gramatycznie i ortograficznie, a to rzadkość trudna do zaakceptowania. Niebawem ukaże się zbiór moich opowiadań Dom Nadzoru, na wiosnę zaś Wojna Kwiatów, kolejna książka poetycka. Po co to mówię? Po to, że te wiersze i opowiadania dowodzą, jak ważne jest przemyślenie tego, co się pisze, wartościowanie, postępowanie zgodnie z przykazaniem Wergiliusza (a może Horacego?): skreślaj. Na przykład opowiadania przeczytałem rok po napisaniu i wyrzuciłem kilkanaście zdań. Kolejny raz czytałem ponownie po pół roku, i usunąłem jeszcze kilka. Ostatni raz czytałem je w grudniu, już w postaci „szczotki” i usunąłem trzy wyrazy, tudzież dwa przecinki. Wszystko w tekście, który ma sześćdziesiąt stron. Ale jaki on teraz krystalicznie czysty, pozbawiony rys i chropowatości, a nade wszystko zbędnych słów. Wspaniały brylant. I już wiem, że będzie to problem dla tych, którzy szukają w literaturze swojskości, polnych kamieni, czyli: rzeczywistości, wartkiej akcji z dialogami, języka ulicy, podpasek, spermy i upławów. Cóż, muszą znowu sięgnąć do Masłowskiej  i Podgórnik, chociaż prościej i taniej byłoby stanąć na jakimś ugorze, albo jeszcze lepiej na wielkomiejskim podwórku, gdzieś koło śmietnika. A Wojna Kwiatów? Znowu nie będzie wiadomo co z tym zrobić, jak zawsze, gdy dzieło przerasta epokę, wychodzi poza konwencje, szarpie zdrową tkankę parobka, psuje mu piękny widok na oborę i niszczy głębokie przekonanie, że świat się na niej kończy. Najlepiej więc przemilczeć albo wyszydzić tę niepokojącą odmienność. Z drugiej strony, można wstać z błotnistego podwórka, podciągnąć gacie, wysmarkać nos i sprawdzić – a nuż za tą stodołą jeszcze      coś jest? Na takich, ciekawych świata, też liczę, nie tylko na swoich stałych czytelników.

    Nawiązując jeszcze do twojej tolerancji, która łaskawie pozwala ćwierćinteligentom tarzać się w literackiej (ogólnie: „artystycznej”) nudzie i mierności, a tzw. artystom ją z siebie wydalać: w porządku, póki nie jest to za moje – podatnika – pieniądze. Ale kiedy dowiaduję się o stypendiach dla „twórców”, zamówieniach od teatrów i innych publicznych instytucji,   o gównianych filmach kręconych za moje podatki, dofinansowywaniu  z miejskiej czy gminnej  kasy „projektów artystycznych”, o wystawach deskorolek i obieraniu kartofli w państwowych muzeach, kiedy widzę w publicznej telewizji lub słyszę w radiu półgłówków, zachłystujących się pięknem odchodów innych półgłówków, to nie ukrywam, jestem niezadowolony. Podobnie, gdy widzę jak za moje pieniądze promuje się za granicą współczesnych krajowych analfabetów, zamiast prezentować światu to, co naprawdę mieliśmy i mamy dobre. A obraz Polski za granicą jest i tak wystarczająco koszmarny: głupawi i kłótliwi politycy, brud, katolicyzm, korupcja, dziurawe drogi, kiszone ogórki, smalec, papież, Wałęsa, polscy emigranci-niewolnicy, antysemityzm. Mnie się taki wizerunek nie podoba, i nie rozumiem, dlaczego tyle energii polskie władze poświęcają, by ten   sterotyp utrzymać, i zamiast promowac Polskę jako kraj wielkich muzyków i poetów, Witkacego i Schulza, Kopernika i Skłodowskiej, wydają pieniądze na wojny, zbrojenia, piłkarzy, urzędników, promocję miernot i inne rzeczy całkowicie zbędne.

