czyli wesoła a inteligentna rozmowa nie tylko o literaturze między
Janem Siwmirem i Tomaszem Sobierajem
okraszona facecjami tudzież jadem
gadziny podłej i urodziwej
anarchopterokustem
albo dwudupcem
nizinnym
zwanej
Dwaj panowie S cz.3
O metodach naprawy.
Jan Siwmir –
Kraj, w którym
ludzie z wyrokami są elitą, a ci, którzy dzielą się chlebem z innymi
należą do przestępców z mocy prawa nie może być normalny. I nie jest.
Najgłośniej tutaj o kradzieżach krzyczą złodzieje, najbardziej słychać
głos dziwkarzy mówiący o wartościach, jakie niesie rodzina. Bandyci
składają pozwy w sądzie, mordercy prawią o życiu nienarodzonym, a
geriatryczni impotenci próbują wymóc na wszystkich celibat.
Czy może
dziwić, że redaktorkowie, którzy po znajomości załatwiają przychylne
recenzje swoich nudnych książek uderzają właśnie w tę strunę? Niestety, w
Polsce, gdzie wszystko postawione jest na głowie, to standard.
Jedyne, co
mnie jeszcze dziwi, choć coraz mniej, to reakcje zwykłych ludzi. Tych nie
postawionych na stołkach.
Wystarczy
przecież zbojkotować wszystko, co nam przeszkadza, zignorować struktury,
instytucje, firmy czy pisma, które zatrudniają pachołków obrażających nas
wszystkich. Prosta ekonomika wymusiłaby na nich zmianę frontu.
Czy
naprawdę w Polsce trzeba kupować tylko te książki, które mają kiepskie
recenzje? Na litość boską, ludzie kupują Grocholę, Wiśniewskiego,
Sapkowskiego, Sobieraja czy Siwmira, a stada nuuuudziarskich kalek
intelektualnych rzucają tym ludziom w twarz, że skoro im się taka
twórczość podoba, to są grafomanami i kucharkami literatury.
Śmiem
twierdzić, że krytycy, którzy rzucają narodowi w twarz, że nie dorósł on
do ich, krytyków poziomu szybko przestaliby się pojawiać na łamach
bojkotowanych gazet.
Może to
właśnie jest pierwszy krok do znormalnienia i odzyskania własnej godności,
systematycznie gwałconej przez bandę miernot, która w kółku wzajemnej
adoracji ustaliła własne kryteria oceny twórczości. Kryteria w skrócie
polegające na tym, że to, co oni stworzą jest dobre elitarne i cool, a to,
co stworzą bardziej utalentowani nie jest w ogóle twórczością. Innych
kryteriów biedacy nie potrafiliby spełnić. Taaaa, każdy orze jak może...
Tomasz
Sobieraj
– widzę, że polityka też cię rusza a twój elegancki nóż sprężynowy w
kieszeni gotowy jest do użycia. I słusznie, bo ryba psuje się od głowy, a
państwo od jego urzędników – dlatego odpowiednio wcześnie należy odciąć
głowę. Pozwól, że pobrnę dalej w dygresje – taka już ma swawolna natura,
niech mi Czytelnicy wybaczą.
Przyczyną
zgnilizny jest to, że w naszej pozornej, gównianej demokracji, niezbyt
rozumne, coraz gorzej wykształcone masy ludowe wybierają na swoich
przedstawicieli tych cwanych chamów, którzy w czasie kampanii wyborczych
opowiadają najładniejsze bajki, czyli, że użyję pięknego staropolskiego
słowa określającego tę czynność, pierdolą. A ludzie lubią słuchać bajek i
wierzą w nie, bo są głupi. Potem te wybrane do rządzenia chamy zapominają
o obietnicach, państwie i narodzie i zaczynają kręcić swoje własne lody.
Opcja polityczna nie ma tutaj znaczenia – wszyscy kłamią, oszukują i mają
podwójną, albo i potrójną moralność, jak na chamów przystało. Ewentualne
stopnie naukowe czy inne bzdurne papierki nie czynią między nimi różnicy,
poza tą, że chamy z magisterium, doktoratami i profesurami lepiej się
maskują i swobodniej brylują na „salonach”, gdzie jeszcze śmierdzi
obornikiem a po klepisku wala się słoma, która wypadła „elitom” z
gumofilców. Naród za to płaci duże pieniądze – z czego w większości nie
zdaje sobie sprawy – patrzy i rozdziawia gęby, bo rzeczywistość nie zgadza
mu się z bajką, i żeby nie poczuć się wydymanym, zaczyna działać podobnie,
tylko w mniejszej skali.
