PREMIERA W KSIĘGARNIACH
w drugiej połowie
czerwca 2009 r.
Jan Siwmir - Piotr Pochuro to pseudonim?
Piotr Pochuro - Częściowo. Mam na imię Piotr, ale ponieważ nie chciałem
widzieć swojego nazwiska przy każdej okazji podczas przechodzenia koło
księgarni, wymyśliłem sobie pseudonim. Moje prawdziwe nazwisko pozostawiam
do bardziej poważnych, codziennych i urzędowych spraw. Pochuro jest
"artystą". Po za tym ładnie brzmi. Przynajmniej mi się podoba.
JS - Tak Cię nazywali, gdy pracowałeś w policji? Czy może jest to
pseudonim wymyślony tylko na potrzeby literackie?
PP - Jak już wspomniałem wcześniej jest to wymyślony pseudonim na potrzeby
literackie. Gdy służyłem w policji miałem inne pseudonimy nadawane przez
kolegów. To normalne w każdym środowisku, że zazwyczaj nazywamy się
przydomkami, pseudonimami. Sam się czasami łapię na tym, że gdy spotykam
kolegę policjanta ni w ząb nie potrafię przypomnieć sobie jego
prawdziwego imienia ani tym bardziej nazwiska. Kolegów i koleżanki
szkolne pamiętam zarówno po prawdziwych imionach i przezwiskach. Bo
nauczyciele zawsze czytali listę przed lekcją , to się utrwaliło. A w
policjanci wołają na siebie ksywkami i już. Ja miałem różne przezwiska.
Ale najbardziej lubię ksywkę, jaką mi nadali koledzy z wydziału
kryminalnego na komendzie, gdzie pracowałem. Nazywali mnie Lokomotywa. Do
dziś niektórzy z nich tak się do mnie zwracają podczas spotkań.
JS - Czy słowo Pochuro coś oznacza? Skąd się wzięło?
PP - Gdy je wymyślałem nic nie znaczyło. Ale gdy wszedłem do Internetu i
wrzuciłem nowo powstały wyraz w wyszukiwarkę ukazało się ileś stron, gdzie
to słowo występuje. Zdaje się, że jest to jakiś hiszpański wyraz, ale jego
znaczenia jeszcze nie zgłębiłem. Kiedy narodził się Pochuro? Doskonale
pamiętam gorące dyskusje jakie zapamiętale wiodłem ze swoimi przyjaciółmi
i znajomymi na temat policji i pracy policjantów. Kiedyś padły w takiej
pełnej pasji dyskusji słowa, którymi mój adwersarz określił, co policja
robi. I wtedy narodził się POCHURO. POlicja RObi, a środku jeden wyraz
często błędnie na parkanach pisany przez samo "H" a nie "CH" . POCHURO.
Pod tym pseudonimem na łamach Portalu Kryminalnego zadebiutowałem kilkoma
opowiadaniami. Piotr Pochuro powstał, gdyż pracownicy wydawnictwa "Branta"
przekonali mnie, że lepiej jest aby na okładce było imię i nazwisko. I tak
powstał Piotr Pochuro.
JS - Z notatki biograficznej wiem, że pracowałeś w wydziale
kryminalnym. Jaki miałeś stopień? Czy ktoś Tobie podlegał?
PP - Rozpoczynałem służbę w stopniu szeregowego w Oddziałach Prewencji
Komendy Stołecznej Policji gdzie odbywałem zastępczą służbę wojskową.