 

Jan Siwmir – Ha! Kilka tematów tu widzę, mocno rozgrzewających moją duszę. Po pierwsze wspomniałeś o Latawcach Wioletty Sobieraj. Jak ja kocham tę książkę! Od 20 lat jestem nauczycielem, stąd wiem, że każde słowo, każda sytuacja, to przerażająco wierny reportaż z rzeczywistości. A co najważniejsze, napisany w taki sposób jak lubię. Bez nudziarstwa i moralizatorsko – dydaktycznego zacięcia, za to ze śmiertelną dawką jadu, humoru i zgryźliwości. Twoja żona musi być nauczycielką z powołania, albo intuicyjnie wie to co każdy pedagog i weterynarz. Psu antybiotyk podaje się w cukierku, wychowywać zaś przez literaturę należy nie zmuszając do klęczenia przed ołtarzem (jaki by nie był), ale mimochodem, przez satyryczne obnażanie tego co wydaje się wszystkim normalne, a normalne nie jest, przez pokazywanie, dla kontrastu, reakcji prawidłowych. A jeśli jeszcze jest to atrakcyjnie podane! Sam widziałem jak na Targach Książki w Krakowie kupowali Latawce gimnazjaliści i osoby dorosłe. Dużo ich było, ogon się ciągnął nielichy. To właśnie jest talent – napisać o wartościach tak, aby każdy zrozumiał, żeby odbierał książkę jako rozrywkową a jednocześnie... uczył się.

    Jak kiedyś wspomniałeś w Polsce większość rzeczy postawiona jest na głowie. Dobrze byłoby zacząć odwracać ten trend. Latawce są pierwszą jaskółką i mam nadzieję, że tym tropem pójdzie wydawnictwo Philip Wilson.

    Po cichu muszę Ci się przyznać, że mam w Latawcach ulubiony fragment. To ten, gdy historyca mówi w jaki sposób oduczyła któregoś kombinatora dysleksji. Metoda, wypisz – wymaluj, siwmirzasta. Sam jestem dysgrafikiem a mimo to w podstawówce z powodzeniem brałem udział w olimpiadach polonistycznych. Zęby mi same do ściany przywierają, drążąc obrzydliwie wielkie dziury, gdy słyszę o zespole ADHD u dzieci, albo gdy rodzice podstawiają mi pod nos zaświadczenie o dysleksji, dysgrafii czy innej dysgłupii. Wioletta, niniejszym ogłaszam, że jesteś wielka, wyciągając tę sprawę za wsiarz na szerokie dyskusyjne wody!!

    Druga sprawa to rola państwa w kształtowaniu obywateli. I tu, muszę przyznać, że mam pewien problem. Otóż zakładam za moim imiennikiem Jankiem Locke oraz za Kubusiem Rousseau, że państwo jako skupisko ludzi powstało na skutek umowy społecznej, aby zapewnić bezpieczeństwo swoim członkom oraz rozsądzać spory pomiędzy nimi. Nie neguję też roli państwa  w przypadku oświaty. Natomiast czy powinno pchać swoje (brudne z dawien dawna) pazury do działań stricte kulturalnych? Czy powinno instytucjonalnie i arbitralnie wypowiadać się, który obraz jest cacy a który be, którą książkę (za wyjątkiem lektur) należy przeczytać, a która jest bezwartościowa? Z jednej strony kusi powiedzieć: łapy precz od kultury, sami wiemy co sobie wybrać do czytania przy jedzeniu. Taki model jednak zakłada, że członkowie państwa wiedzą co robią, są świadomi wyborów, mądrzy i mają prawo do własnej oceny i własnego zdania, które jest równorzędne ze zdaniem innych ludzi. Z drugiej strony...

 

Tomasz Sobieraj – państwo nie powinno finansować kultury, bo wtedy jest tak, jak w pegieerowskiej chlewni – największe świnie są pierwsze przy korycie i żrą najwięcej! Tak jest teraz w polskiej kulturze. A ludzie pracy zasuwają w pocie czoła, żeby sobie Masłowska i inne cwaniaki pojeździli po festiwalach i Instytutach Polskich za granicą czy kręcili kino lektur szkolnych. To nieuczciwe, demoralizujące i korupcjogenne! Niech sobie artysta zarobi sam, albo poszuka sponsora na wycieczki i tzw. dzieła, ale wara od pieniędzy podatnika! Tuwim kiedyś powiedział, że przez trzy dni pisze wesołe kawałki,    by przez dwadzieścia siedem zajmować się pisaniem istotnym. Witkacy też zarabiał pracą. To jest uczciwe! Jestem za likwidacją socjalizmu, zatem za unicestwieniem wszelkich państwowych instytucji grzebiących przy kulturze, począwszy od Ministerstwa z bandą nierobów, poprzez zrakowaciałe narośle typu Instytut Sztuki Filmowej, senne muzea, po różne lokalne instytucje, które robią dobrze tylko kolesiom. Albo wszystkim twórcom dać po równo za wierszyk, fotkę, filmik – ustalić stawki, limity gryzmołów, i niech dostają dopłaty, jak rolnicy. Co prawda to by doprowadziło do takiej samej głupoty i upadku kultury jak teraz, ale przynajmniej byłoby sprawiedliwie: każdemu ochłap i minutę czasu antenowego w publicznych mediach.