To ciekawe,
skąd w tym ponoć katolickim na wskroś kraju tyle kłamstwa, nienawiści,
złodziejstwa, oszustwa, cwaniactwa, ohydy, głupoty, zamiast czystego
dobra, uczciwości i miłości? Odpowiedzią może być, jak to często się
zdarza, historia i biologia. Myślę, że jest tak dlatego, że tkwi w naszych
genach natura pańszczyźnianego chłopa, niewolnika z jednej strony
wykorzystywanego przez niedomytego, głupawego szlachciurę, z drugiej
cwaniakującego, kombinującego jak wykiwać innych. Z kolei ten zapłotkowy
szlachciura i zdegenerowany arystokrata to hamulec społecznego postępu,
feudalny pan występujący przeciwko zaborcom, którzy nieśli cywilizację,
jednocześnie to niedościgły wzór i autorytet dla ciemnego ludu. Ten
gigantyczny rozziew doprowadził do polskiej schizofrenii. Swój bagaż
dorzuciła krótka niepodległość, pławiąca się w głupocie ówczesnych Dyzmów,
kompromitująca się antysemityzmem i ogólnie pogardą dla niepolskich
mniejszości oraz państw sąsiedzkich; po niej nastąpiła eksterminacja
inteligencji dokonana przez faszystów i komunistów, dalej stworzenie w PRL
ćwierćinteligenta, czyli w końcu awansowanie chama, zaś ostatnia zdobycz
tego kraju to wytworzenie przy pomocy zachodniego kapitału potulnego
białkowego robota, takiego Homo consumatus felix. Zaczynam wierzyć,
że Polska to miejsce przeklęte, dlatego wszystko jest tu zawsze jakieś
nieudane, niedorobione, niedokończone, kulawe, pozorne, fałszywe, takie
jak to opisywali nasi wielcy pisarze i poeci. Tutaj przecież nawet
katolicyzm jest pozorny, jak zresztą większość rzeczy istotnych czy
potencjalnie choćby dobrych. Kościół jest skompromitowany współpracą z
bezpieką i życiem ponad stan, do tego kompletnie rozłożył ewangelizację,
zrzucając ją na barki idiotycznego systemu oświatowego i
nauczycieli-półgłówków uczących co najwyżej katolickich pacierzy i
piosenek. Ze zwykłej obserwacji rzeczywistości widać, że Polacy mają w
dupie papieża i religię pojmowaną jako „naukę” Kościoła – w gruncie rzeczy
to poganie, zabobonne ciemniaki wierzące w czary, jasnowidzów, wróżki i
horoskopy dzikusy, uwiedzione jedynie katolickim widowiskiem, teatrem
mszy, obrządkami i mitami, nie istotą religii, nie jej wymiarem
metafizycznym. Religijność jest tutaj na pokaz i nie ma związku z cechami
najbardziej nas, ludzi, różniącymi od zwierząt – moralnością i
duchowością. Te dwie cechy są u nas w stadium zarodka, który chyba nigdy
już się nie rozwinie; otorbi się i będzie tkwił jak jakieś obce ciało
(dopóki nie usunie go jakaś specjalna zachodnia tabletka, zabijająca
wszelkie przejawy ducha). W efekcie etycznego niedorozwoju, potomków Lecha
interesuje tylko trwanie w zakłamaniu, w bezmyślnym i szczęśliwym – bo
nieuświadomionym – niewolnictwie, puszenie się i sadzenie, małpie
popisywanie się przed sobą. Standardem jest tutaj przestępczość,
bynajmniej nie wyrafinowana, niespłacane długi, wielkie domy i samochody,
noszone z dumą podróby drogich ciuchów i zegarków, wystawne komunie i
śluby – a wszystko na pokaz, by zadziwić sąsiadów, podnieść samoocenę, nie
czuć się gorszym. Próżność i obrzydliwa, podniesiona do kwadratu
dulszczyzna, taka jest rzeczywistość. A dalej? Ksenofobia, zazdrość,
pijaństwo, złodziejstwo, tchórzostwo, lanie żony po mordzie, kurestwo,
macanie własnych dzieci, brudne dupy i paznokcie, giertychowska matura (co
najwyżej licencjacik na prywatnej uczelni), podkulony w pracy ogon, strach
przed wszystkim, szacunek tylko dla innych chamów – silniejszych, z
większymi pieniędzmi, na wyższych stanowiskach, tymi z telewizora i gazet,
jednocześnie pogarda dla starszych, biednych, obcych, słabszych.