Zgłosiłem się "na ochotnika", bo musiałem mieć jak to się ładnie mówi
uregulowany stosunek. Do służby wojskowej oczywiście, jeśli chciałem
służyć dzielnie Narodowi w szeregach policji. W tym czasie akurat
zgłębiałem tajniki nauczania przedszkolnego na warszawskim SN - nie. Do
dyplomu zostało mi jedynie pół roku. Już nie było mi pisane przystąpić mi
do niego. Po odbyciu zasadniczej służby w Oddziałach Prewencji rozpocząłem
służbę w Batalionie Patrolowo - Interwencyjnym KSP. Dalej w stopniu
szeregowego, przepraszam, posterunkowego. Gdy przechodziłem do służby w
wydziale kryminalnym miałem stopień sierżanta. Kończąc służbę w policji
miałem stopień starszego aspiranta. Nigdy nie pełniłem w policji funkcji
dowódczych, zawsze byłem "od czarnej roboty". Choć zdarzało mi się
dowodzić mniej, lub bardziej udolnie różnymi akcjami. W tamtych czasach
było przyjęte, że osoba prowadząca sprawę podczas realizacji dowodzi
całością działań. Czyli zdarzało się, że jako sierżant wydawałem podczas
własnych realizacji polecenia komisarzowi. To było normalne. Z resztą w
pionach kryminalnych nie obowiązuje taka ścisła hierarchia jak w służbach
mundurowych. Było normalnym zjawiskiem, że taki sierżancina jak ja walił
pięścią w naczelnikowski stół. To się nazywało odprawa służbowa. Po prostu
każdy miał prawo i obowiązek powiedzieć jakie ma zdanie w prowadzonej
przez siebie sprawie. I przełożony nigdy nie podjął decyzji sprzecznej ze
zdaniem podwładnego bez wysłuchania jego racji. Bardzo często były to jak
już wspomniałem gorące dyskusje. Ale jeśli przełożony wydał polecenie,
wszelkie dyskusje się ucinały i przystępowaliśmy do realizacji. Bo to
wtedy on brał na siebie konsekwencje. Gdy porównuję te zasady przyjęte w
policji do cywilnych firm i instytucji to jest różnica jak między niebem a
ziemią. W powszechnej opinii w mundurowej instytucji jaką jest policja nie
ma miejsca na samodzielne myślenie. Tymczasem prawda jest inna. Służąc w
policji bardzo często miałem zupełnie inne zdanie niż moi przełożeni i
głośno i wyraźnie je artykułowałem. I było ono brane pod uwagę. W
cywilnych instytucjach przełożony jest Bogiem a pracownicy często udają,
że nie mają własnego zdania. A głośno je wyrażają wtedy, gdy przełożony
ich nie słyszy.
JS - Możesz opowiedzieć o akcji, w której doznałeś urazu kolan? Oczywiście
tyle ile możesz, bez ujawniania tajnych szczegółów?
To było podczas mojej służby w CBŚ. Wtedy ta formacja jeszcze nazywała się
Biurem do Walki z Przestępczością Narkotykową Komendy Głównej Policji.
Mieliśmy zlikwidować nielegalną wytwórnię amfetaminy ulokowanej w wiosce
na terenie Mazowsza. Mieliśmy informację, że w jednej z tamtejszych
posesji kończy się właśnie cykl produkcyjny tego narkotyku a kontrahent
już niecierpliwie czeka aby odebrać gorący towar. Wiedzieliśmy, że chemik
za moment wyruszy do Warszawy na spotkanie i przekazanie towaru.
Dowodzący akcją uznał, że jest to właściwy moment do realizacji sprawy.
Została przygotowana zasadzka. Byłem w grupie wyznaczonej do zatrzymania
delikwenta. Wiadomo było, że jest on osobą zdeterminowaną, ma broń i zrobi
wszystko, aby nie dać się zatrzymać. Naszego planu nie zrealizowaliśmy, on
swój tak. Wtedy nie dał się zatrzymać. Przebił się przez blokadę. Przeze
mnie bezpośrednio. Widziałem pędzący wprost na mnie samochód. Kierowca
mógł mnie ominąć, ale zdecydował się na rozjechanie mnie. Pamiętam ten
pędzący na mnie wóz. Nie miałem ucieczki. Myślałem, że przyszedł mój
koniec. Aby ratować swoje życie zdecydowałem się strzelać. Chemik był o
ułamek sekundy szybszy, zanim upadłem na maskę rozpędzonego wozu oddałem
niekontrolowany strzał w maskę samochodu. To temu kierowcy uratowało
życie. Na moment straciłem świadomość, ocknąłem się rozpłaszczony na
przedniej masce samochodu. W ręku wciąż trzymałem broń. Bałem się, że
kierowca zahamuje a ja spadnę pod koła wozu. Na pewno by mnie wtedy
przejechał. Nie mogłem do tego dopuścić, więc spróbowałem oddać kolejny
strzał i przyłożyłem pistolet do szyby samochodu. Refleks po raz kolejny
uratował kierowcy życie. Gwałtownie ruszył kierownicą a ja wyleciałem
wyrzucony siłą odśrodkową. Przeleciałem ze trzy, cztery metry w powietrzu,
spadałem głową w dół na ziemię. Udało mi się zamortyzować upadek,
przekoziołkowałem. Skórę na prawym ręku miałem startą do żywego mięsa o
szutr drogi. Upadłem nogami w kierunku oddalającego się samochodu. Co było
robić, strzelałem za nim celując pomiędzy stopami. Strzelałem ja i
pozostałe osoby biorące udział w akcji. Ogółem poleciało za nim ponad
trzydzieści strzałów. Życie kierowca zawdzięcza swojemu refleksowi, oraz
polskiej amunicji, która nie była w stanie przebić blachy auta a tylko
rozpłaszczała się na niej. W tym miejscu pragnę podziękować firmie "Mesko"
której produkty miałem nieszczęście używać. Dzięki tym wyrobom nie mam
dziś na sumieniu życia człowieka. Bandyta też człowiek. Udało mu się wtedy
wymknąć. Ja zostałem na drodze. Gdy przyjechało po mnie pogotowie
zaaferowany lekarz pochylił się na de mną. Po krótkiej indagacji nieco
zawiedziony stwierdził, że nie ma żadnych ran postrzałowych. Ranny
policjant zawsze kojarzy się z ranami postrzałowymi. Jeszcze tego samego
dnia zostałem poddany operacji prawego kolana, które zaraz po zabiegu
wtryniono w gips. Lewą nogę włożono w gips bez gmerania w jej wnętrzu.