 

Jan Siwmir – Kiedy to właśnie wydaje mi się podejściem socjalistycznym: wszystkim gówno, byle po równo. Ale chyba wiem o co Ci chodziło. Publiczność, widzowie, czytelnicy powinni mieć wybór. Powinni mieć równy dostęp do informacji. A nie gęste, zaporowe sito zmontowane z ludzi, o których Mozart z lekceważeniem napomknął – wyżej srają niż dupy mają. I rozdzielnictwo z klucza Towarzystwa Wzajemnej Adoracji. Ja ci załatwię dotację, ale tym mi dasz nagrodę w jakimśtam konkursie. Mogą nie lubić Sobieraja czy Siwmira, możemy im się nie podobać (cóż, byłby to rodzaj zboczenia, ale niech tam), lecz nie mogą opowiedzieć się na „za” czy „przeciw” jeśli o nas nie wiedzą. Tyle idealistycznej teorii. Niestety, drogi kolego, wredna psychologia jest przeciw nam. Wiele osób (ba, statystyczna większość) przypomina owce. Potrzebują przewodnika, byle jakiego, byle był.                      A przewodnicy nie tacy jak potrzeba. Kwadratura koła. Tym sposobem doszliśmy do pięknej, betonowej ściany. I marnego światełka w tym zasranym tunelu. Pozostaje zakląć świątecznie, strzelić baranka i napić się pod pasztet z królika, tego samego, co to z jego skórek ozdoby do wibratora powstały. No, to po maluszku! Może przyjdzie co mądrego do łba na temat roli literatury w procesie, szeroko pojętego, wychowania.

 

Tomasz Sobieraj – wracając na chwilę do kwestii finansowania kultury, żeby była jasność: jestem za rozwiązaniami skrajnymi, tzn. wolnorynkowym „każdemu według pracy” lub komunistycznym „każdemu według potrzeb”. Natomiast to, co dzieje się w pseudodemokracjach, czyli koryto tylko dla znajomych, jest dla mnie obrzydliwą niesprawiedliwością, wartą przewrotu społecznego.