Jan Siwmir
– Dołożyłbym jeszcze zawiść i wyjątkowe traktowanie swoich pobratymców.
Dla typowego Polaczka każdy, kto urodził się w Polsce, a nie należy do
ścisłej grupy wymiany dóbr i usług, to potencjalny konkurent, którego
trzeba tępić, natomiast obcokrajowiec (wszystko jedno z jakiego kraju na
zachód od Nysy) jest hołubiony niczym święty derwisz cudotwórca. Wobec
czego dla każdego mądrego (nie mówię o inteligencji, bo to dwie różne
rzeczy!) człowieka urodzenie się w Polsce jest podwójnym przekleństwem.
Zaszczuty przez kolesiostwo, nie ma nawet szansy, żeby satysfakcjonująco
wyemigrować. Za granicą bowiem będzie dokładnie odwrotnie: on będzie, jako
element napływowy, traktowany jako gorszy od tubylczej wspólnoty, którą
łączą silnie więzy nie tylko krwi, ale i terytorium.
Tomasz
Sobieraj
- Oczywiście, jak każde uogólnienie i to jest krzywdzące, w tym przypadku
dla autentycznych elit, do których zaliczam ludzi przyzwoitych, o wysokim
morale oraz małą garstkę zaszczutych, pochowanych gdzieś w prywatnych
enklawach prawdziwych intelektualistów, nie mających w istocie wpływu na
nic i chyba już nie chcących go mieć, zawsze przez wszystkich traktowanych
w Polsce z pogardą, niechęcią, w najlepszym wypadku tolerowanych. I będzie
jeszcze gorzej z moralnością i potencjalną mądrością tego narodu.
Przyczynia się do tego upadek instytucji rodziny, zanik wszelkiej
duchowości, odwrócona aksjologia, malejące standardy w oświacie narzucane
celowo przez władzę by naród był jeszcze głupszy, rosnąca jak złośliwy
nowotwór polityczna poprawność – czyli zakłamanie, łagodne ale nierówne
dla wszystkich prawo, obrzydliwa słodka lub nadęta medialna indoktrynacja
– takie gładkie pierdu-pierdu oderwane od rzeczywistości. To wszystko
sprawia, że dojrzewają kolejne pokolenia pseudonaukowców,
ćwierćinteligentów, cwaniaków, chamów i debili, niesamodzielnych myślowo
białkowych maszyn cechujących się skrywaną agresją lub – rzadziej – krowim
spokojem, bezwzglednym brakiem refleksji, posłuszeństwem systemowi,
przystosowanych do niewolniczej pracy i tępej konsumpcji. Wśród nich
pojawiają się grupki naszych ulubieńców: krytyków-analfabetów i
pisarzy-przygłupów; o pozostałych, szczególnie „artystach” plastykach oraz
innych artystycznych niedoukach też tutaj wspomnę, bo w końcu mówimy o
całej tak zwanej sztuce, o ile pamiętam. A w ludziach takich jak ja,
którzy chcą niewiele: prawdy, mówienia wprost, logicznych i względnie
sprawiedliwych zasad działania systemu, wolności słowa, mądrego ludzkiego
prawa, porządku, równości dla wszystkich, i paru jeszcze rzeczy, które
funkcjonują w państwach cywilizowanych – rośnie frustracja. U jednych
znajdzie ona ujście w twórczości, u innych w zbrodni czy chuligańskich
wybrykach, jeszcze inni zwariują albo zachorują na serce czy raka.
Jan Siwmir
– Chorować, to ja już choruję, a od chuligańskich wybryków i zbrodni mam
bohaterów kryminałów. Może, przynajmniej na razie, wystarczy.
