<< powrót

 

Wielkanocne jaja

 

 

 

 

 -   Będziemy mieli gości w święta – poinformowała mnie żona, odkładając telefon. Skóra mi ścierpła i chyba popatrzyłem z wielkim wyrzutem w oczach, bo od razu dodała – Ale tylko na śniadaniu. Przyjadą wszyscy i będą chcieli odwiedzić także siostrę szwagra.

Trochę mi ulżyło. Do tej pory albo my byliśmy chorzy, albo teściowie, albo udawało się wyjechać w góry. Pewnie i teraz gdzieś byśmy się wybrali, jednak stęskniona rodzina wzięła nas znienacka, twierdząc, że skoro Mahomet do góry nie chce, to góra musi do Mahometa, więc nie zdążyliśmy zareagować. Rad nierad zobowiązałem się ruszyć na bazarek i skompletować wszystko, co musi znajdować się w domu na Wielkanoc. Rodzina, z przewagą żeńskiej części, jest religijna, toteż każde odstępstwo od rytuału byłoby wytknięte i zapamiętane. Chrześcijanie mają długą pamięć.

 

 

 

 

   Palmy i bazie na straganach już były. Oczywiście nie tak imponujące, jak te z okolic Myszyńca i Kadzidła, sięgające kilku metrów wysokości i święcone przed wejściem do kościoła. Moja druga połowa, w pierwszą wspólnie spędzoną Palmową Niedzielę była przekonana, że właśnie taka kurpiowska palma mi odbiła. Tak się złożyło, że odwiedziliśmy dziadków w podłomżyńskiej wsi. Tradycyjnie, przed szóstą rano wymknąłem się do ogrodu, wyciąłem dwie sprężyste, koniecznie z nabrzmiałymi pąkami witki z krzaka porzeczki i wparowałem do domu. Przeleciałem przez wszystkie sypialnie, odrzucając kołdry, smagając rózgami stopy śpiochów, jednocześnie recytując „Palma bije, nie zabije, Wielki Dzień za tydzień”. Nie wiem co się stało, ale żonie najwyraźniej w tym momencie przypomniały się wszystkie chwyty samoobrony, których uczyliśmy się na studiach i nagle zapragnęła je na mnie przećwiczyć. Dopiero wstawiennictwo dziadków i piski dobiegające z sąsiednich domów przekonały ją, że nieznany zwyczaj jest rzeczywiście w tych stronach czymś normalnym.

 

 

  Szczerze mówiąc, z dwojga złego, wolę Święta Bożego Narodzenia. Jedzenia trzeba przygotować tyle samo, a trochę krótsze przygotowania. Nie muszę myć okien (brrr), drapać jaj (obrzydlistwo), ani pamiętać o palmach. Anglicy, ci mają dobrze, napieką bułeczek z krzyżykiem, zrobią jakiś pudding, postawią kwiaty w wazonie i mają z głowy. A ja? Barszczu białego z kiełbasą nie lubię, za mazurkiem nie przepadam, jajka jem regularnie i żadna Wielkanoc do tego mi niepotrzebna. Wiem, wiem, marudzę, bo za tydzień wizytacja, tfu, wizyta teściowej.

Nakupiłem cebuli, dopełniając torbę łuskami, żeby zająć żonę kraszankami,

dołożyłem dwie palety jaj, masło, barana z cukru i formę silikonową do pieczenia w kształcie baby. Baby lubię! Miałem przebłysk geniuszu, żeby zajrzeć do nowo otwartej budy na bazarze. Okazuje się, że mieli jajka strusie. No, to mi się upiecze, uśmiechnąłem się zadowolony. Rodzina jeszcze strusiego jaja nie jadła. Mogę zrobić na śniadanie nawet sznycel po wiedeńsku czy golonkę, a i tak zapamiętane zostanie tylko strusie jajo. Żebym wiedział w co się pakuję, ominąłbym budę szerokim łukiem.

 

 

 

Goście stawili się punktualnie. Zostałem pochwalony za ładne dekoracje, przetrzepany werbalnie za brak obrusa z motywem króliczków i... goście popatrzyli na prawie pusty stół.     - Macie kłopoty finansowe? – delikatnie zapytał teść, a ręka mu drgnęła w kierunku kieszeni.

Wtedy ostentacyjnie sięgnąłem pod stół, wydobyłem jajo i świadomy zachwytu malującego się na twarzach, zwłaszcza najmłodszych przybyszy, oznajmiłem.

 - Dziś w menu wyłącznie jajko i chleb z masłem.

- Wujek to nawet w Święta jaja sobie robi – jęknęła młodsza chrześniaczka. – I jak się mamy tym podzielić?

- Zrobimy jajecznicę. Podobno jest to porcja akurat dla ośmiu osób.

- Ale ja chcę skorupkę – odezwała się nieśmiało moja lepsza połowa.

Właśnie. Jak zrobić dwie małe dziurki w pancerzu godnym nosorożca?? Po krótkiej burzy mózgów złapałem wiertarkę, wiertło widiowe, szwagier nadbił lekko młotkiem i gwoździem czubek jaja.

 

 

 Po piętnastu minutach udało się zrobić dwa otwory. Myślicie, że to koniec problemów? Do zrobienia wydmuszki potrzebne są jeszcze płuca pracowników huty szkła. Przy dziesiątym podejściu starsza córka siostry stwierdziła zniechęcona.

- No, to życzę ci wujek powodzenia w dmuchaniu.

Po czym zajęła się kawą i deserem.

Zawziąłem się. I muszę przyznać, że było warto. Kto jeszcze nie jadł jaja strusia niech szybko nadrabia. Bardzo delikatne, trochę słodsze od kurzego. A wydmuszka jaka piękna, nie to co małe kurze jako. Tak mi się spodobało śniadanie, że nieopatrznie zaprosiłem rodzinę już na następne święta.

 

 

Za karę, następnego dnia zostałem tak zlany przez małżonkę, najbardziej woniejącymi perfumami, że miałem ochotę zakopać się w ziemi jak po osikaniu przez skunksa. Nie, żebym kiedykolwiek był.

Co to w ogóle za zwyczaj, lanie znienacka zimną wodą kogoś, kto nie jest panną na wydaniu? Rozumiem zaloty, niech się leją, chłoszczą czy przytapiają. Ludzie od zarania dziejów przejawiają dziwne zwyczaje w kwestii manifestowania swoich uczuć, ale za co ja? Mężaty od dwudziestu lat z okładem. Nie dość, że wcześniej zostałem niecnie wykorzystany do zakopywania żuru i zawieszenia śledzia na gałęzi, to jeszcze mokry i zgęziały musiałem się ponownie wykąpać i suszyć. Życie nie jest sprawiedliwe. Najlepiej wiedzą to kury przed Wielkanocą.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

<<powrót