Musiałem obiecać Lekarzowi, że gdy będę zatrzymywał samochody będę
zakładał żelazne buty. Kolegom lekarze powiedzieli, że już nie wrócę do
służby. Ze mną unikano rozmów na ten temat. W końcu dowiedziałem się, że
połowa sukcesu zależy ode mnie. I że czeka mnie bolesna rehabilitacja.
Bolesna, bo trzeba rozciągnąć przycięte nieco podczas operacji i
przykurczone ścięgna w nodze. Miałem ją cały czas zgiętą. Rehabilitacja
polegała na tym, że wieszano mi na tej nieszczęsnej nodze ciężary, aby pod
ich wpływem się prostowała. Po jakiś trzydziestu sekundach miałem
szczerze wszystkiego dość. Po kilku dniach wytrzymywałem już ze dwie
minuty i byłem z siebie dumny, choć łzy ciekły mi po policzkach i miałem
ochotę gryźć ściany. Wtedy dowiedziałem się, że właściwy zabieg rozpocznie
się wtedy, gdy wytrzymam trzydzieści minut. Każda minuta powyżej tego
okresu to właściwe prostowanie nogi. Wszystko co przed to tylko
rozgrzewka. Po dziewięciu miesiącach wróciłem do służby. Choć tylko do
zadań pomocniczych, przy biurku. Po kilku dalszych wróciłem do normalnej
roboty. Tak gwoli kronikarskiej ścisłości dodam, że chemik ukrywał się
przez dwa lata i został zatrzymany przez kolegów z mojego wydziału podczas
produkcji amfetaminy. Przez ten czas udoskonalił się w swoim fachu, bo ta
druga fabryka była o wiele wydajniejsza i lepsza technologicznie od tej
pierwszej. Podczas pechowej dla mnie akcji została zlikwidowana wytwórnia
narkotyku, została zabezpieczona broń palna, fałszywe pieniądze i
zatrzymano kilka osób, później zapadły w tej sprawie skazujące wyroki. I
jeszcze taka mała dygresja na koniec tego wywodu. W dniu naszej realizacji
obowiązywały przepisy, które za produkcję narkotyków przewidywały
śmiesznie niskie kary. W praktyce producent po dwóch, trzech miesiącach
pobytu w areszcie wychodził na wolność. I zgadnij, co robił? Produkcja i
handel narkotykami były i są nadal kontrolowane przez zorganizowane gangi.
Bo dawały kolosalne zyski. Gdyby ten mój chemik nie rozjechał mnie wtedy a
ominął, nikt by za nim nie strzelał. Byłby oczywiście ścigany. Po
zatrzymaniu groził mu i tak stosunkowo niewielki wyrok. Wybrał inne
rozwiązanie. I został skazany przede wszystkim za ciężkie uszkodzenie
ciała.
JS - Czy to było powodem odejścia ze służby?
PP - Czy ta akcja była powodem odejścia ze służby? Nie. Pracowałem jeszcze
pięć lat. Odszedłem z przyczyn osobistych, ale nie chcę się na ten temat
rozwodzić.
JS - Co robiłeś po odejściu z policji? Co robisz teraz?