Ale frustracja,
o jakiej mówisz, nie dotyczy wyłącznie ludzi mądrych. W środowisku
artystycznym szczególnie widać, że jest to częsta przypadłość, mylnie
zwana wrażliwością. Otóż pisarze wszelkiej maści są rzekomo tak wrażliwi,
że nie można z nimi inaczej porozmawiać jak tylko głaszcząc i ćwierkając
na ich temat. Inaczej lezą jak knur w błoto do pubu czy innej offowej
mordowni, upierdalają się w trupa i
wylewają łzy, bo świat ich nie rozumie, a oni taką głęboką duszę
posiadają. Hehe, dupę może, ale nie duszę. Ich rozdźwięk ze światem polega
na przepaści pomiędzy chęciami a możliwościami. No, kruca, chciałoby się
być wieszczem ino, talentu nie staje. Przekonanie o swojej wyjątkowości
nijak u nich nie idzie w parze z umiejętnościami. Stąd frustracja,
obgryzanie pazurów, wyrywanie włosów z głowy i lament. A głupi tłum uważa,
że to przejaw wyjątkowej wrażliwości. Moim zdaniem drażliwości na swój
temat. Wyłącznie!
Tomasz
Sobieraj - No dobra, dosyć już filozofii, socjologii i polityki.
Mówiłeś o prawach ekonomii, które by oczyściły tę kulturalną (i nie tylko)
stajnię Augiasza, w której tkwimy (ja przy oknie, z widokiem na góry!).
Jan Siwmir
– A ja przy piecyku, hehe.
Tomasz
Sobieraj
– Nie przerywaj, bo po łapach dostaniesz.
Owszem, stajnię
wyczyścić można, ale pod jednym warunkiem, o którym już wspominałem:
zlikwidowania wszystkich dotacji na kulturę. Póki one są, jakieś grupki
cwanych niedouków skupione wokół domów kultury, urzędów gmin, sejmików
wojewódzkich, muzeów itp. publicznych instytucji administracyjnych lub
kulturalnych będą się wspierać, uzasadniać swoje istnienie, wydawać jakieś
gazetki, tomiki wierszyków, robić akcje, wystawy, festiwale, ferować
wyroki, dzielić nagrody, a prym będą w nich wodzić artystyczni (i
rzeczywiści) analfabeci oraz ludzie splątani układami, słabi, oportuniści,
niechętni wszystkiemu co nowe, odmienne, co poza konwencją, poza tzw.
towarzystwem. Ale żyjemy w socjalizmie, od którego nie ma odwrotu i stan
obecny będzie się pogłębiał – a jakby było pięknie, gdyby każdy płacił za
swoje fanaberie, albo znalazł prywatnego sponsora! A tak musimy wszyscy
płacić za filmy Wajdy, podróże Stasiuka czy Masłowskiej, teatrzyk Jandy,
jakichś Mroczków tańczących z Cichopkami, nażelowany czub redaktora
Kurzajewskiego – oni wszyscy kręcą niezłe lody za publiczne, czyli nasze
pieniądze. My też chcemy, Jasiu, co nie? Jak równość, to kurwa równość,
także dla nas i innych niedocenianych artystów. Chętnie udam się na
światowe tournée po dwudziestu paru Instytutach Polskich, a jak jeszcze
MSZ załatwi mi tłumaczy moich książek i promocję na Zachodzie, będę
naprawdę zadowolony. Program w publicznej telewizji też nie zawadzi – w
końcu jest publiczna, czyli również moja, i skoro może promować jakichś
wesołkowatych, rozwrzeszczanych czy podrygujących półgłówków, to może też
dla tego jednego procenta mądrzejszych, samodzielnie myślących Polaków
promować mnie. Na pewno będzie to ciekawsze i zabawniejsze niż te
serwowane od lat dla nieco bardziej rozgarniętych tubylców smętne ryje
polityków, wystające z ekranu.
I jeszcze
jedno – zauważ, że ja łapy po publiczną kasę nie wyciągam by wydać swoje
książki, dofinansować je, zwiększyć nakład czy zrobić promocję. Wydawca
płaci i ryzykuje. Jeśli natomiast mam kaprys i chcę wydać coś, co nie ma
szans na sprzedaż, ale według mnie jest warte pokazania światu, wydaję to
za swoje pieniądze, które zarabiam jako komercyjny fotograf i grafik, albo
sponsoruje mnie żona – i to jest uczciwe! Podobnie robił Witkacy – żył z
Firmy Portretowej, z uczciwej pracy, nie z żebraniny czy kombinacji
kolesiów na publicznych pieniądzach, jak dzisiejsi „wielcy” i uznani.