    A literatura w procesie wychowania? To oczywiste, że jej rola jest ogromna, i często nawet niezauważana, a przecież silnie wpływa na całe narody! Weźmy Polaków – nawet gdy są dorośli to wierzą w bajki i cuda, nie w rozum, wolę, pracę. Wychowani na Sienkiewiczu, a ci lepiej wykształceni dodatkowo na Mickiewiczu, uwierzyli w swoją niezwykłość, szlacheckość, dziejowe posłannictwo. Ten dziwny, prawie pozbawiony mieszczaństwa naród pańszczyźnianych chłopów i zdegenerowanej zaściankowej szlachty, który – dzięki demokracji – doprowadził względnie silne państwo do rozbiorów, miał i nadal ma, mimo dziejowych zakrętów i widocznego do dzisiaj cywilizacyjnego opóźnienia, dobre samopoczucie, obwiniając za swoje niepowodzenia innych, zaś za sukcesiki dziękując Matce Boskiej. A powszechny, sienkiewiczowski stereotyp Polaka jest bardzo sympatyczny: szczera dusza, patriota, gorliwy katolik, z fantazją, szarmancki wobec pań, honorowy, do tego bohater, najlepiej cierpiący za innych, Polka zaś to piękna, dobra dziewica, produkująca na drutach sweterki dla ukochanego i rodząca kolejnych patriotów. Tak chcemy się postrzegać, co gorsza uważamy, że tacy jesteśmy, właśnie jak wspaniali bohaterowie Sienkiewicza. Ale rzeczywistość pokazuje inny obraz Polaka: agresywny ciemniak, cham, zazdrośnik, donosiciel, sikający na ulicy, niedomyty ksenofob, damski bokser, złodziej i pijaczyna, a Polka – no cóż.... Taki niepochlebny obraz też był w naszej literaturze, i to od jej zarania, skutecznie i wstydliwie jednak go pomijano w czasie omawiania lektur, skupiając się na pięknych sienkiewiczowskich dyrdymałach, by nie rzec pierdoleniu (od staropolskiego „pierdolić”, czyli opowiadać bajki). Książki Sienkiewicza powinny zostać spalone, bo chociaż pisać umiał doskonale, to przedstawiał wyidealizowany, przekłamany obraz narodu, narodu niemal wybranego, co po latach takiej bezkrytycznej indoktrynacji doprowadziło do czegoś w rodzaju powszechnej polskiej schizofrenii. Utwory Sienkiewicza to wychowawcza dywersja. Jak pisał Hebbel, można podrzucić kamień w powietrze, ale z tego powodu nie wyrosną mu skrzydła. Polakom nie wyrosły, no i mamy tragiczny, nieznośny rozziew między chceniem a faktami, między pięknym wizerunkiem a chamską rzeczywistością. A z obrazu śliczno-naiwnej polskości kpił Gombrowicz, kpił Witkacy, kpię ja, kpisz ty, ale widać na próżno. Czas płynie, ludzie latają w Kosmos, majstrują przy genach, a królową tego kraju nadal jest Matka Boska, królem podobno ma być JP II, zaś bohaterem narodowym jest głupek, który po latach treningu kopnął piłkę i trafił do bramki. W Polsce potrzeba miliona Sokratesów i przynajmniej dwóch pokoleń, by naprawić błędy wychowania uczynione przez lekturę Sienkiewicza i bardzo wybiórczą – niestety – znajomość Mickiewicza. I patrz, Siwmir, tuż obok żyją Czesi, naród pragmatyków, pracowitych mieszczan i wolnych chłopów, który zachował tożsamość mimo germanizacji, braku państwowości, upadku religii i nazbyt gorzkiego piwa. Oni nie pozwolili sobie na bezmyślny luksus poświęcania najlepszych w imię wolności, skupili się na pracy, wiedząc, że wolność jest w człowieku, a jej zewnętrzne przejawy jak np. niepodległe państwo to tylko forma, zwykle zresztą pozorna i niejednakowa dla wszystkich. Ale oni mieli Husa, Mendla i Komeńskiego, a przede wszystkim Haška i jego Szwejka – jedną z najmądrzejszych książek, jakie w życiu przeczytałem.

    Wiem, że to co powiedziałem przysporzy mi nowych wrogów, ale trudno – w życiu postawa Sokratesa jest mi bliższa niż jakakolwiek inna. A jeśli uwiodę chociaż jedną duszę, jak Sokrates Platona, spokojnie będę mógł wypić cykutę.

 

Jan Siwmir W dzisiejszych czasach uważałbym na słowo „uwiedzenie”. Podobno już za samo posiadanie aparatury zdatnej do działań zabronionych można sobie posiedzieć. Dlatego niniejszym dmucham (hehe) na zimne, głośno krzycząc, że Siwmir nikogo uwodzić nie zamierza.

    Co do dofinansowania zaś przez państwo przejawów kultury, problem w tym jak ustalić kryteria. Kto i za co miałby otrzymywać dotacje, jakim twórcom płacić, a jacy powinni dopłacać. Myślę, że nad konstruktywnymi radami co do zmian w tej dziedzinie możemy się zająć w części III wywiadu. Teraz wróćmy do talentu. Tak z ciekawości zajrzałem do Wikipedii. Nie zaszkodzi bowiem poznać oficjalną definicję czegoś nad czym od paru tygodni deliberujemy.

 

Uzdolnienie (talent) – wrodzone albo nabyte predyspozycje w dziedzinie intelektualnej lub ruchowej, przejawiające się większym lub mniejszym stopniem sprawności w danej dziedzinie.

W innym kontekście, talent jest to wrodzona umiejętność łatwego przyswajania wiadomości oraz ich łatwego zastosowania w praktyce. Często się mówi "ten, to ma do tego talent", znaczy to, iż ma on predyspozycje w danym kierunku.

Talent to predyspozycje, umiejętności do działań oryginalnych i wyjątkowych.