PP - Wiodę spokojne życie cywila. Tutaj odezwę się do ludzi, którzy nie
mieli przyjemności zaznać smaku służby w policji. Ludzie, wy nawet nie
wiecie, jak wam dobrze. Idziecie do pracy, postresujecie się trochę i
wracacie do domów. Praca nie interesuje was aż do następnego dnia rano.
Pracowałem w dużej hurtowni, byłem odpowiedzialny za transport. Musiałem
koordynować pracę magazynu, kierowców własnych i z firm spedycyjnych,
działu handlowego i sprostać wymaganiom klientów. Podobno była to bardzo
stresująca praca. Tak mówili pracodawcy i współpracownicy. Ja bardzo miło
wspominam ten czas.
JS - Zacząłeś pisać. I to o tym jak działają policjanci. Jak zapatrują
się na to twoi koledzy i dawni zwierzchnicy?
PP - Gdy napisałem książkę "Dziewięć milimetrów do nieba" zamęczałem
rodzinę i przyjaciół prosząc o opinię i recenzję. Ty również Janie miałeś
okazję być molestowanym prze ze mnie w tym względzie. I wszystkim ten
tekst się podobał. Zachęcony tymi opiniami rozesłałem go do wydawnictw
licząc, że znajdzie wydawcę. Gdzie tam, zewsząd otrzymywałem odmowne
odpowiedzi. Zdecydowałem się w końcu opublikować ten tekst na Internetowym
Forum Policyjnym. Jak sama nazwa wskazuje, jest to forum policjantów i
pasjonatów policji. Nie była to łatwa decyzja, bo miałem świadomość, że
czytać tekst będą osoby doskonale znające realia o których piszę. A piszę
często bez taryfy ulgowej, pokazuję, że policjant również może popełnić
przestępstwo, popełniać błędy. I okazało się to strzałem w dziesiątkę.
Przez długi czas tekst był jednym z popularniejszych na forum, dostałem
mnóstwo wpisów od internautów z gratulacjami. Wśród czytających byli
również moi koledzy i przełożeni. Spotkałem się nawet z opinią, że ten
tekst powinien być lekturą obowiązkową dla nowo przyjętych policjantów na
kursach podstawowych w szkołach policyjnych. Wiem, że koledzy są
zadowoleni z treści tej książki. Bo odnajdują w niej siebie. Bo uważają,
że po raz pierwszy ktoś w sposób rzetelny pokazał pracę polskiego
policjanta. Nie jest przecież żadną tajemnicą, jakimi metodami posługują
się policjanci. Nikt nie ma na wyposażeniu kryształowej kuli, która
mogłaby wspomóc w rozwikłaniu zagadki. Tajemnicą jest, kto zostaje poddany
owym metodom. Główne wydarzenia przedstawione w książce są fikcją
literacką. Nie było takiej sprawy, przynajmniej ja nic o niej nie wiem.
Wszystko powstało w mojej głowie. Choć niektóre epizody zdarzyły się
naprawdę, choć w nieco innych okolicznościach. Przykładem tutaj może być
scena opisująca odwiezienie pijaka do izby wytrzeźwień. Całość z drobnymi
wyjątkami jest moim własnym wspomnienie, które nieci przerobiłem na
potrzeby książki. Kapitan Chaos i jego zachowanie jest wariacją na temat
pewnego znanego mi osobiście oficera dyżurnego. Znałem również policjanta,
który bardzo się denerwował gdy ktoś pomniejszał liczbę zgubionych przez
niego legitymacji służbowych. Stworzyłem postacie, wyposażyłem je w różne
charaktery a następnie poddałem różnym sytuacjom. Znając sposób myślenia
policjantów oraz strony przeciwnej starałem się oddać jak najwierniej ich
motywację podczas podejmowania różnych decyzji, często dramatycznych. Mam
nadzieję, że mi się udało. I że książka "Dziewięć milimetrów do nieba"
znajdzie uznanie wśród czytelników papierowego wydania, które niebawem
ukaże się w księgarniach. W tym miejscu pragnę podziękować Oficynie
Wydawniczej "Branta" jej prezesowi i pracownikom, że zdecydowali się wydać
tekst debiutanta, zamiast opublikować coś, co już osiągnęło sukces za
oceanem lub za granicami naszego kraju. Mam nadzieję, że czytelnicy będą
dobrze się bawić podczas lektury książki i z większym zrozumieniem i
sympatią podejdą do swoich policjantów.