Współcześnie postawa taka jak moja czy Witkacego wydaje się jednym
nadludzka, innym naiwna. Chuj z tymi drugimi. Niezmiennie uważam, że
należy zabrać koryto. Niech świnie idą w las i same nazbierają żołędzi.
Jak zwykle
odbiegłem od tematu, do tego chyba zacząłem się powtarzać, ale właściwie
nie mam w kwestii naprawy zepsutego państwa i kultury wiele do
powiedzenia. Jestem skrajnym pesymistą, co podobno dowodzi inteligencji.
Mogę jednak pozwolić sobie na prorocze wizje. Uważam, że sytuacja jeszcze
się pogorszy. Politycy-przebierańcy ochoczo ale nieudolnie udający
współczesną arystokrację, otoczą się miernymi ale wiernymi „artystami”
rozdając im publiczne pieniądze wypracowane przez współczesnych
niewolników (czy pańszczyźnianych chłopów – jak wolisz); nazwie się to
szumnie „misją”, „rolą kulturotwórczą” i „mecenatem” państwa, a w gruncie
rzeczy takie szastanie posłuży podtrzymywaniu kolesiowskich układów,
nepotyzmu i korupcji; ogarnie to wszystkie szczeble administracji, a
rzesze „artystów” urosną w tempie geometrycznym – bo jak już ktoś
kompletnie nic nie potrafi, jest zupełnym nieudacznikiem, to przecież
zawsze może zostać artystą lub krytykiem czy przynajmniej działaczem na
niwie kultury. Wspomniani wyżej niewolnicy zapatrzeni w coraz głupsze
programy rozrywkowe w telewizji i internecie, ulegną całkowitemu
otumanieniu. Książki – i to raczej podręczniki szkolne i akademickie,
poradniki, kryminały i romanse – będzie czytać może dziesięć procent
społeczeństwa. W muzeach wystawi się największe osiągnięcia awangardy i
artystycznego geniuszu: rozkładające się zwłoki, kupy, brudne talerze,
obsikane krzyże, filmiki przedstawiające umieranie, sranie, smażenie
naleśników. Zwycięży łatwość, nieudolność, nieważność, kretyński gest i
technologia cyfrowa. Zatriumfuje Anda Rottenberg i podobni jej – tu
zacytuję Gombrowicza – „upupiacze” autentycznej wysokiej kultury, która
ich zwyczajnie przerasta, której estetyka, myśl, waga są dla nich
niezrozumiałe, wręcz nieznośne, dlatego pod szyldem awangardy nieustająco
będą promować artystyczny rynsztok. „Wielcy” pisarze przestaną tworzyć
„dzieła” w skupieniu i zaciszu domowej biblioteki, zaczną pisać w gwarze
kawiarni, w metrze, w pociągu, w biegu, na serwetkach lub wyposażeni w
przenośne komputery, będą pisać szybko, publicznie i tandetnie, tak jak
żyją i jakimi są. Sasnal wystawi w Zachęcie obsrane majtki i sprzeda to
dzieło za milion dolarów do MOMA. Robakowski zrobi wideo art o tym, jak
mężczyzna z przerośniętą prostatą sika na przystanku, i powie, że to
konstrukcja w procesie, po czym Anda Rottenberg zemdleje z zachwytu. Wajda
nakręci film o Zanussim z Jandą w roli głównej pt. Człowiek z pumeksu
i dostanie kolejną Bardzo Ważną Nagrodę za wytyczanie nowych dróg w
sztuce filmowej, ponieważ w filmie zagrają aktorzy, będzie też muzyka i
obraz. Dukaj zadziwi już nie tylko Polskę ale cały świat, bo napisze
jeszcze grubszą książkę – proponuję mu jakieś pięć tysięcy stron, albo co
tam, nawet sześć tysięcy – i zostanie ona wysłana w kosmos jako największe
dzieło ludzkości. Masłowska wydali poemat narodowy prozą, złożony tylko ze
słów „chuj”, „kurwa”, „jebać” i „dupa”, opisujący w sposób barwny,
bezkompromisowy, uniwersalny i jedynie prawdziwy ponurą polską
rzeczywistość, czyli mieszkańców śmietnika na Ursynowie, i obnaży też
jakieś tabu; dostanie za nią nagrodę Nike; książka zostanie lekturą
szkolną i wtedy spokojnie już sobie poklniemy na ulicy tłumacząc
niedorozwiniętemu strażnikowi miejskiemu, że to przecież wielka
współczesna literatura więc niech spierdala. Nieznana dotychczas nikomu
szesnastoletnia poetka zadebiutuje genialnym zbiorem poezji Pizdy w
upławach i dostanie Paszport Polityki; w uzasadnieniu jury stwierdzi,
że jeszcze nikt w literaturze nie przełamał tabu pizdy i upławów.