 

    No i patrz, jak nam się (przepraszam za biologiczny język) pokrywa to o czym mówiliśmy z wersją encyklopedyczną. Czyli mamy rację. To dlaczego ta definicja inaczej jest interpretowana przez większość ludzi, hę? Ojciec zawsze mi powtarzał: „Jeśli teoria nie pokrywa się z praktyką, to znaczy, że trzeba zmienić teorię”. Może więc i my, Polacy, musimy zmienić opis słowa „talent”. Dajmy na to na taki: Talent – umiejętność zaprezentowania siebie jako oryginalnego i wyjątkowego przy wykorzystaniu wszelkich dostępnych metod. Wtedy to co obaj widzimy na scenie literackiej i artystycznej nadal nie będzie się nam podobało, ale przynajmniej nie będziemy się mogli czepiać i marudzić, że nam wyidealizowany obraz do rzeczywistości nie przystaje. Taaaaak, parę zmian w definicjach i moim zdaniem mielibyśmy mniej złachane nerwy. W przeciwnym razie – ja chcę dołączyć do Czechów.

 

Tomasz Sobieraj – możemy też w ogóle odpuścić sobie definiowanie talentu i wielkości. Kwestię kto go ma, miał, a kto nie, rozstrzyga czas i wszyscy wiedzą intuicyjnie (tfu, zaleciało Bergsonem), że Beethoven to geniusz a Mahler to kuglarz i muzyczny kabotyn, że Joyce to grafoman i nudziarz a Rimbaud to talent, że Kossak to wyrobnik a Chwistek to wielkość prawdziwa. Wiemy też z historii, że zwykle to, co za życia jakiegoś pokolenia jest wynoszone, modne, nagradzane, chwalone, szybko bywa zapomniane. Nic się bowiem tak szybko nie starzeje, jak rzeczy aktualnie modne. Natomiast pozostają w pamięci rzeczy naprawdę wielkie, poza konwencjami epoki, i te dowodzą talentu i wielkości twórcy. Kiedy Chopin przyjechał do Paryża, postanowił sprzedawać swoje kompozycje. Udał się w tym celu do kilku wydawców nut, którzy mu powiedzieli, że tak się nie pisze muzyki, że nie ma talentu, i pokazywali mu kompozycje ludzi, których dzisiaj już nikt nie pamięta a wtedy byli wzorem do naśladowania i brylowali na salonach. Podobnie było z innymi wielkimi artystami. Można mieć pewność, że ci, których dzisiaj uważa się za objawienie, geniusz, erupcję talentu i pieści się ich medialnie, nagradza oraz opowiada o nich rzeczy na wyrost, niepoparte żadną wiedzą, logiką czy najprostszą choćby teorią (czyli śmieszne pierdoły), których wysyła się za granicę jako towar eksportowy, te wszystkie taplające się w nieporadności i głupocie miernoty pokryje kurz historii, gdy tylko szczęśliwie umrą. Wystarczy poznać historię sztuk pięknych i literatury by mieć pewność, że takie jest wręcz prawo, naczelna zasada: twórca uznany w swojej epoce za talent, objawienie i wielkość, zwykle jest tylko zimnym ogniem. Prawdziwy płomień to ci, których współcześni nie uznają, w swym ograniczeniu zarzucając im cokolwiek, np. niemodny styl, estetyzm, banalność itd. Tak, to śmieszne niedouki decydują o tym, kto jest wielki w danym sezonie, dziesięcioleciu czy półwieczu. Sytuacja jak z teatru absurdu: półgłówki wybierają artystycznych analfabetów na doczesne wielkości przy radosnym beczeniu ćwierćinteligentów po polskich uniwersytetach. I dziwi cię, że Mrożek wyemigrował z Polski po raz drugi? No ale dobra, dosyć narzekania, i powtarzania w kółko tego samego. Trzeba robić swoje i przejść do trzeciej, 3, albo III (na pewno nie 3. jak piszą niedouki) części rozmowy. Tym razem o...

 

 

Copyright by Tomasz Sobieraj i Jan Siwmir, 2009. Kopiowanie całości lub części w jakiejkolwiek formie, bez pisemnej zgody autorów zabronione.

 

 

 

         

autoportret

Tomasz Sobieraj

 

 

 

<< leć do Wywiadów