JS – Słusznie jesteś wdzięczny
Oficynie Wydawniczej Branta. Nasz rynek nie sprzyja debiutantom. Zresztą
nie wiadomo czy jakikolwiek rynek im sprzyja. W końcu stanowią wielką
niewiadomą. Ja uważam, że swoją książką odniesiesz olbrzymi sukces. Mam
też nadzieję, że Wydawnictwo pomyśli o przekładzie na angielski i dogada
się z jakimś amerykańskim wydawnictwem. Amerykanie byliby zachwyceni, oni
doceniają autorów, piszących na podstawie swojego zawodowego
doświadczenia. Agenci, którzy odeszli z zawodu specjalizują się w
książkach sensacyjnych, byli wojskowi piszą o JAG, a emerytowani
policjanci są specjalistami od kryminałów. Chyba byś nie protestował?
PP - Nie protestowałbym. Nie miałbym nic przeciw. Ale zejdźmy na ziemię.
Jestem
ogromnie ciekaw, jak książka zostanie przyjęta tutaj, w naszym
grajdołku. Przyznam się, że będąc w liceum wymarzyłem sobie, że napiszę
książkę. Zawsze lubiłem pisać. Ale uważałem, że aby coś pisać, to trzeba
mieć o czym. W tym roku mija właśnie dwudziestolecie cudu, jakim było
zdanie przeze mnie egzaminu maturalnego. Moja Rodzicielka do dziś
przypisuje to wydarzenie siłom nadprzyrodzonym. Pamiętam, jak w kościele
przy Placu Grzybowskim przybijałem tabliczkę ufundowana przez Matulę pod
obrazem Świętego Antoniego - patrona rzeczy niemożliwych. Na tabliczce był
wygrawerowany tekst "dziękuję za syna". Dwadzieścia lat. Kawał czasu. I
stało się. Napisałem książkę a za moment pojawi się ona w księgarniach.
Jestem dumny, bo udało mi się zrealizować marzenie.
JS - Czeka Cię teraz spory wysiłek, będziesz bowiem musiał
współpracować przy promocji książki. Nie ma lekko, czytelnicy podczas
spotkań przyciskają każdego autora, zadając bardzo drobiazgowe pytania.
Nie przeraża Cię to?
PP - Przeraża. Ale nie raz patrzyłem śmierci w oczy, mam nadzieję, że nie spękam przed czytelnikami.
JS - Jest już pomysł na następną powieść?
PP - Mam kilka pomysłów. Co prawda po napisaniu "Dziewięciu milimetrów
do nieba" nie napisałem żadnej powieści. Nie miałem motywacji, byłem
nieco zniechęcony odmowami wydawców. Po za tym mam mały problem w
dopchaniu się do komputera. Przy trójce synów jest to naprawdę trudne. A
nawet jeżeli dokonałem tego nadludzkim wysiłkiem, to proces twórczy jest
skutecznie niwelowany przez ich sposób bycia, który nazwałbym nieco
hałaśliwym. Niestety, nie mogę pisać ręcznie, bo potem nikt nie jest w
stanie odcyfrować moich bazgrołów. Łącznie ze mną. Przez ten czas
napisałem kilka opowiadań, które spotkały się z zainteresowaniem
czytelników Portalu Kryminalnego.
JS - Masz jakieś specjalne życzenie, nadzieję, marzenie dotyczące swojej
powieści, które chciałby żeby się spełniło?
PP - Chciałbym, aby książka była źródłem dobrej zabawy. Po to ją
napisałem. I chciałbym, aby po jej lekturze u czytelnika pojawiła się
refleksja, chwila zadumy nad tekstem. Chciałbym, aby ta książka nie była
odbierana tylko i wyłącznie w swojej sensacyjnej, pełnej pościgów i
strzelanin warstwie. Ale żeby czytelnik dostrzegł w niej głębsze pokłady,
aby dostrzegł opowieść o ludziach stojących przed bardzo trudnymi
wyborami, działającymi pod olbrzymia presją. Mam nadzieję, że książka się spodoba i nie będzie
tylko i wyłącznie miłym przerywnikiem podczas posiłku lub popołudniowej
herbatki, ale będzie jedną z tych książek do których się wraca.
JS – Dziękuję za wywiad i trzymam
kciuki, żeby książka okazała się sukcesem wydawniczym!