Koleżanka lub kolega z telewizji dostanie nagrodę mediów publicznych
Cogito. Za granicą Polska nadal będzie promować sztukę rynsztokową,
utrwalając w ten sposób stereotyp Polaka-debila, człowieka niższego
gatunku (ciekawe, jaki państwo polskie ma w tym interes? czy ono jeszcze w
takim razie polskie? dlaczego Polska daje dowody zwolennikom hitlerowskiej
teorii o niższości Polaków?). Zaś twórcy tacy jak ja będą tworzyć dla
jednego promila ludności. I to jest dobra wiadomość: są w tym kraju trzy –
cztery tysiące ludzi, dla których warto pisać, podjąć z nimi
intelektualny dialog, dać im alternatywę dla coraz większego rynsztoka. I
więcej mi nie trzeba. Owszem, zależy mi na uznaniu i popularności, ale
tylko wśród autentycznych elit, a te przecież nie mogą być liczne.
Narobiłem
sobie tymi wypowiedziami wrogów, którymi można by obdarzyć kilku ludzi.
Trudno. Zobaczymy, kto poczuł się najbardziej dotknięty. I jeszcze na
koniec wyjaśnię, dlaczego czepiam się w tym tekście niektórych osób.
Jestem dobrze ułożony więc wypada mi to zrobić. Krótko:
1. Stasiuk i
Dehnel: teza i antyteza. Stasiuk jest przystojny, męski, wrażliwy, i ma o
czym pisać, tylko nie ma dobrego pisarskiego warsztatu; gdyby tak połączyć
jego siły z Dehnelem, który nie jest przystojny i męski, ale za to ma
pelisę po dziadku, przeczytał Balzaka i umie pisać, tylko nie ma o czym,
powstałoby dzieło nadzwyczajne. Powinniśmy tych panów jakoś połączyć, albo
znaleźć takiego, który miałby warsztat Dehnela i pomysły Stasiuka. Dalej:
obstawiam Stasiuka do Nobla. On wszystko wysyła do Biblioteki Noblowskiej
w Sztokholmie, więc może zauważą, jak już zajmie cały regał. Tylko
Bodegard albo Kjellberg muszą go przetłumaczyć na szwedzki, żeby
zatuszować warsztatowe braki naszego geniusza.
2. Ta
nieszczęsna Masłowska: cóż, w zasadzie nie przeszkadza mi jej wulgarność i
ohydny obraz społeczeństwa, który przedstawia, bo taka jest rzeczywistość;
też ją podobnie postrzegam. To jest potrzebna, oczyszczająca nasz grajdół
literatura. Ja też mam dosyć tego miodku, tych słodkich pierdół dla
różowych idiotek wypisywanych przez grafomanów pokroju Noszczyńskiej. Mój
zarzut jest inny: Dorota Masłowska nie potrafi pisać inaczej niż to robi,
udowodniła to wszystkim, co dotychczas (jest wiosna 2009) wyszło spod jej
pióra. Treść jej utworów i ich język to nie jest celowy zabieg, sztuka,
kreacja, świadome działanie, zabawa tworzywem, wyrafinowana demiurgia,
tylko odtworzenie rzeczywistości własnym, prymitywnym językiem autorki,
coś, co może zrobić każdy osiedlowy parch po podstawówce. Nie ma tutaj
analogii z Gombrowiczowską kreacją. Gombrowicz, chociaż infantylny
kabotyn, umiał pisać i miał o czym, ale robił sobie jaja (dziś już nikt
się na to nie odważy) – Masłowska nie. Ona inaczej nie umie. Jest
autentyczna w swej nieudolności. Ale kto wie, może za dwadzieścia lat
kobita dojrzeje, zacznie myśleć, przeczyta parę książek, nauczy się
pisać i zaskoczy mnie dziełem naprawdę wielkim. Ona ma szansę na wielkość,
jest wrażliwa i spostrzegawcza, tylko brakuje jej pisarskiego warsztatu i
erudycji, zatem lata pracy i nauki przed nią – jeśli jej się będzie
chciało, w co wątpię.
3. Świetlicki:
sympatyczne chłopię i dobre. I piosenki śpiewa, i papierosy pali, ciemne
okulary nosi, ale mimo tych zabiegów poeta mizerny, podwórkowy, nieudolny;
nie wiem jak z jego kryminałami, bo nie czytałem, ale to teraz popularny
gatunek więc rozumiem, że traktuje to jako chałturę. Jest nadzieja, że
może pójdzie dalej, ale to podobnie jak u Masłowskiej, wymaga nauki i
pracy, a na pracusiów to oni mi nie wyglądają. Łakną sukcesów, a to na
prawdziwe szczyty nie prowadzi. Oni są w kolejce na Gubałówkę – no ale to
i tak dużo.
4. Działacze na
niwie, krytycy: są tacy, których zaangażowanie i pracę podziwiam, bo mnie
by się nie chciało robić tyle dla innych. Wykonują kawał porządnej roboty
dla kultury. Większość jednak – tak jak mówiłem. Dlatego ciągle mam
uczucia mieszane względem finansowania kultury przez państwo. Do tego
realnie patrząc, moje rozwiązania są utopijne. Więc nic się nie zmieni: z
jednej strony będą w małej grupce ludzie z powołania, z głęboką wiedzą,
zaangażowani, utalentowani, z drugiej, stanowiący większość dekownicy,
nieudacznicy, cwaniacy i analfabeci. No ale cóż, demokracja, wszyscy
przecież są równi.
Na tym
chyba zakończę mój długi wywód, bo właśnie sobie pomyślałem, że kiedyś, w
przyszłości, moglibyśmy napisać książkę pt. Kulturalny leksykon dwóch
Panów S, w którym byśmy wesoło charakteryzowali naszych ulubieńców i
ich poczynania. Ale to gdy skończę pisać swój genialny poemat dygresyjny
Krawiec (gdzie także wystąpią znani i lubiani literaci i nie tyko)
a moja żona Wioletta wyda swoje najnowsze społeczno-krytyczno-satyryczne
dzieło Aleja Róż. Oj, to będą potężne kije w mrowisko, jeśli nie
dynamit! Ale tak się przechodzi do historii – indywidualizmem, łamiąc
konwencje epoki i schematy myślenia, nie zaś bezwolnie się im poddając.
Jan Siwmir
- Zauważ, kto się na ten indywidualizm i pójście pod prąd odważa. Nie
młodzi, nasto- czy dwudziestoletni, ale ludzie z naszego pokolenia.
Ci, którzy
dobiegają do trzydziestki nazwani zostali pokoleniem NIC. To jak nazwać
dzisiejszych ludzi wchodzących w dorosłość? Pokolenie „Mamrotów”? Oni nie
mają pasji, żyją na półtonach, leniwie konsumując i wydalając, nierzadko
niestrawione, fragmenty tego, co przygotowują starsi. Ni talentu, ni
ochoty, ni oryginalności. Bo przecież ileż lat można nazywać nurt
obszczymurski awangardą?? Są to już wyłącznie szambolubne popłuczyny po
dadaistach, formistach czy futurystach. Na przełomie wieków zawsze do
głosu dochodzą grzebacze w śmieciach, każąc się nazywać zwiastunami nowej
epoki, gdy faktycznie są niczym innym jak kolejnym pilotem serialu klasy
C. Te pokolenia są już stracone, wychowane na pół gwizdka, boją się
głośniej odetchnąć, żeby broń Boże, nie poruszyć w sobie pokładów
namiętności, które wysublimowane w sztukę dałyby nową jakość i porwały za
sobą tłum, nie tombakową plastikowością, albo z drugiej strony szarą nudą
ubraną w pozór wielkiego dzieła, ale
autentycznym pięknem ożenionym z zaangażowaniem i kunsztem talentu..
Tomasz
Sobieraj - To już naprawdę na koniec piękna myśl Norwida, która może
stanowić motto naszej rozmowy: „Nie ten ptak zły, co własne gniazdo kala,
ale ten, co mówić o tym nie pozwala”. Amen.
Copyright by Tomasz Sobieraj i Jan Siwmir, 2009. Kopiowanie całości lub
części w jakiejkolwiek formie, bez pisemnej zgody autorów zabronione.